Nikola Jokić jest prawdopodobnie najlepszym obecnie koszykarzem grającym tyłem do kosza. Tym bardziej warto posłuchać, gdy właśnie on przewiduje, że za kilka lat lat takich akcji może w NBA niemal nie być. Serb nie twierdzi, że wysocy zawodnicy przestali mieć przewagę. Zwraca uwagę, że przepisy i sposób ich egzekwowania coraz częściej zniechęcają ich do wykorzystywania tej przewagi blisko obręczy.
Wypowiedź Jokicia padła po zwycięstwie Denver Nuggets nad Toronto Raptors 128:109, kiedy to rywale próbowali zatrzymywać go niższym składem. Zamiast klasycznego środkowego przeciwko liderowi Nuggets, który mierzy 211 centymetrów wzrostu, grali przede wszystkim Collin Murray-Boyles (201 cm) i Scottie Barnes (203 cm).
Plan nie zadziałał. Jokić zakończył trzecią kwartę z 32 punktami, 10 zbiórkami i 11 asystami, a ostatnie 12 minut mógł obejrzeć z ławki. Po spotkaniu został jednak zapytany, jak zmienia się jego gra, gdy przeciwnik ustawia przeciwko niemu znacznie niższego obrońcę.
– Szczerze mówiąc, we współczesnej NBA nie ma już przewagi wzrostu – odpowiedział Jokić.
Nie chodziło mu o to, że środkowy nagle przestaje być silniejszy od niskiego skrzydłowego. Problem pojawia się wtedy, gdy próbuje tę przewagę wykorzystać. Zdaniem Serba obrońcom w polu trzech sekund wolno popychać, przytrzymywać i walczyć ciałem znacznie agresywniej niż przeciwko zawodnikowi atakującemu z obwodu.
– Dostajesz ciosy, gwizdka nie ma, a po każdej akcji jesteś coraz bardziej zmęczony – tłumaczył.
Dlaczego niski obrońca może przeszkadzać środkowemu?
Na pierwszy rzut oka ustawianie niższego zawodnika przeciwko Jokiciowi wygląda jak proszenie się o kłopoty. Taki obrońca, jeśli jest wystarczająco silny, to może wykorzystać fakt, że może wejść niemal pod środkowego, utrudnić mu zajęcie miejsca i zmusić go do rozpoczęcia akcji dalej od obręczy. Wie też, że za jego plecami czeka pomoc.
Jeżeli Jokić zacznie przepychać się pod kosz, rywale mogą zaatakować piłkę z drugiej strony. Jeżeli od razu przyślą wysokiego do podwojenia, otworzą mu podanie do wolnego kolegi. Niższy obrońca pozwala więc czasami opóźnić pomoc i sprawdzić, ile kontaktu sędziowie pozwolą mu wykorzystać.
Właśnie dlatego takie krycie nie musi zatrzymać Jokicia, aby spełnić swoje zadanie. Może zmusić go do cięższej pracy, zabrać kilka sekund z każdej akcji i ograniczyć liczbę posiadań, w których spokojnie rozpoczyna grę z miejsca wybranego przez siebie.
Najlepszym przykładem byli Oklahoma City Thunder, którzy w siódmym meczu serii z Nuggets w 2025 roku ustawiali przeciwko niemu mierzącego około 196 cm Alexa Caruso. Nie chodziło o to, że Caruso miał samodzielnie wygrać wszystkie pojedynki. Miał walczyć o pozycję, atakować piłkę i ufać, że za chwilę nadejdzie pomoc. Poza tym jego celem było „zamęczyć” Jokicia, żeby po prostu nie miał siły na ponad 40-minutową batalię.
Gra tyłem znika, chociaż nadal jest skuteczna
Liczby pokazują, że Jokić nie przesadza z samym kierunkiem zmian. W sezonie 2013/14 zespoły wykonywały średnio 11,8 akcji tyłem do kosza na 100 posiadań rozgrywanych w ataku pozycyjnym. W poprzednich rozgrywkach były to już tylko cztery takie akcje. Spadek wyniósł więc około dwóch trzecich.
Co ciekawe, nie oznacza to, że taka gra przestała się opłacać. W sezonie 2025/26 przynosiła średnio około 105,8 punktu na 100 bezpośrednio kończonych akcji. Była pod tym względem skuteczniejsza od izolacji, akcji po przekazaniu piłki oraz klasycznego pick-and-rolla.
Zmieniło się coś innego. Kluby korzystają z gry tyłem przede wszystkim wtedy, gdy mają zawodnika naprawdę wyjątkowego albo chcą wymusić konkretną reakcję obrony. Nie jest już ona podstawą ataku, którą można powtarzać przez pół meczu niezależnie od tego, kto znajduje się na parkiecie.
Sam Jokić był w poprzednim sezonie liderem NBA pod względem liczby takich posiadań. Kończył około 5,5 akcji tyłem do kosza na mecz i zdobywał z nich średnio 1,13 punktu. Nawet w jego przypadku była to jednak tylko część znacznie większego systemu, obejmującego grę na obwodzie, zasłony, podania po ścięciach i rzuty z dystansu.
Jokić nie mówi, że wysocy znikną
Prognoza Jokicia nie oznacza końca wielkich środkowych. Victor Wembanyama, Joel Embiid czy sam lider Nuggets nadal mogą dominować, ale robią to na znacznie większej przestrzeni niż ich poprzednicy. Kozłują, podają, stawiają zasłony daleko od kosza i rzucają za trzy. Sam wzrost już nie wystarcza.
W tym sensie Jokić opisuje nie tyle śmierć jednej pozycji, ile zmianę sposobu wykorzystywania przewagi. Dawniej wysoki zawodnik otrzymywał piłkę blisko kosza i miał przepchnąć rywala. Dziś musi najpierw rozpoznać podwojenie, znaleźć wolnego strzelca, zaatakować po koźle albo przenieść akcję na obwód.
Największy paradoks polega na tym, że Serb wypowiedział te słowa po meczu, w którym sam brutalnie ukarał rywali za ustawianie przeciwko niemu niższych zawodników. Jokić nie narzeka, bo nie potrafi grać tyłem do kosza. Bardziej ostrzega, że nawet jemu coraz częściej bardziej się opłaca wygrać akcję podaniem albo rzutem z dystansu, niż przez kilka sekund walczyć o metr miejsca pod obręczą.
Jeżeli najlepszy środkowy w NBA, który ma w swoim repertuarze zagrania klasycznego centra, mówi, że to się bardzo zmienia, to wiedz, że coś się dzieje!
Ciekawe czy zauważają to też władze NBA, trenerzy i zarządzający klubami menedżerowie? A jeśli tak, to czy powinien to być problem, któremu należy się przyjrzeć?
Pytanie na które trzeba sobie też odpowiedzieć, to czy jest problemem są przepisy, czy jednak brak wysokich zawodników o dużych umiejętnościach?
A może po prostu liga ewoluuje, zmienia się w swoim naturalnym tempie i rytmie?









