Chicago Bulls, Boston Celtics, Los Angeles Lakers: te wymienione kluby są znane na każdym kontynencie Ziemi i jednoznacznie kojarzą się z mianem „zwycięzcy”. Mają w dorobku mnóstwo tytułów mistrzowskich, wygranych spotkań i w ich szeregach występowali najlepsi zawodnicy w historii koszykówki. To jest absolutny panteon National Basketball Association, do którego aspirują pozostałe drużyny. Dzielą się one na pretendentów do wkroczenia na sam szczyt, średniaków mozolnie budujących swoją pozycję, jak i zupełnych nowicjuszy – mowa oczywiście o sukcesach będących udziałem każdego zespołu.


Do tych ostatnich zalicza się ekipa z najdalej wysuniętego na północ stanu USA, z wyjątkiem Alaski czyli Minnesota Timberwolves. W ich dossier, ku ubolewaniu wiernych fanów nie można znaleźć oszałamiających sukcesów, a dziewięciokrotny udział w playoffs, mistrzostwo dywizji i konferencji z sezonu 2003/2004 oraz występ w finałach Konferencji Zachodniej z tej samej edycji to stanowczo zbyt mało, żeby mówić o Wilkach jako utytułowanej drużynie. Niemniej jednak, w Minneapolis grało wielu ciekawych zawodników, którzy przyczynili się do tego, że od sezonu 1996/1997 do 2003/2004 Minnesota była bardzo groźnym i niewygodnym rywalem dla każdego, a przede wszystkim w swojej hali Target Center, która w okresie sławy i chwały zaliczała się do najgłośniejszych w całej lidze.

JEST TO DRUGA CZĘŚĆ NASZEGO TEKSTU O TIMBEROWOLVES SPRZED TYGODNIA!

Złośliwość losu

Przed startem milenijnej edycji 1999/2000 w Minnesocie panował umiarkowany optymizm. Nie zanotowano poważnych ubytków w składzie tak jak rok temu, zespół opuścili gracze z ławki czyli Bobby Jackson, Dennis Scott i James Robinson a do Timberwolves dołączył obiecujący rookie z polskimi korzeniami Wally Szczerbiak. Garnettowi było to na rękę, oczekiwał że do składu przyjdzie ktoś utalentowany, który od czasu do czasu weźmie ciężar gry na siebie:

„Flip (Saunders) na pewno chce dla zespołu jak najlepiej i dlatego daje mi tak dużo zadań. Ja się ich chętnie podejmuję bo zależy mi na Wolves i na wynikach. Z drugiej strony – nie jestem gońcem hotelowym i nie mogę robić wszystkiego naraz”

Jakby nie było znowu zanotowano postęp, gdyż Minnesota na zakończenie fazy zasadniczej legitymowała się bilansem 50-32. Szczerbiak szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszej piątce, uzyskując dwucyfrową średnią punktową i meldując się w NBA All Rookie Team, zaś Garnett po raz kolejny potwierdził że jest gwiazdą – ponownie nominacja do NBA All Star Game, wybór do NBA All First Team i najlepsze statystyki w punktach oraz zbiórkach nie pozostawiają wątpliwości.

A w playoffach Wilki natknęły się na Portland Trail Blazers, gdzie występował Scottie Pippen. Dwa wyjazdowe spotkania w Oregonie Timberwolves przegrali ale w pierwszym domowym meczu pokazali kły wygrywając 94:87. Najlepszą partię rozegrał Brandon, aplikując gościom z Rip City 28 punktów, a Garnett utrzymał swój poziom dokładając 23 oczka. Wśród Blazers zaczynało się robić nerwowo i postanowili załatwić sprawę już w Minnesocie – czwarte spotkanie wygrali 85:77 wybijając z głowy gospodarzom marzenia o drugiej rundzie. Jednak przez trzy kwarty goście znad Pacyfiku gonili wynik, tracąc siedem punktów do Wików. Ci ostatni w czwartej kwarcie z niewyjaśnionych przyczyn stanęli, co bez skrupułów wykorzystali przyjezdni. Portland zwyciężyło w całej serii 3:1, a Timberwolves musieli przełknąć kolejną gorzką pigułkę.

Najgorsze miało dopiero nadejść, czego absolutnie nikt się nie spodziewał. 19 maja, z racji swoich 24 urodzin Garnett urządził przyjęcie, na które zaprosił kolegów z drużyny. Obecność Malika Sealy była wręcz oczywista, byli wraz z Garnettem najlepszymi przyjaciółmi w zespole jak i poza nim. Relacje między nimi były więcej niż braterskie, można było ich sobie stawiać na wzór. Mitchell, jeden z graczy, który znał Garnetta dość dobrze w rozmaitych opowieściach zgadzał się z tą opinią :

„Malik i Kevin byli braćmi. Kevin niewiele imprezował, nie wychodził, wolał posiedzieć w domu. Malik był  zupełnie inny, wielokrotnie namawiał go żeby wyszedł do ludzi, czerpał z życia pełnymi garściami, pokazywał jak się dobrze bawić. To on nauczył Garnetta jak żyć w zgodzie ze sobą i jak czuć się komfortowo w roli supergwiazdy”

1 Impreza się zakończyła, każdy poszedł w swoją stronę. Sealy jak gdyby nigdy nic wsiadł do swojego samochodu i udał się w kierunku domu. Pech chciał, że na jego pasie ruchu znalazł się jadący pod prąd oraz pod wpływem alkoholu Souksangouane Phengsene. Nastąpiło zderzenie czołowe, Sealy tragicznie zginął, zaś sprawca wypadku wyszedł z niego z niewielkimi obrażeniami. Został za ten czyn ukarany, ale już trzy lata później wyszedł z więzienia. Zresztą, nawet najwyższy wymiar kary nie mógł zwrócić życia Malikowi, a dla Garnetta był to nokautujący cios. On sam jak i cała społeczność w stanie Minnesota opłakiwał śmierć swojego życzliwego dla wszystkich przyjaciela i żałował, że nie będą mogli spełnić swojej obietnicy czyli mistrzostwa NBA.

Smithgate

Na domiar złego, w przerwie pomiędzy kampaniami 1999/2000 a 2000/2001 w Minnesocie wybuchł gigantyczny skandal z udziałem Joe Smitha. Poszło o zaskakująco niski kontrakt – 2,5 miliona dolarów. Podobno Smith tak bardzo cenił sobie grę z Kevinem Garnettem, że był skłonny przystać na te warunki. Do tego oświadczył, że nie lubi podpisywać długoletnich zobowiązań. Coś w tym wszystkim było mocno nie tak i na Minnesotę padło mnóstwo podejrzeń. Prawda była niezbyt zawiła – po upływie roku Joe miał zarobić 86 baniek, jeśli sprawa by się nie rypła.

Problem polegał na tym, że na niemal identyczny przekręt zdecydowano się przed sezonem 1998/1999 – tam również doszło do podpisania bardzo skąpego w finanse kontraktu przez Smitha. We władzach NBA nie zasiadają ludzie w ciemię bici, widzieli że umowa jest zdecydowanie poniżej wartości zawodnika i szybko zdemaskowali chytry plan włodarzy Minnesoty. Nikt myślący nie dawał wiary zapewnieniom Smitha, że chce się bić o mistrzostwo w Timberwolves i z tego powodu przystaje na niecałe 2 miliony.

Wilki zostały ukarane finansowo i straciły na okres dwóch lat prawo wyboru w drafcie, ale to ich niczego nie nauczyło. Znowu spróbowali matactwa ze Smithem i znowu zostali złapani lecz tym razem konsekwencje były surowsze. Smith, z racji bycia wolnym agentem – liga nie zatwierdziła parafowanej wcześniej umowy spędził rok w Detroit Pistons, po czym powrócił do Minnesoty, Glen Taylor został zawieszony na rok, natomiast Kevin McHale musiał pożegnać się z 12 – miesięcznym uposażeniem.

Minnesota Timberwolves forward Joe Smith, left, enjoys a laugh along with teammate Gary Trent, right, during media and picture day Monday, Sept. 30, 2002, in Minneapolis. (AP Photo/Jim Mone)

Smith musiał odejść i trzeba było wypełnić tę lukę – do Minnesoty przyszedł inny przyjaciel Garnetta Chauncey Billups oraz LaPhonso Ellis, gracz z uznaną marką w NBA. Wilki odrobinę obniżyły poziom w stosunku do ubiegłego roku wygrywając 47 spotkań przy 35 przegranych, ale w trakcie sezonu udało im się wygrać aż 11 spotkań z rzędu. W playoffach nastąpiła powtórka z rozrywki sprzed dwóch lat – ósme miejsce i San Antonio Spurs jako przeciwnik do pokonania.

Spurs wygrali jeszcze raz z Timberwolves i jeszcze raz 3:1 – jedyną różnicą było to, że Wilki wygrały mecz numer 3. Lider Minnesoty Kevin Garnett zdobył 22 punkty, a jego zespół wygrał 93:84. W następnym spotkaniu Ostrogi zwyciężyły powodując, że wyprawa gospodarzy na południe była bezzasadna – wynik 84:97 dla San Antonio zamknął serię, Timberwolves  po raz kolejny musieli uznać wyższość Duncana i Robinsona.

Świat Wally’ego

W okresie przygotowawczym i już w trakcie nowej odsłony 2001/2002 dokazywać zaczął Wally Szczerbiak. Coraz częściej kłócił się z partnerami, którzy musieli wysłuchiwać jego ryku jeśli tylko nie otrzymywał od nich podań. Ambicje Szczerbiaka rozrosły się do tego stopnia, że potrafił zabierać piłkę swoim kolegom żeby zdobyć swoje punkty. Felipe Lopez, obrońca Timberwolves po jednym takim postępku był doszczętnie upokorzony, gdyż w momencie kiedy piłka trafiła do niego, Wally bezceremonialnie wyrwał mu ją z rąk.

Poza tym, nie liczył się z rolą Garnetta, który był niekoronowanym królem w Minnesocie. Nie bał się wyrażać swojego zdania, które z reguły było odmienne od stanowisk zajmowanych przez Garnetta i jasne było, że kiedyś ten wulkan wybuchnie. Według relacji świadków doszło do tego że Garnett i Szczerbiak wzięli się za łby i poszło na całego – podobno ten drugi musiał uciekać do szatni przed wściekłym adwersarzem. Rozjemcą tego sporu został najbardziej logicznie i trzeźwo myślący w Minnesocie Brandon, który życzliwie, po ojcowsku i stanowczo pogadał sobie z Wallym :

„Wally, układ jest prosty. Będziesz miał swoje rzuty, ale na moich warunkach – kiedy będę mógł je kreować. Jeżeli na to przystaniesz masz gwarantowane powołanie do All Star Game. Obiecuję ci to”

Szczerbiak się uspokoił i było naprawdę znakomicie – Wilki wygrały aż 9 z 10 swoich pierwszych spotkań, a 15 stycznia 2002 roku ich bilans wynosił 28-9. Poza tym, przyrzeczenie Brandona się zrealizowało, ponieważ Szczerbiak został powołany do Meczu Gwiazd wraz z Garnettem. Jednak biednemu wiatr w oczu – kontuzji nabawił się rozgrywający Wilków, ten sam który jak Salomon rozsądził wyżej opisywany spór między Wallym a Kevinem czyli Brandon. Opuścił 32 spotkania i Wilki grały o wiele gorzej ale to i tak wystarczyło na awans do playoffs i to z piątego miejsca dzięki rezultatowi 50-32. Ich rywalem była ekipa Dallas Mavericks, która zaskakująco łatwo poradziła sobie z Timberwolves, nie pozwalając im na nawet jedno zwycięstwo. Brak Brandona był bardzo odczuwalny i marzenia o podboju ligi musiały zostać odłożone przynajmniej na rok.

Sufit pierwszej rundy

Faza zasadnicza jak trzeba, zaś w playoffach wszystko na opak – wszyscy w Minneapolis mieli tego dość. Do Detroit zrejterował Billups, co specjalnie nie przeszkadzało zarządcom, bowiem pierwszą opcją był Brandon. Kłopot w tym, że Terrell nie wystąpił w ani jednym spotkaniu sezonu 2002/2003 i na ratunek trzeba było sprowadzić myślącego na parkiecie Roda Stricklanda, którego mieli wspierać Kendall Gill, Marc Jackson i Troy Hudson.

Wszyscy nowi gracze spełnili pokładane w nich nadzieje – dzięki ich wysiłkowi Timberwolves poprawili swój najlepszy bilans w historii na 51 wygranych i 31 przegranych i zajęli czwarte miejsce na Zachodzie, mając przewagę własnego parkietu. Naprzeciw Wilków stanęli broniący mistrzowskiego tytułu Los Angeles Lakers. W porównaniu do poprzednich sezonów nastąpiła zmiana – teraz należało wygrać cztery spotkania żeby przejść do kolejnej rundy. Wolves dotkliwie przegrali 98:117 w swoim pierwszym domowym spotkaniu, ale w drugim nie dali szans graczom z Miasta Aniołów demolując ich 119:91.

Bez wątpienia mecz życia rozegrał Troy Hudson, który wrzucił Lakers 37 punktów. W tym spotkaniu nie było na niego mocnych :

„Graliśmy przez cały mecz bardzo szybko. Mądrze się broniliśmy, zdobywaliśmy punkty po przechwytach, udanie wykańczając kontrataki”

Kiedy seria przeniosła się do Staples Center ku zaskoczeniu wszystkich Minnesota wygrała po dogrywce 114:110, gdzie Garnett nakrył czapką Shaquille O’Neala rzucając 33 punkty, przy zaledwie 17 Diesela. Spotkanie numer 4 zakończyło się wygraną Lakers 102:97, przy budzących sporo kontrowersji decyzjach arbitrów lecz to Wilki miały potencjalnie jeszcze dwa mecze w Target Center. Cóż z tego, w meczach numer 5 oraz 6 były zaledwie tłem dla Jeziorowców, przegrywając wysoko oba spotkania odpowiednio 90:120 oraz 85:101, a w Los Angeles Kobe Bryant nie pozostawił złudzeń graczom Minnesoty zdobywając 31 oczek.

Przedsionek nieba

W Minneapolis postawiono wszystko na jedną kartę – przed rozpoczęciem sezonu 2003/2004 do zespołu dołączyli gracze wielkiego formatu czyli Latrell Sprewell, Sam Cassell, a także Michael Olowokandi i Trenton Hassell. W związku z tym musiano zrezygnować ze starych dobrych znajomych – Anthony Peeler i Joe Smith powędrowali na wschód, do Milwaukee Bucks. Sprewell i Cassell z mistrzowskim tytułem wywalczonym w Houston Rockets mieli być wsparciem dla Garnetta, który z rozmaitych powodów nie otrzymywał go w takiej ilości w jakiej by sobie tego życzył.

Wprawdzie niektórzy kręcili nosem na to jak zaprezentują się mocne lecz zgrane karty w osobach Sprewella oraz Cassella a także jedynka w drafcie 1998 Olowokandi lecz w Minnesocie wiedzieli czego chcą – sukcesu i to natychmiast. Wreszcie się udało: Garnett został najlepszy w zbiórkach wśród ligowego towarzystwa ze średnią 13.9, zdobył nagrodę Most Valuable Player, a Timberwolves nie pozostawili nikomu złudzeń kto jest najlepszy na Zachodzie, zajmując pierwsze miejsce w konferencji z bilansem 58-24, co jest niepobitym do dziś rekordem w historii organizacji.

Ponadto Saunders został trenerem drużyny Zachodu w trakcie NBA All-Star Weekend w Hollywood, Garnetta i Cassella wybrano do jego drużyny i jego zespół wygrał ze Wschodem 136:132. Pierwsza runda była w końcu udana, Denver Nuggets zostali pokonani 4:1, Timberwolves zameldowali się w półfinale Konferencji Zachodniej. Tam czekali na nich Sacramento Kings z Chrisem Webberem na cele. Tu było na żyletki – po sześciu meczach nie było wiadomo, kto przejdzie dalej, a o wszystkim miał zdecydować mecz nr 7 w Minneapolis, wyznaczony na 19 maja, dokładnie w 28 urodziny Garnetta. Solenizant szykował się na wojnę totalną, wszystko było jasne – zwycięstwo lub śmierć :

„Ładuję uzi, ładuję szesnastki i dziewiątki. Są jeszcze granaty, wyrzutnia rakiet. To jest wojna, nie biorę jeńców”

Kevin dowodził swoimi wojskami jak Sobieski pod Wiedniem wykręcając 32 punkty i 21 zbiórek  – na Garnetta tego dnia nie było mocnych. To co się wtedy działo było dla każdego fana Timberwolves czymś ekstatycznym, czymś czego dotąd nie doświadczyli. Długie lata upokorzeń, zawiedzionych nadziei i oczekiwań odeszły w przeszłość, bramy raju otworzyły się przed zespołem ze stanu Minnesota. Triumf nad Kings po morderczej walce został zapamiętany na zawsze przez wszystkich sympatyków tego klubu – Leśne Wilki wygrały 83:80.

Następna stacja – Los Angeles Lakers. Finał Konferencji Zachodniej zapowiadał się niezwykle ekscytująco. Jeziorowcy mieli w swoim składzie O`Neala, Bryanta i dwóch zdeterminowanych, gotowych na wszystko żeby tylko zdobyć pierścień czyli Karla Malone’a i Gary’ego Paytona. Pierwsze starcie zdecydowanie dla Lakers – wygrali je 97:88. W drugim zaś to Wilki mocno pogryzły przyjezdnych i zwyciężyły 89:71. Niestety, poważnego urazu nabawił się Cassell, który jak się później okazało miał walkę w playoffach z głowy ale to nie było przeszkodą dla rewelacyjnie grających gospodarzy – na placu najlepszy był Garnett, rzucając 24 punkty, a Sprewell, Szczerbiak i Darrick Martin dołożyli dwucyfrowe zdobycze punktowe.

O’Neal, jak to O’Neal – siał spustoszenie pod koszem, był niemal nie do zatrzymania ale przyznał, że to co działo się w Target Center zrobiło na nim bardzo duże wrażenie :

„KG bez przerwy nas prowokował, docinał nam, wymachiwał rękami. Zachowywał się jak szalony. Nakręcał swoich fanów, w całej hali słychać było wycie”

Shaqowi spadł kamień z serca, gdyż Lakers wrócili do domu na dwa kolejne mecze. Game 3 wygrali 100:89, a Game 4 92:85 i byli w bardzo komfortowej sytuacji przed powrotem do Minneapolis. Wilki zostały zagnane w zasadzkę i nie miały wyjścia – żeby wyplątać się z tych sideł musiały wygrać. Piąty mecz, a zwłaszcza jego czwarta kwarta były horrorem, Lakers w samej końcówce zaczęli gonić wynik i Timberwolves byli o włos od przepaści. Jednak to spotkanie wygrali, ale nijak nie można było zrozumieć, w jaki sposób roztrwonili tak dużą przewagę – na półtorej minuty przed końcem mieli trzynaście punktów przewagi. Finalnie, wynik brzmiał 98:96 dla miejscowych, a Garnett uniósł ciężar odpowiedzialności jaki na nim spoczął:

„Musimy na wyjazdach grać z taką samą pewnością siebie jak w domu (…) Brakuje Sama, ale przecież mamy innych dobrych zawodników. Jeśli wystąpi w Los Angeles to dobrze, jeśli nie to będziemy musieli poradzić sobie bez niego”

Cyferki Kevina to 30 punktów i 19 zbiórek, jak na MVP sezonu przystało. Sprewell rzucił 28, a Fred Hoiberg i Szczerbiak 14 oraz 11 – Garnett miał słuszność mówiąc o godnym zastępstwie Cassella.

Jednak nóż na gardle w dalszym ciągu mieli zawodnicy Minnesoty, tym bardziej że Lakers mieli grać następne spotkanie w Staples Center. I dawali radę przez trzy kwarty, przed czwartą prowadząc 68:67. I znowu nie wytrzymali tej próby nerwów, gdyż polegli w ostatecznym rozrachunku 90:96. Demony czwartej dwunastki ponownie o sobie przypomniały, ale Garnett i Sprewell trzymali do końca w nadziei kibiców Wolves kolekcjonując na swoich kontach 27 i 22 oczka. To nie wystarczyło, musieli obudzić się z tego pięknego snu jakim byłby ewentualny występ w Finale NBA.

Szara wilcza rzeczywistość

Mozolnie i misternie budowana konstrukcja o nazwie Minnesota Timberwolves rozleciała się jak domek z kart. Przez bardzo długi okres byli jedną z najgorszych drużyn w lidze, z zespołu poodchodziło wielu zawodników, między innymi legenda Minnesoty Kevin Garnett, który pragnął tytułu mistrza ale przy tym był realistą – wiedział, że nie da rady go zdobyć z Timberwolves. To mu się udało w 2008 roku z Boston Celtics ale nie zapomniał o swoich korzeniach powracając do Wilków na sezon 2015/2016. Nawet jego obecność nie pomogła, ponieważ playoffów jak nie było tak nie było.

Kolejnym nieszczęściem była w tym samym czasie co przybycie Garnetta śmierć tego, który tak dużo dał Minnesocie – wspaniałego trenera Flipa Saundersa. Fatalną serię bez fazy pucharowej, która trwała aż 14 lat przerwali dopiero Karl-Anthony Towns, Jimmy Butler i Andrew Wiggins pod wodzą Toma Thibodeau będącego w zamierzchłych latach asystentem pierwszego trenera Leśnych Wilków. W sezonie 2017/2018 Wolves po zawałowym spotkaniu pokonali po dogrywce Denver Nuggets 112:106 i należy sądzić że po jego zakończeniu niejeden fan Wilków ronił łzy szczęścia.

Do kibicowania Wilkom potrzeba anielskiej cierpliwości i stalowych nerwów – Playoffs 2018 to był jednorazowy incydent. Edycje 2019 i 2020 odbyły się bez udziału Minnesoty Timberwolves. Niemniej jednak ci którzy kochają ten klub, kochają go bezwarunkowo – w przeciwnym razie rychło znaleźliby sobie inny obiekt uwielbienia. Mimo wszystko, przed startem każdego sezonu serca wilczych fanów biją z nadzieją, że w końcu się uda wyjść z tego marazmu.

Nieżyjący już Sealy czy trener Saunders zrobiliby wszystko, żeby pomóc zażegnać ten kryzys ale z oczywistych powodów nie mogą. Jednak, gdzieś na dnie dusz kibiców wibruje ta niezłomna wola, ten hart ducha że dobre czasy ponownie będą udziałem Timberwolves. I tego trzeba im życzyć, ponieważ zasługują na to jak mało kto, żeby ich trud został wynagrodzony – żeby mistrzowski tytuł kiedykolwiek zagościł w Minneapolis i żeby każdy kto jest do grobowej deski z Minnesotą Timberwolves mógł sobie powiedzieć: nareszcie.

Autor: Marek Niewiadomy

Pozostałe teksty Marka znajdziecie TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.




1 KOMENTARZ

  1. W jakim sensie Timberwolves zasługują na odniesienie sukcesu? Nostalgia za tamtą drużyną – rozumiem. Ale Mr Taylor w żadnym stopniu nie próbuje przyczynić się do rozwoju drużyny. Dzięki draftom wybrali dwóch bezpłodnych asów i wokół nich budowano skład. Trzeba przyznać, że parę razy mieli ekipę na mocne playoffy, ale właśnie… Stawiali na niewłaściwą kartę. Kevin Love, Andrew Wiggins, Towns to historia sportowych porażek. Proszę nie podpisywać Karla pod tym jednym jedynym awansem. To była robota Jimmy’ego, o czym dobitnie nas przekonał. Kolejne dwie kampanie były na to dowodem. W tym roku szykują kolejne tankowanie swoim wspaniałym kibicom. Bardzo im współczuję. KG to był kawał chama, ale rozumiem i podzielam zachwyt nad jego grą. Cała wartość tego nieszczęsnego klubu to jego testament. A jemu, właśnie jemu nie oddano tam należnych honorów. Obrzydliwa historia bez precedensu w tej lidze. To wy, fani – zasługujecie na więcej. Bo na pewno nie klub z Minnesoty.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here