Advertisement

Każdy, kto interesuje się lub interesował rozgrywkami sportowymi przechowuje w pamięci wiele sytuacji i zdarzeń do których odnosi się w sposób negatywny bądź pozytywny. Mowa tu o wspaniałych zwycięstwach jak również druzgoczących porażkach zespołowych w kontekście rywalizacji drużynowej, analogicznie jak w przypadku zmagań indywidualnych – jednak tam pierwszoplanową postacią staje się konkretny zawodnik. Gdyby zapytać się kogokolwiek czy posiada swoją ulubioną drużynę lub zawodnika, a także tę znienawidzoną lub znienawidzonego 99 procent obserwujących wydarzenia sportowe odpowie twierdząco. Ponadto, można przypuszczać że nie istnieje gracz lub zespół na którego reagowano by wyłącznie z sympatią lub antypatią. Krótko mówiąc, wszyscy posiadają swoich zwolenników jak i przeciwników. W historii światowego sportu istnieje tylko jeden zespół, będący wyjątkiem potwierdzającym powyższą  regułę: jest nim Dream Team z igrzysk olimpijskich w Barcelonie, które odbyły się w roku 1992.


Jest to druga część historii. Pierwszą znajdziecie tutaj>>>

Jak to było z Isiahem

Isiah Thomas – wielki pominięty, wielki niechciany w Dream Teamie. On sam bardzo ubolewał nad tym, co go spotkało, ale nie był niewinnym aniołkiem, na którego wszyscy się uwzięli. Wielu, których go bliżej poznało opisywało go jako człowieka, pod którego zniewalającym sposobem bycia kryje się bezwzględny typ o makiawelistycznej osobowości, który nie zawaha się przed niczym aby tylko osiągnąć sukces.

Grabił sobie już od dawna, a wszystko zaczęło się od scysji w All-Star Game w 1985 roku: Thomas postanowił całkowicie zignorować Jordana i nie podawał mu piłki żeby pokaza, kto tu rządzi. Od tamtego momentu zaczęła się wojna pomiędzy nimi, a oliwy do ognia dolewały triumfy Thomasa nad Jordanem i jego Pistons nad Bykami. Te zespoły poprzegryzałyby sobie gardła gdyby mogły. Dennis Rodman wrzucający Pippena w trybunę gdzie Scottiemu trzeba było założyć sześć szwów, Bill Laimbeer sprowadzający do parteru Jordana, Mark Aquirre wykrzykujący do Pippena, że go zabije, przedwczesne zejście z boiska zespołu Detroit w trakcie finałów w 1991 i wiele innych incydentów – na to wszystko spoglądał ze złowieszczym uśmieszkiem Thomas.

Nic dziwnego, że szybko stał się obiektem nienawiści całej ligi, nie tylko Jordana. Ponadto zdołał uprzedzić do siebie Magica Johnsona, rozpowiadając pogłoski o tym, jakoby Johnson zaraził się HIV-em obcując z gejem. Mnóstwo ludzi miało go dość, a upust swojej wściekłości dał Karl Malone w trakcie jednego z meczów ligowych. Kiedy Thomas wchodził pod kosz, ważący 116 kilogramów Malone wyprowadził celny cios łokciem w głowę Isiaha, po którym rozgrywający Pistons prawie zmarł – pofrunął w powietrzu jak piórko i padł bezwładnie na parkiet. Wielu chciało na gorąco zlinczować Malone’a, między innymi Chuck Daly, a Thomasowi założono aż 40 szwów.

Po tej masakrze Charles Barkley wypowiedział słowa, które obrazują stosunek ligowego towarzystwa do rozgrywającego Pistons :

„Nikt celowo nie funduje komuś 40 szwów na głowie. Nawet głowie Isiaha.”

a sam Malone nie pozostawił złudzeń:

„Chciałem go uderzyć, planowałem to. Ale czy tak mocno? Nie wiem, myślałem tylko o tym aby go trafić”

Absolutnie nie było możliwe, żeby ktoś kogo darzono taką niechęcią mógł wystąpić w Dream Teamie i nawet Chuck Daly by tu nic nie wskórał. Sam Thomas nie chce wracać do tego, co się wydarzyło lecz odczuwał i odczuwa do tej pory żal z powodu tego, że nie znalazł się na igrzyskach, bowiem był przekonany, że jest lepszy od Stocktona. Jednak błędy z przeszłości zaważyły i niestety Thomas mógł olimpiadę oglądać tylko w telewizji.

Turniej panamerykański i Jordan vs Johnson

Sezon 1991/1992 się zakończył, Chicago Bulls zdobyli drugie mistrzostwo z rzędu, Jordan ponownie udowodnił Drexlerowi swoją wyższość i na pierwszy plan wyszedł Dream Team i przygotowania do igrzysk. Pierwszym sprawdzianem dla eksadry Daly`ego miały być Igrzyska Panamerykańskie, a przed ich otwarciem zaplanowano dwa mecze sparingowe z koszykarzami wywodzącymi się z uczelni wyższych. Do tego zespołu należeli między innymi Chris Webber, Jamal Mashburn, Eric Montross, Bobby Hurley, Penny Hardaway, Juwan Howard, Grant Hill i Allan Houston. Pierwszy mecz był szokiem dla wszystkich ponieważ zmotywowani studenci, w szeregach których szalał Chris Webber wygrali 62:54. Do tego, niewysoki Bobby Hurley potrafił znaleźć odpowiedź na każdy ruch utytułowanych oponentów, pod kosz wchodził bez żadnego wysiłku i zdominował to spotkanie. Dream Team nie wierzył w to co się wydarzyło, a uczelniani zawodnicy byli wniebowzięci

To zasiało pewien niepokój w drużynie lecz Krzyzewski przyznał, że o to właśnie chodziło Daly’emu. Head coach w kluczowych momentach meczu nie wystawił na parkiet Jordana i zezwolił na dużą nonszalancję, co w konfrontacji z nabuzowanymi młodymi mogło się skończyć różnie. Przegrana w przewrotny sposób wyzwoliła nieludzką złość w ekipie Dream Teamu, a Krzyzewski tłumaczył, że to sprowadziło na ziemię gwiazdy NBA:

„Chuck miał taki zamysł – żeby zakiełkowało ziarno niepewności. Że na olimpiadzie możemy przegrać”

Plan Daly’ego się powiódł – w rewanżu studenci zostali zniszczeni różnicą ponad 40 punktów, a marny los czekał rywali Dream Teamu w Portland, gdzie miały się odbyć mistrzostwa Nowego Świata. Rezultaty dla zespołów przeciwnych były po prostu uwłaczające, a najboleśniej dominację USA odczuła Kuba – 136:57 było jak wyścig żółwi z zającami. Pomimo tego, kubańscy zawodnicy i tak byli przeszczęśliwi mogąc występować naprzeciw Jordana i innych. Passa Amerykanów trwała nadal: starte w proch zostały Kanada, Panama, Argentyna, Portoryko oraz Wenezuela w finale. Najbardziej stawiało się Portoryko, ulegając „tylko” 119:81, a pozostałe drużyny zbierały regularne baty, w różnicy punktowej identyczne jakie otrzymali gracze z NCAA. Te wyniki spowodowały w pewnych mediach oburzenie i dawały mocno do zrozumienia że to wręcz nie przystoi twierdząc, że banda zepsutych milionerów znęca się nad biednymi rywalami, a i oni sami byli coraz bardziej zniecierpliwieni wymaganiami czwartej władzy świata oraz kibiców. Jednak spory udawało się likwidować w miarę sprawnie, a mecz z Kubą był zapowiedzią tego, co będzie się działo w Hiszpanii.

Przed zameldowaniem się w Barcelonie Dream Team zatrzymał się w Monte Carlo uchodzącym za europejską stolicę blichtru i hazardu. Na zawodników czekały rozmaite pokusy, którym niespecjalnie oponowali. Gra w blackjacka oraz golfa, wizyta u księcia Monako, wyścigi skuterami wodnymi po Morzu Śródziemnym – mniej więcej to towarzyszyło przygotowaniom do igrzysk. Nikt przy tym nie zapomniał, że zasadniczym celem jest trening i 22 lipca odbył się Najwspanialszy Mecz Którego Nikt Nie Widział.

Naprzeciw siebie stanęli Biali, w których wystąpili Michael Jordan, Larry Bird, Karl Malone, Patrick Ewing i Scottie Pippen oraz Niebiescy czyli Magic Johnson, Christian Laettner, Chris Mullin, David Robinson i Charles Barkley. Ten mecz toczył się w atmosferze buzującego testosteronu, parującego alkoholu, nieludzkiej wilgotności, wzajemnych złośliwości i osobistego pojedynku między Jordanem a Johnsonem. Przed igrzyskami próbowano ich umówić na grę jeden na jeden, do czego w rezultacie nie doszło, a teraz w Monte Carlo mieli okazję udowodnić sobie wzajemnie kto jest lepszy.

Początek należał do Niebieskich, którzy w pewnym momencie prowadzili nawet 10 punktami, a Johnson zaczął docinać Jordanowi. Na tego ostatniego podziałało to jak płachta na byka i pod jego wodzą Biali zaczęli odrabiać straty. Przełamanie wyniku nastąpiło, kiedy Jordan i spółka zaczęli wygrywać 21:20. Systematycznie powiększali przewagę, a Johnsona aż rozsadzało od środka – zaczął wykrzykiwać że do Monte Carlo przeniesiono Chicago, okazywać niezadowolenie swoim partnerom, Jordanowi i arbitrowi z Włoch choć trzeba przyznać, że i Jordan nie był wolny od złych emocji – na celownik obrał sobie Christiana Laettnera:

„Zadunkuj tym Chris!(…)Każdy zespół mający w składzie Laettnera przegrywał. Laettner był najsłabszy i wszyscy w niego wchodzili”

A już do legendy przeszły komentarze wygłaszane pod adresem koszykarskich współpracowników z Chicago, których zasadniczą treścią było to, że muszą sobie zasłużyć żeby móc grać z kimś takim jak Michael Jordan. Na boisku nie był dżentelmenem, ale kiedy jego piątka zaczęła wygrywać uśmiechał się coraz szerzej i zaczynał nucić swoją piosenkę „Be like Mike…”, co niemożliwie irytowało Magica. Istniała uzasadniona obawa, że może dojść do masakry – nakręceni Jordan i Johnson, a także Barkley i Malone chcący niemal rozszarpać włoskiego sędziego, który ich zdaniem wymyślał sobie przewinienia.

Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Białych 40:36, gdzie w zespole Jordana najlepszym zawodnikiem został on sam, zdobywając 17 punktów, a w ekipie Johnsona brylował Barkley z 11 oczkami oraz…Laettner, który rzucił 10 punktów. Po zakończeniu meczu Johnson był niczym chmura burzowa – znowu Jordan był lepszy i znowu wygrał lecz w jednym Magic pokonał Jordana – pod względem wykrzyczanych obelg. Co do Jordana – to spotkanie określił mianem najlepszego w swoim życiu, mógł być dumny ze swoich partnerów, którzy spisali się na medal odrabiając straty, Malone pomimo skręconej kostki grał nadal i zaliczył niezły występ a i Bird przypomniał o sobie genialnymi zagraniami po których kapitan Białych oniemiał z zachwytu i cieszył się z dobrej dyspozycji Larry`ego:

„Cały Larry Bird. Taka świetna akcja, cały Bird”

To wydarzenie stosunkowo niedawno wyszło na światło dzienne, mało kto był świadom że miało ono w ogóle miejsce. Jednak po latach pewne sprawy zaczęły wychodzić na jaw, a mecz pomiędzy Niebieskimi a Białymi jest tego dobitnym przykładem. Żałować można, że widziało go tak niewielu bowiem bez dwóch zdań było to epickie starcie.

Drużyna marzeń: na parkiecie i poza nim

Tak, to prawda – choć równie dobrze mogli być nazywani drużyną snów. Hiszpania i świat w końcu doczekał się przybycia jedynych w swoim rodzaju bohaterów. Gdziekolwiek się pojawiali tłum ogarniało coś czego nie doświadczono ani przedtem ani potem – odnosiło się wrażenie, że ludzie byliby gotowi sprzedać własne dusze diabłu, gdyby ten im obiecał spotkanie z Jordanem, Johnsonem lub kimkolwiek innym z Dream Teamu.

Koszykarze amerykańscy jako jedyni sportowcy na igrzyskach w Barcelonie nie zostali zakwaterowani w wiosce olimpijskiej lecz w specjalnie przeznaczonym dla nich hotelu Ambasador, a także nie byli losowani do badań antydopingowych ponieważ stanowczo zapowiedzieli, że mogą w każdej chwili opuścić olimpiadę. Cóż, być może było to nie w porządku wobec pozostałych uczestników, ale Komitet Olimpijski zaaprobował amerykańskie warunki. Gdyby koszykarze wrócili do domu skończyłoby się to nieludzkimi stratami finansowymi, a nikt nie chciał ryzykować takiego rozwoju wypadków.

Poza tym, ekipa z Ameryki była niemożliwie strzeżona: na okolicznych dachach snajperzy, osobiści ochroniarze, policjanci na motocyklach, a kiedy jechali wynajętym na olimpiadę autobusem, ulice po których się przemieszczali były zamykane dla pozostałych. Niemniej jednak, Dream Team nie mógł uniknąć jednego – dziennikarzy, którzy od razu jak tylko jego przedstawiciele pojawili się na pierwszej konferencji prasowej, rozpoczęli bombardowanie nieludzką ilością pytań. Do historii przeszła odpowiedź Charlesa Barkleya na jedno z nich, dotyczące Angoli:

„Nic kurde nie wiem o Angoli. Ale Angola ma problem.”

Jak się okazało później, nie tylko Angola miała problem – wszyscy mający się zmierzyć z Dream Teamem mieli POWAŻNY PROBLEM. Przyznać jednak trzeba, że to Angola najbardziej oberwała: miała na inaugurację koszykarskich zmagań, która została zaplanowana na 26 lipca 1992 roku, zagrać z USA. Wynik 116:48 dla Drużyny Marzeń był przejściem jedenastu tornad o sile F5 w skali Fujita.

Najbardziej niszczycielskie nazywało się Charles Barkley, który nie poprzestał na zdobyciu 24 punktów – dołożył jeszcze cios łokciem wyprowadzony w rywala o nazwisku Herlander Coimbra. Zagadnięty o to Sir Charles szybko zbył reporterów kategorycznie stwierdzając, że został zaatakowany jako pierwszy i to kilkukrotnie. Niektórzy go poparli, tak jak Malone zaś inni byli przeciwni takiemu postępkowi, jak Johnson:

„Chcemy tu zniszczyć tych gości. Ale nie chcemy zniszczyć miłości, którą nas darzą”

Na drugi ogień poszła Chorwacja, przegrywając 70:103 gdzie popis gry obronnej dali Jordan i Pippen, całkowicie neutralizując swojego przyszłego partnera z Bulls, a miał nim być Toni Kukoč. Właściwie ten ostatni padł ofiarą może nie tyle Jordana i Pippena, co Jerry`ego Krause’a, który był jednym z możnowładców w Chicago i który obiecał  Kukočowi gigantyczne jak na obcokrajowca pieniądze. Potem na rozkład trafili Niemcy – 111:68, Brazylia – 127:83 i Hiszpania – 122:81 w fazie grupowej. To były mecze do jednej bramki, ale przynajmniej wielu zawodników zespołów przeciwnych, tak jak Oscar Schmidt z Brazylii, spełnił swoje pragnienia – mógł zagrać z Drużyną Marzeń.

Faza pucharowa była kolejną lekcją koszykówki udzieloną przez Dream Team: Portoryko odprawione 115:77, Litwa w półfinale 127:76 i w meczu o złoto Chorwacja 117:85. Najskuteczniejszym zawodnikiem został Charles Barkley ze średnią 16,3 punktu na mecz, zaś sześciu zawodników miało średnie powyżej 10 punktów, a Jordan zajął dopiero piąte miejsce w zespole z rezultatem 12,7. Nikt się nie uskarżał za mniejszą ilość minut jakie były wydzielane, nikt nie obrażał się jeśli mecz przyszło mu zacząć na ławce rezerwowych, nawet His Airness.

Reprezentacja Stanów Zjednoczonych była tak doskonała, że Chuck Daly nie wziął ani jednej przerwy na żądanie. Wszyscy eksperci i znawcy byli zgodni jak jeden mąż – Amerykanie mieli wygrać i wygrali igrzyska, ścierając w proch swoich rywali, którzy mieli świadomość na jakim szczeblu w porównaniu z Amerykanami się znajdują – mieli być dla nich tylko statystami i nadzwyczaj ochoczo pogodzili się z tą rolą. Mało tego: podczas spotkań z zawodnikami z NBA chcieli zdobyć jak najwięcej autografów i porobić mnóstwo zdjęć. Szczerze mówiąc nie ma co się dziwić tym ludziom, gdyż Dream Team był czymś z kosmosu, czymś posiadającym boską esencję, czymś co można tylko podziwiać z otwartymi ustami.

No dobrze, ale nie samą koszykówką człowiek żyje, zatem każdy się zastanawiał, co robią w wolnym czasie koszykarscy magowie. Krążyły na ten temat różne pogłoski, ze względu na niedostępność amerykańskich zawodników. Upływ czasu spowodował, że wiele sekretów, tych mniej poważnych i bardziej poważnych wydostało się na światło dzienne. Wielu może zastanawiać fakt, że Ewing i Bird zaprzyjaźnili się, nawet pozostali gracze byli tym zdziwieni. Komitywa pomiędzy nimi rozwinęła się do tego stopnia, że zaczęto ich nazywać Harry i Larry lecz nie tylko koszykarze potrafili się polubić.

Również członkom ich rodzin udzieliła się familijna atmosfera, a dowodem tego była więź pomiędzy matką Laettnera a żoną Drexlera. A co do Laettnera – on sam wiedział, że jest w Barcelonie niejako „z doczepki” lecz w tenisie stołowym był niedoścignionym wzorem dla wszystkich. Tak jak do Jordana nie miał podjazdu na parkiecie, tak przy stole do ping – ponga go upokarzał. Któregoś razu, po kolejnej przegranej Jordan prawie zniszczył osprzęt do gry, rzucał rakietkami z wściekłości, nie rozmawiał z nikim przez dwa dni i natychmiast zamówił pingpongowy blat, żeby mieć na czym ćwiczyć. Rewanż podobno wygrał raz jeszcze Laettner, ośmieszając Jordana wynikiem 21:4 aczkolwiek mówiono też że to Jordan pokonał Laettnera – jakby nie było, Laettner mógł przez chwilę mówić o sobie jako o pogromcy Jego Powietrznej Wysokości.

Oprócz gier w ping-ponga, wideo, na saksofonie, w karty lub inne odmiany hazardu i przede wszystkim golfa, gdzie rej wiedli Jordan, Barkley, Drexler, i trenerzy Daly oraz Carlesim. Życie towarzyskie Dream Teamu koncentrowało się wokół Stolika Mistrzów – przy nim odbywały się gorące dyskusje, w trakcie których koszykarze przechwalali się kto co wygrał i ile zdobył. Tutaj najwięcej do powiedzenia miał Jordan, złośliwie docinając i obnażając wszystkie słabe punkty swoich kolegów – Ewingowi dostało się za brak mistrzostwa i za brak umiejętności podawania przy podwójnym kryciu, Barkley oberwał za tuszę i oczywiście za niezdobycie mistrzowskiego tytułu, a Johnsonowi było zarzucane towarzystwo z Lakers – Jordan uważał że bez niego Johnson by tyle nie osiągnął.

Rzecz jasna, wielu nie pozostawało dłużnych i odpowiadało na te złośliwości: Barkley dworował sobie z wyglądu Jordana, a Magic przypominał że w Chicago jest ktoś taki jak Scottie Pippen. Poza nocnymi rozmowami gracze nie widzieli problemu, żeby oglądać na żywo występy swoich rodaków – Malone interesował się boksem, Ewing lekkoatletyką a Magic wszystkim, jak to on. Jednak najmniej z powagi sytuacji robił sobie Barkley, który był w stanie przechadzać się po słynnej ulicy La Rambla jakby nigdy nic i popijać sobie piwo, a Stockton, Mullin i Magic urwali się kordonowi bodyguardów i przejechali się metrem. Jeśli chodzi o Stocktona – spośród wszystkich koszykarzy Dream Teamu – był najmniej zauważalny, ponieważ w trakcie jednej z przechadzek żaden z przechodniów go nie rozpoznał.

Powrót na ziemię

Bajka dobiegła końca, trzeba było wracać do ojczyzny – losy zawodników Dream Teamu potoczyły się różnie. Jordan zdobył jeszcze cztery tytuły mistrzowskie, tak jak Pippen, ale przeżył rodzinną tragedię, gdyż jego ojciec został zamordowany. Ponadto popadł w długi hazardowe i na dwa lata przerwał koszykarską karierę, próbując swoich sił w baseballu.

Bird już nie wystąpił na parkietach NBA, a Magic wrócił na chwilę w sezonie 1995/1996. Malone, Stockton, Ewing i Barkley nigdy nie zdobyli mistrzowskiego pierścienia, pod nieobecność Jordana Drexler i Robinson dopięli swego, a Laettner został solidnym ligowcem tak jak Mullin.

Jednak nie oznaczało to stagnacji, ponieważ na kolejne wielkie imprezy powołano Dream Team II oraz Dream Team III, ale te zespoły nie były aż tak uwielbiane jak ich protoplaści. Pewni gracze oryginalnego Dream Teamu, tacy jak Malone, Stockton i Barkley wystąpili w szeregach  zespołu drugiego i trzeciego lecz byli delikatnie mówiąc zniesmaczeni wadami charakteru ich następców. Dla nich było nie do pomyślenia jak zawodnik może się obrażać na trenera, kiedy ten nie wystawia go do składu, jak również fakt, że gracz może publicznie podważać kompetencje szkoleniowca. Nie pasowało im to wszystko, nie chcą za bardzo o tym mówić a na sugestię młodych gniewnych, że starzy musieliby pogodzić się z porażką, część z nich zbywało ją dobrotliwym uśmiechem, a Bird odparł po swojemu:

„Prawdopodobnie tak. Nie grałem 20 lat, a do tego wszyscy się zestarzeliśmy.”

Raczej nie ma sensu podejmować się porównywania tych drużyn, chociaż zarówno młodzi, jak i starzy zawodnicy będą uparcie obstawać przy swoich racjach. Za tymi drugimi przemawiają rezultaty – z wyjątkiem studentów z NCAA nikt nie był w stanie im nawet podskoczyć, natomiast reprezentacji Stanów Zjednoczonych złożonej z O`Neala, Hardawaya, Kevina Garnetta czy Tima Duncana wiodło się różnie, ponieważ potrafili przegrać z zespołem Portoryko. W tych kwestiach zapewne nie dojdzie się do konsensusu lecz zasadniczo uważa się, że Dream Team był tylko jeden, ten z 1992 roku.

Dream Team stał się zjawiskiem z innego wymiaru jednocząc cały glob w bezgranicznej miłości do siebie. Dzięki tej drużynie popularność koszykówki przebiła wszystko, docierając do najodleglejszych zakątków kuli ziemskiej gdzie nawet prosty rolnik rozpoznaje kim jest Jordan, Magic lub Bird. Zespół z Krainy Snu był inspiracją dla dziesiątek koszykarzy, i tych zawodowych jak Dirk Nowitzki i Steve Nash jak i tych którzy w koszykówkę grają rekreacyjnie.

Bez wątpienia, projekt o nazwie Dream Team był jednym z najbardziej genialnych w historii świata, nie tylko tej sportowej. Powstało mnóstwo artykułów prasowych, filmów i innych publikacji jemu poświęconych i należy sądzić, że prawdopodobnie nikt i nic nie zbliży się do tego, czego dokonał Dream Team, zarówno na boiskach w Barcelonie jak i poza nimi.

Autor: Marek Niewiadomy

Poprzednie teksty Marka znajdziecie w linkach: o Litwie i o Jugosławii.

Advertisement

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Grzegorz Es
Grzegorz Es
15 grudnia 2020 00:50

Ten brak testów antydopingowych trochę rzuca cień na boskość dream teamu. Natomiast wybór Laettnera zamiast Shaq’a to największy błąd.