Każdy, kto interesuje się lub interesował rozgrywkami sportowymi przechowuje w pamięci wiele sytuacji i zdarzeń do których odnosi się w sposób negatywny bądź pozytywny. Mowa tu o wspaniałych zwycięstwach jak również druzgoczących porażkach zespołowych w kontekście rywalizacji drużynowej, analogicznie jak w przypadku zmagań indywidualnych – jednak tam pierwszoplanową postacią staje się konkretny zawodnik. Gdyby zapytać się kogokolwiek czy posiada swoją ulubioną drużynę lub zawodnika, a także tę znienawidzoną lub znienawidzonego 99 procent obserwujących wydarzenia sportowe odpowie twierdząco. Ponadto, można przypuszczać że nie istnieje gracz lub zespół na którego reagowano by wyłącznie z sympatią lub antypatią. Krótko mówiąc, wszyscy posiadają swoich zwolenników jak i przeciwników. W historii światowego sportu istnieje tylko jeden zespół, będący wyjątkiem potwierdzającym powyższą  regułę: jest nim Dream Team z igrzysk olimpijskich w Barcelonie, które odbyły się w roku 1992.


Ta wspaniała dwunastka koszykarzy prowadzona przez słynnego szkoleniowca Chucka Daly’ego zjednoczyła wszystkich sympatyków koszykówki z całego świata, od Alaski po Australię, od Brazylii po Niemcy. Byli ambasadorami pokoju i wyrazicielami prawdziwej, szlachetnej idei sportu burząc pozostałości zimnowojennych murów, wszyscy na całym świecie ich uwielbiają po dziś dzień a kiedy występowali w Barcelonie to miasto ogarnęło coś na podobieństwo szaleństwa i ekstazy. Jeden z jej zawodników, a zarazem kapitan – Earvin „Magic” Johnson – podczas jednego z wywiadów dobitnie stwierdził, że nigdy więcej nie będzie takiej drużyny i nie sposób się z nim nie zgodzić – inne Dream Teamy, a także wiele reprezentacji narodowych wręcz blakną w konfrontacji ze słynną Drużyną Marzeń, która na olimpijskim parkiecie zachwyciła cały świat.

Prekursor z Belgradu

Bazowym założeniem igrzysk olimpijskich było to, że na jakąkolwiek olimpiadę mieli być zgłaszani wyłącznie amatorzy – występ zawodowców kłóciłby się ze szlachetnymi pobudkami sportowymi. Jednak wiadomo, że tak wcale nie było, zwłaszcza w czasach zimnej wojny – państwa demokracji ludowej, szczególnie Związek Radziecki bezceremonialnie łamały tę zasadę, ponieważ zawodnicy grający w jego reprezentacji, czy to piłki nożnej, koszykówki lub hokeja byli na etacie żołnierza albo milicjanta, a przy tym wszystkim w koszarach czy na komendzie nie pojawiali się ani razu. Wzbudzali przy tym zazdrość, a trafnym przykładem była sytuacja klubów górniczych, fabrycznych, a także lotniczych w nie tak wcale odległej Polsce – sportowiec udający się po wypłatę nie zostawał zrównany z ziemią przez rzeszę pozostałych pracowników tylko dlatego, że swoją grą sprawiał radość oczekującym w kolejce po wypłatę.

W Związku Radzieckim wyglądało to trochę inaczej – tam nie można było sobie pozwolić na okazanie chociaż minimum niechęci. Bez niepotrzebnej kurtuazji, te stanowiska były fikcyjne, ale do pewnego momentu nikomu to nie przeszkadzało, nawet znajdującym się po drugiej stronie barykady Amerykanom. Mimo wszystko, powolutku kielich goryczy się napełniał – nawet teraz w USA nie mogą zapomnieć o haniebnym przeinaczeniu wyniku koszykarskiego finału: 9 września 1972  roku przy wyniku 50:49 dla Stanów Zjednoczonych ówczesny szef FIBA R. William Jones podszedł do stolika sędziowskiego i nakazał wydłużenie meczu o trzy sekundy. Sowietom udało się z tego skorzystać, a zawodnicy z Ameryki Północnej mogli czuć się pokrzywdzeni.

Późniejsze triumfy w Montrealu oraz Los Angeles nie wzbudziły entuzjazmu, ponieważ zostały osiągnięte niejako w domu, natomiast igrzyska w Moskwie zostały przez USA zbojkotowane. Prawdziwy test miał nastąpić w południowokoreańskim Seulu, ale został oblany – tylko trzecie miejsce za ZSRR i Jugosławią było uznane za porażkę i tak też uważali zawodnicy broniący amerykańskiego honoru. To ostatecznie spowodowało, że miarka się przebrała i pomimo protestów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego włodarze National Basketball Association na czele z komisarzem Davidem Sternem zaczęli się zastanawiać co zrobić, aby nigdy się to już nie powtórzyło. Człowiekiem, który stał się swego rodzaju wybawicielem i pomysłodawcą był urodzony w Belgradzie Boris Stanković.

W swojej ojczyźnie ukończył studia weterynaryjne oraz zajmował stanowisko kontrolera jakości mięsa i sera, a także rozwijał się jako zawodnik i działacz koszykarski. W 1974 roku został z ramienia Międzynarodowej Federacji Koszykówki znanej jako FIBA oddelegowany do Ameryki Północnej, gdzie miał zgłębić tajniki funkcjonowania tego sportu w tamtejszych realiach. Musiał szybko uczyć się nowych rzeczy, ale to nie trwało długo – on jako pierwszy dostrzegł sprzeczność w olimpijskich kwestiach dotyczących podejścia do zawodników grających w stu procentach amatorsko jak i tych „formalnie” zatrudnionych :

„Dotarło do mnie, jaka to hipokryzja. Zależało mi na tym, żeby koszykówka się rozwijała, a tutaj nie było na to szans. Nie mogłem się z tym pogodzić”

W końcu doszło do spotkania na szczycie – Stankovicia jako sekretarza generalnego FIBA podejmowali Stern i jego zastępca Russ Granik. W miarę sprawnie doszli do porozumienia, gdyż cała trójka widziała w nim korzyści – Stern i Granik zdawali sobie sprawę ze słabnącej roli koszykówki w amerykańskim sporcie, gdzie według sondaży znajdowała się dopiero na piątym miejscu a i inspektor Stanković zwietrzył swoją szansę na zapisanie się w historii. Poza tym Stern doskonale rozumiał, że kolejne wpadki na arenie międzynarodowej mogą być katastrofalne dla przyszłości koszykówki i na efekt przyszło czekać do roku 1989 – wtedy to FIBA zmieniła swoje postanowienia i zgodziła się na występy zawodowców na igrzyskach olimpijskich.

Nie wszystkim się to podobało, m.in. Związkowi Radzieckiemu, ale ich sprzeciw został oddalony i można było wdrażać koncepcję drużyny złożonej z zawodników NBA w życie. A za twórcę nazwy Dream Team jest uznawany Jack McCallum, który w 1991 roku opublikował tekst na łamach „Sport Illustrated”, gdzie wyraził swoje przypuszczenia co do tego jak jego zdaniem będzie wyglądać pierwsza piątka przyszłej Drużyny Marzeń: mieli się w niej znaleźć Michael Jordan, Magic Johnson, Karl Malone, Charles Barkley i Patrick Ewing. Okładkowe zdjęcie nad ukazanym tydzień później tekstem zostało opisane jako Dream Team i w rezultacie się przyjęło w obiegowej opinii, nawet mimo pozostałych prób nazewnictwa rodzącej się drużyny – Niebiesko, Biali, Czerwoni i Gotowi jak i inne nie znalazły wystarczająco dużo uznania. W każdym razie, dzięki pomysłowi inspektora z Belgradu powstało coś, czego nikt na świecie nie był w stanie powtórzyć i z niecierpliwością czekano na to, jak ten nowy twór będzie się prezentował.

Trudne wybory

Podczas kształtowania się zupełnie nowej drużyny, która miała później zaszokować świat, w wielu zagadnieniach nie można było dojść do porozumienia. Przede wszystkim chodziło o trenera – to miał być ktoś, kto poprowadzi dwunastu geniuszy koszykówki do triumfu na igrzyskach i przy tym będzie w stanie nad nimi zapanować. Wiadomo było, że kto by nie został wybrany spośród graczy z NBA posiada bardzo wysokie mniemanie o własnych umiejętnościach i wielu się zastanawiało jak nowy trener sobie z tym poradzi.

Na początku jako niemal stuprocentowego pewniaka do objęcia tej elitarnej posady uważano szkoleniowca polskiego pochodzenia Mike`a Krzyzewskiego, który prowadził uniwersytecką drużynę Duke Blue Devils. Szybko się z tego wycofano, ponieważ coraz więcej do powiedzenia zaczęli mieć przedstawiciele NBA, którzy z oczywistych powodów naciskali na to, żeby trenerem był ktoś z ich środowiska. Kandydatów było czterech: Don Nelson, Pat Riley, Larry Brown oraz Chuck Daly. Nelson i Brown szybko wypadli z wyścigu o trenerski fotel i na placu boju zostało już tylko dwóch czyli Riley oraz Daly – obaj doskonali szkoleniowcy, obaj nienagannie ubrani, obaj pieczołowicie dbający o własny wizerunek.

Ostatecznie zdecydowano się na Daly`ego,  m.in. ze względu na to, jak potrafił zarządzać Detroit Pistons, znanymi wówczas z pseudonimu Bad Boys. Doprowadzali do rozpaczy całą ligę swoją bezlitosną, bezkompromisową, chamską grą, a w szczególności Chicago Bulls pod przywództwem Michaela Jordana. Uznano, że Daly lepiej da sobie radę z gigantyczną presją jaka będzie ciążyć nad zespołem i to jemu finalnie powierzono stanowisko head coacha Dream Teamu. Były ku temu trzy zasadnicze powody: po pierwsze według dziennikarzy Daly potrafił na dziesięć sekund przed końcem mimo dwudziestopunktowego prowadzenia martwić się o korzystny wynik, po drugie nie miał tak przerośniętego ego jak niektórzy z jego podopiecznych, a po trzecie prowadził zespół bardzo trudny do okiełznania, w przeciwieństwie do Riley’a, który w Los Angeles Lakers miał raczej cieplarniane warunki.

W końcu, kwartet trenerski stworzyli Chuck Daly, Lenny Wilkens wyznaczony do bycia kierownikiem zespołu, Mike Krzyzewski mający zajmować się defensywą i P.J. Carlesimo od spraw ofensywnych, który kilka lat później padł ofiarą ataku ze strony Latrella Sprewella – ten ostatni, mając już dość wojskowych metod Carlesimo, polegających na krzyku oraz wyzwiskach, dwukrotnie dusił swojego trenera. Co ciekawe, po tym incydencie wielu zawodników z ligi, m.in. Rod Strickland przyznał, że sam wielokrotnie chciał postąpić jak Sprewell. To jest jednak materiał na odrębną historię, wtedy Carlesimo jeszcze nie poczuł takiej władzy, jaką miał kiedy został samodzielnym szkoleniowcem, a i sam Daly i powołani gracze do Dream Teamu na pewno by sobie na coś takiego nie pozwolili – to Daly był kapitanem okrętu. Finalnie, Daly udzielił bardzo cennej rady swoim asystentom jak postępować z gwiazdami NBA – chodziło o to, żeby nie zawsze wszystko widzieć, słyszeć i dzielić się tym na głos.

Trener wybrany, przyszła pora na graczy – 21 września 1991 roku dwunastoosobowa komisja pod kierownictwem C.M Newtona oficjalnie zgłosiła pierwszą dziesiątkę przyszłych olimpijczyków. Do zespołu dostali się: Michael Jordan i Scottie Pippen z Chicago Bulls, Karl Malone oraz John Stockton z Utah Jazz, David Robinson z San Antonio Spurs, Patrick Ewing z New York Knicks, Chris Mullin z Golden State Warriors, Charles Barkley z Philadelphia 76ers, Magic Johnson z Los Angeles Lakers, Larry Bird z Boston Celtics, a także wybrani jako ostatni Clyde Drexler z Portland Trail Blazers i jedyny zawodnik z NCAA czyli Christian Laettner z Duke.

Jeśli chodzi o Jordana, ogłaszający kandydatury chcieli utrzymać kibiców w niepewności i podali jego nazwisko pod koniec wyczytywanych. Daly jako szef zespołu zgłaszał również kandydatury Dennisa Rodmana i Billa Laimbeera, ale to nie mogło obronić się w żaden sposób. Czarnym Piotrusiem i najbardziej pokrzywdzonym został były gracz Daly’ego z Detroit PistonsIsiah Thomas, którego się albo kocha albo nienawidzi. W nowo stworzonej grupie było raczej bliżej do tego drugiego, o czym mówił nawet Magic Johnson, do pewnego czasu uchodzący za przyjaciela Thomasa:

„Isiah sam zniszczył swoje szanse na występ w Dream Teamie. Nikt nie chciał z nim grać – Michael i Scottie, Larry Bird, Karl Malone. Czy ktoś uważał, że potrzebujemy Thomasa? Nikt.”

Padły mocne słowa, ale boleśnie prawdziwe – Thomas był absolutnie nie do zaakceptowania przez cały Dream Team, a i sam Daly stwierdził, że: „nie będzie umierać za Isiaha”. Każdy, jak jeden mąż, podpisał się za Stocktonem rywalizującym z Thomasem o miejsce w składzie. To dobitnie pokazuje, że jeśli zespół ma występować na jakiejś dużej imprezie, nie są ważne tylko czyste umiejętności – potrzeba również sympatii i pozytywnego oddziaływania pomiędzy wszystkimi w grupie. Thomasa nie byłby w stanie zdzierżyć nikt, a już w szczególności Jordan, który nienawidzi go do dziś. Podsumowując, selekcja zakończyła się pomyślnie i można było zacząć myśleć o powrocie na szczyt.

Genialna dwunastka

O zawodnikach, którzy mieli rozsławiać koszykówkę amerykańską napisano i powiedziano już prawie wszystko, przeprowadzono setki wywiadów, ale ci ludzie oprócz posiadania jednej wspólnej cechy – bezgranicznej woli wygrywania – mieli tak zupełnie odmienne od siebie charaktery oraz życiorysy, że wielu zachodzi w głowę jak potrafili się dogadać pomiędzy sobą. To był fenomen: wszyscy oni zdołali znaleźć kompromis oraz wspólny język i brak było podziałów, jakie uwidaczniają się w każdej większej grupie osób, które z różnych powodów muszą spędzać ze sobą określoną ilość czasu. Przypadek Dream Teamu stanowi wręcz akademicki przykład tego, jak powinna funkcjonować drużyna, mimo tak wielu różnych od siebie osobowości:

#4 Christian Laettner – gracz z polskimi korzeniami, tak jak Krzyzewski. Wahano się, czy postawić na niego, czy na giganta z Luizjany Shaquille O’Neala, ale decydujący głos w sprawie miał właśnie Krzyzewski trenujący Duke, gdzie studiował Laettner. Obiecał mu występ na olimpiadzie i dotrzymał słowa. Poza tym, Duke jako college miało zdecydowanie większy prestiż niż Louisiana State University, skąd wywodził się O’Neal, a i sam Laettner był wtedy znacznie bardziej pewny siebie niż Shaq. Na uczelni Duke nie było nikogo, kto mógłby się z nim równać w rozmaitych aspektach, to on miał decydujący głos w wielu sprawach i dzięki temu został powołany do zespołu, gdzie pełnił raczej marginalną rolę i nie był do końca doceniany przez pozostałych – powodem było to że był rodzynkiem grającym w lidze uniwersyteckiej oraz jego wyniosłość;

#5 David Robinson – zdecydowanie najbardziej uduchowiony zawodnik Dream Teamu, jedyny który odbył służbę wojskową w marynarce wojennej USA, przez co dorobił się pseudonimu Admirał oraz najbardziej utalentowany technicznie, muzycznie i manualnie – w nastoletnim wieku wraz z ojcem konstruowali małe telewizorki i byli geniuszami majsterkowania. Robinson został wychowany w poszanowaniu religii, drugiego człowieka i to wszystko znajduje potwierdzenie nawet do chwili obecnej – jest założycielem wielu organizacji charytatywnych i inicjatorem mnóstwa pomocowych przedsięwzięć;

#6 Patrick Ewing – pochodzący z Jamajki gigant, który na etapie licealnej edukacji przechodził prawdziwe piekło. Grożono mu śmiercią, wyzywano od małp i naśmiewano się z jego rachitycznych postępów w nauce. Jego los uległ poprawie w Georgetown – tam rozwinął swoje umiejętności, zarówno intelektualne jak i koszykarskie, a grając już w Nowym Jorku, dzięki zdolności oddawania rzutów z półdystansu i znakomitej gry pod koszem, został niezbędnym elementem układanki o nazwie Dream Team. Ponadto, jego groźna mina i twarde usposobienie pomogło mu w odniesieniu wielu sukcesów;

#7 Larry Bird – nonszalancki, arogancki aż do przesady zawodnik, a przy tym absolutny fenomen w rzutach za trzy punkty – robił co chciał, gdzie chciał i kiedy chciał. Mistrz trashtalkingu, deprymujący przeciwników jak i dziennikarzy – w 1986 roku przed konkursem rzutów za trzy punkty wchodząc do szatni zapytał się rywali, który z nich będzie drugi, a wobec żurnalistów pozwalał sobie na aluzje seksualne. Nie miał łatwego życia, jego ojciec popełnił samobójstwo, co na pewno odbiło się na jego charakterze lecz ze swojej kariery wycisnął ile się dało, okupując to chronicznymi bólami pleców;

#8 Scottie Pippen – skromny zawodnik, który mógł nie zostać koszykarzem. Trudne warunki w trakcie dzieciństwa i dorastania oraz nienależyty wzrost przez długi czas blokowały go w odniesieniu sukcesów. Karta się jednak odwróciła, Pippen urósł i wyrwał się z domowej nędzy. Stał się swoistym cieniem Michaela Jordana w Chicago Bulls, będąc przy tym niezrównanym atletą – według otoczenia mógłby odnosić sukcesy w biegach długodystansowych;

#9 Michael Jordan – uważany za najlepszego koszykarza świata, jaki kiedykolwiek uprawiał tę dyscyplinę. G.O.A.T, His Airness – w dossier Jordana znajduje się mnóstwo przydomków opisujących jego osobę. Jako koszykarz to bez wątpienia ideał, ale jako człowiek wielokrotnie zasłynął z ciemniejszej strony – hazard, traktowanie jak bezużytecznych śmieci kolegów z drużyny, granicząca z paranoją obsesyjna wręcz chęć wygrywania na każdym kroku. Mimo wszystko wyniki oraz popularność go bronią: nikt nie jest w stanie pochwalić się tyloma osiągnięciami i nagrodami;

#10 Clyde Drexler – nieustannie porównywany z Jordanem. Łączyło ich wiele: pozycja na boisku, charakterystyczna łysina, eksplozywne wyskoki, przy czym uważa się, że Drexler skakał wyżej, zdobyte tytuły mistrzowskie i wszechstronność. Drexler powątpiewał w wielkość Jordana i subtelnie negował jego umiejętności. Jednak wielu obserwatorów jak i sam M.J. byli zdania, że obydwaj potrafią wszystko, z jedną różnicą – Jordan robił to lepiej;

#11 Karl Malone – najsilniejszy i według kobiecych magazynów najprzystojniejszy zawodnik całej NBA. Tytan pracy, o etyce i dyscyplinie przewyższającej samego Jordana, niezmordowany fan ćwiczeń fizycznych i innych aktywności, wliczając polowanie. Ceniony za zbiórki, pewny rzut i niezłomność. Postać Malone’a budziła grozę wśród graczy zespołów przeciwnych, a zwłaszcza jego łokcie. Ikona Utah Jazz, gdzie stworzył wraz z Johnem Stocktonem zabójczy duet, który do idealnej doskonałości wytrenował zagrywkę pick and roll, przyprawiającą o ból głowy wszystkich przeciwników;

#12 John Stockton – wahano się pomiędzy nim a Thomasem ale to Stockton ostatecznie pojechał na igrzyska. Koszykarską inteligencją bił na głowę resztę ekipy – w przeciwieństwie do wzrostu. Wbrew temu, co się o nim mówi jako o nieszanującym rywali i grającym nieczysto zawodniku jest to gracz słynący z pracowitości, unikający rozgłosu, słynący z wyważonych i dyplomatycznych wypowiedzi  w których zarzekał się, że nigdy jego celem nie było zrobienie krzywdy rywalowi. Ceniący spokojne, rodzinne życie, pragnący pozostać w cieniu;

#13 Chris Mullin – przez kolegów błędnie nazywany Mullinsem – jeden z niewielu leworęcznych koszykarzy, dorównujący skutecznością rzutową samemu Birdowi, a nawet go niekiedy pokonujący. Samotnik, bardzo ceniący przede wszystkim swoje własne towarzystwo, znakomity pływak, ale przy tym zmagający się z poważną chorobą, czyli uzależnieniem od alkoholu. Na szczęście wyszedł na prostą i był najlepszym z Dream Teamu na olimpiadzie w Barcelonie pod względem celności rzutów za dwa i trzy punkty;

#14 Charles Barkley – najbardziej awanturniczy spośród dwunastu powołanych. Wyrzucenie człowieka przez okno, oplucie małej dziewczynki, zwyzywanie starszej kobiety – taki był Sir Charles, czasami wręcz wulgarny i nieludzko złośliwy. Do tego wszystkiego dorzucał swoistą inteligencję i zdolność błyskotliwego ripostowania, ale wybrano go ze względu na jego niebywałe zdolności – przy zaledwie 193 albo jak się niekiedy podaje 198 centymetrach wzrostu, latał ponad obręczami i zbierał niemożliwe liczby piłek, przy czym od jego wsadów obręcze błagały o litość. To wszystko spowodowało, że postanowiono akceptować Barkley’a takiego jakim jest i tym samym dołączył do drużyny;

#15 Magic Johnson – kapitan, oczajdusza, kpiarz, któremu nawet przez moment uśmiech nie schodził z oblicza, mimo potwornych prób serwowanych przez życie. Zarażenie wirusem HIV, nielojalność przyjaciela, niechęć niektórych zawodników do gry przeciwko niemu – to wszystko nie złamało Johnsona, który zawsze miał dobre słowo dla każdego i nikomu nie odmawiał wywiadu. Genialny rozgrywający, którego przyćmiewał tylko Stockton i którego łączyła z Jordanem dość osobliwa więź – niby to się lubili, a zarówno jeden jak i drugi zawsze znaleźli okazję żeby wbić sobie przysłowiową szpileczkę.

DRUGA CZĘŚĆ TEKSTU JUŻ ZA TYDZIEŃ. PUNKTUALNIE W PONIEDZIAŁEK O 7:00.

Autor: Marek Niewiadomy

Poprzednie teksty Marka znajdziecie w linkach: o Litwie i o Jugosławii.



Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
forto
forto
7 grudnia 2020 11:11

Jordan nie trawi Thomasa bo dostawał baty od Tłoków.
Nigdy nie pokonał Thomasa w pełni zdrowego w serii po. Dopiero gdy IT się połamał i grał po kontuzji to Bulls rozwalili Pistons.
Powołanie Stocktona to było nieporozumienie. Największe sukcesy Johna przyszły długo później.

manute
manute
7 grudnia 2020 17:11
Odpowiedz  forto

Oczywiście, że Isiah powinien być w tym zespole. Jak nie za Stocktona to za Mullina. Grać powinien też Dominique Wilkins zamiast Laettnera. To były supergwiazdy lat 80, podobnie jak Bird i Magic.