Od momentu kiedy powstała koszykówka trwały, trwają i trwać będą spory polegające na przeforsowaniu stanowiska dotyczącego kwestii co jest cenniejsze dla wyniku i bardziej atrakcyjne dla oka – ofensywa czy defensywa. Znawcy podkreślają znaczenie gry obronnej i z uznaniem wypowiadają się o graczach czy drużynach stanowiących obronny monolit lecz wśród nich znajdą się również tacy którzy uważają że basket polega przede wszystkim na zdobywaniu punktów. W zasadzie jedni i drudzy mają rację lecz każdy kto dopiero poznaje arkana koszykówki będzie się zachwycał drużynami rzucającymi dużo punktów, mających w swoim arsenale zasób ekwilibrystycznych zagrywek i posiadających w swoim składzie zawodników błyskotliwych, będących w stanie przyspieszyć, szarpnąć, trafić do kosza w sposób niewykonalny dla zwykłego śmiertelnika. Przykładem takiego zespołu byli na pograniczu tysiącleci Sacramento Kings, w których składzie występowali koszykarze stworzeni zarówno do piorunującego tempa i bombardowania kosza rywali jak również zadaniowcy, którzy znakomicie wkomponowali się w  ofensywną filozofię co dało wybuchową mieszankę i spowodowało gigantyczny wzrost popularności NBA w stolicy Kalifornii czyli Sacramento.


Era Richmonda

Kings ostatecznie zakotwiczyli w Sacramento od sezonu 1985/1986, zaś w rozumieniu litery prawa ciągłość tej organizacji jest liczona od sezonu 1948/1949, kiedy to występowali jeszcze w Basketball Association of America, a rok później wstąpili w szeregi NBA jako Rochester Royals. Pod tą nazwą zdołali sięgnąć po czempionat National Basketball Association, w kampanii 1950/1951 wygrywając 4:3 z New York Knicks, co jest jak do tej pory ich jedynym tytułem mistrzowskim. Potem aż trzykrotnie zmieniali lokalizację – począwszy od Cincinatti, przez Kansas City i kończąc na Sacramento. Pierwszy rok występowania nad pacyficznym wybrzeżem przyniósł awans do fazy postseason lecz na tym się zakończyło – Houston Rockets nie dali szans Królom wygrywając do zera pierwsza rundę. To podziałało jak złe zaklęcie, ponieważ przez osiem lat Kings nie mogli osiągnąć pułapu 30 zwycięstw w sezonie i wlekli się w ogonie Konferencji Zachodniej. Przez pewien moment nie pomagała nawet obecność jednego  najlepszych graczy w historii klubu, jakim był i jest Mitch Richmond pozyskany latem 1991 roku z Golden State Warriors.

SACRAMENTO, CA – 1996: Mitch Richmond of the Sacramento Kings looks on circa 1996 at Arco Arena in Sacramento, California. NOTE TO USER: User expressly acknowledges and agrees that, by downloading and or using this photograph, User is consenting to the terms and conditions of the Getty Images License Agreement. Mandatory Copyright Notice: Copyright 1996 NBAE (Photo by Rocky Widner/NBAE via Getty Images)

Sztuka awansu do najlepszej ósemki Zachodu udała się dopiero w sezonie 1995/1996 kiedy to Kings z bilansem 39-43 musieli zmierzyć się z Seattle Supersonics, kandydatem na mistrza NBA. W starciu z Ponaddźwiękowcami nie dawano im zbyt wiele szans na przejście do kolejnej rundy, tymczasem po dwóch meczach w Key Arena był remis, ponieważ Kings wygrali mecz numer 2 zupełnie zaskakując zespół Sonics. Do zwycięstwa poprowadził ich nie kto inny jak Richmond, zdobywając aż 37 punktów przy genialnej skuteczności 13/22 z gry.

Seria przeniosła się na północ Kalifornii, do Sacramento, gdzie drużyna ze stanu Waszyngton nie pozostawiła złudzeń Królom, wygrywając bez większych problemów obydwa spotkania i przechodząc do półfinału Konferencji Zachodniej, tym samym potwierdzając że porażka w Seattle była tylko wypadkiem przy pracy. Co do Sacramento – wielu zastanawiało się, dlaczego Kings mimo ciekawego rosteru: byli przecież prócz Richmonda tacy zawodnicy jak gwiazdor litewskiej koszykówki Šarūnas Marčiulionis, gigant z Dominikany Olden Polynice, mający na rozkładzie Dream Team Bobby Hurley i solidni Corliss Williamson oraz Michael Smith nie mogą osiągnąć granicznej liczby 41 wygranych i rozgrywki kończą z reguły pod kreską.

Zazwyczaj pierwsze etapy sezonu regularnego mieli znakomite, potem nadchodziła przeciętność, a ostatnia prosta była drogą przez mękę co w rezultacie powodowało pogorszenie bilansu. Wielu ekspertów upatrywało w grze i taktyce Kings spore dysproporcje pomiędzy obroną a atakiem – w ofensywie bezkonkurencyjny był Richmond, etatowy strzelec i uczestnik All Star Game któremu nie zawsze dotrzymywali kroku partnerzy, zaś w defensywie ci ostatni musieli nadrabiać swoje niedociągnięcia w poczynaniach pod koszem rywala.

To wszystko powodowało coraz bardziej narastającą frustrację Richmonda i spółki,  ponieważ przez dwa kolejne lata playoffy nie zostały osiągnięte oraz zanotowano spadek w ilości  zwycięstw – z 39 na 34 w sezonie 1996/1997 oraz 27 sezon później, przy czym należy pamiętać, że  gdyby Kings wygrali dwa mecze więcej to wystąpiliby w edycji Playoffs 1997 kosztem Los Angeles Clippers. Do Richmonda nie można było mieć żadnych zastrzeżeń gdyż to on w głównej mierze ciągnął ten wózek, niemniej jednak jego cierpliwość się kończyła:

„Znowu w trakcie playoffów zostaję z pustymi rękoma (…) To najlepsza, najbardziej pasjonująca zabawa na świecie. Tak to sobie wyobrażam. A mnie to ciągle omija”

Swoje dostali też trenerzy w osobach Garry’ego St. Jeana i Eddie’ego Jordana – pierwszego brano za nieumiejącego dotrzeć do graczy i zużytego safandułę a drugiego za nieopierzonego młokosa, bez realnego wpływu na graczy i kompetencji upoważniających go do prowadzenia zespołu Kings. Zawiedziony Richmond, nieodpowiedni szkoleniowcy, brak wyników – kumulacja negatywności spowodowała urwanie się przysłowiowego ucha i w stolicy Kalifornii postanowiono działać.

Od dłuższego czasu mówiło się o sprzedaży lub wymianie Richmonda, aż wreszcie 15 maja 1998 roku Kings doszli do porozumienia z Washington Wizards i w zamian za swoją gwiazdę pozyskali innego znakomitego gracza, którym był Chris Webber i którego obecność miała być zapowiedzią lepszych czasów dla koszykówki w Sacramento.

Powrót Króla nad Pacyfik

Webber nie miał zbyt wiele problemów żeby odnaleźć się w nowej/starej rzeczywistości – nie tak dawno, cztery lata wcześniej, występował w niedalekim Oakland grając dla Golden State Warriors. Inna sprawa, że jego początkowe nastawienie nie było zbyt pozytywne, nie tryskał optymizmem lecz wystarczył zaledwie rok, który je zweryfikował:

„Nie wiadomo kiedy może was olśnić. Miałem dwie możliwości – pójście w górę lub w dół i tak naprawdę każdy inny klub byłby dla mnie dobry. Jednak z perspektywy czasu stwierdzam, że Sacramento było dla mnie najlepszym miejscem”

Działacze Kings, nauczeni przykrymi doświadczeniami, zdecydowali się na ofensywę. Trenerem został uznany i szanowany trener Rick Adelman, który oprócz zadowalających rezultatów był lubiany przez większość zawodników za życzliwe i ludzkie traktowanie – unikał krzyków i wyzwisk skierowanych w stronę swoich podopiecznych co w ówczesnych realiach gdzieniegdzie się przytrafiało. Ponadto z morza wolnych agentów Kings złapali w swoje sieci interesujące nabytki, gdyż do Sacramento stawili się tacy gracze jak gigantyczny Vlade Divac, łowca trójek o niepokornym charakterze i mistrzowskim doświadczeniu z Houston Rockets Vernon Maxwell, drugoroczniak Scot Pollard i zasłużony weteran z koszykarskiego klanu Barrych Jon.

Draft był również udany – królewski trykot przywdział gracz z uczelni Florida, słynący z błyskotliwych i nieszablonowych zagrań i jednocześnie sprawiający kłopoty wychowawcze Jason Williams, a po dwóch latach od wyboru w edycji draftu 1996 na parkietach NBA miał zadebiutować polecany przez Divaca jego rodak Predrag Stojaković. Wiele się spodziewano po tej dwójce, zwłaszcza po Williamsie, który miał pseudonim „Biała Czekolada”  i słynął z zagrań po których komentatorom brakowało słów żeby wyrazić ich geniusz, co przyznawali jego partnerzy z zespołu :

„Czasami chciałoby się obejrzeć jego akcję jeszcze raz, w powtórce i w zwolnionym tempie, żeby wiedzieć jak przebiegała. Może być tak że Jason zdobędzie tylko cztery punkty ale te punkty będą po rzutach jakie się niezwykle rzadko ogląda” – Jon Barry

„Świetnie pasowałby do Harlem Globtrotters” – Jerome James

W tym szaleństwie jest metoda, co było widać – młody, dynamiczny i rozrywkowy rozgrywający oraz inni gracze z jego pokolenia połączeni z doświadczonymi i otrzaskanymi w ligowych bojach wyjadaczami pod komendą szkoleniowca znającego swój fach. Kings grali szybką, atrakcyjną dla oka koszykówkę powodując, że domowa hala ARCO Arena pękała w szwach i znajdowała się na ustach wszystkich mediów od Pacyfiku po Atlantyk. Każdy chciał ich oglądać, mecze z ich udziałem powodowały, że nikt nie miał prawa się nudzić.

Królowie zakończyli sezon 1998/1999 bilansem 27-23, kwalifikując się do playoffs i na dzień dobry musieli podjąć rękawicę rzuconą im przez potęgę Zachodu – Utah Jazz. Pierwsze spotkanie było pokazem siły zespołu Karla Malone i Johna Stocktona, który nie dał najmniejszych szans Królom wygrywając w Delta Center 117:87. To nie podcięło skrzydeł przyjezdnym, ponieważ mecz numer dwa zakończył się zdecydowanym zwycięstwem Kings 101:90. Wygraną załatwiło trio Webber – Divac – Williams, a po dwanaście oczek z ławki dorzucili Barry i Mad Max. Seria przeniosła się do Sacramento i dwa spotkania rozegrane w stolicy Kalifornii były thrillerami, nie dla ludzi o słabych nerwach – po czterech kwartach starcia numer trzy był remis 77:77 i do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. Na cztery sekundy przed końcem Kings prowadzili dwoma punktami, pod koszem na doskonałej pozycji znalazł się Todd Fuller ale został sfaulowany przez Divaca i stanął na linii rzutów wolnych. Obydwa osobiste chybił, a po każdej jego próbie tumult w ARCO Arena był tak wielki że istniała uzasadniona obawa czy nie dojdzie do trzęsienia ziemi. Na szczęście obyło się bez dodatkowych atrakcji, Kings wygrali 84:81, bohaterem został Divac z 22 punktami i wszyscy przebierali nogami w oczekiwaniu na kolejną batalię.

Nastroje w Sacramento były podniosłe – już tylko jeden mecz dzielił Kings od przejścia do półfinału Zachodu. Wygrana była całkowicie w ich zasięgu, co pokazały ostatnie dwa spotkania. Mecz się rozpoczął i już od samego początku było wiadomo że to wojna w których nie ma brania jeńców, żadna z drużyn nie była w stanie odskoczyć na wyraźne prowadzenie. Kulminacja nerwów nastąpiła w trakcie ostatniej minuty przed końcem, wygrywali to jedni to drudzy lecz na scenę wkroczył Stockton, specjalista od ostatnich sekund wśród Jazzmanów. Jego celny rzut z sześciu metrów na 0.7 sekundy spowodował że Jazz uciekli diabłu spod ogona i wybił z głowy marzenia o wygranej miejscowym.

Trzeba było powrócić do Salt Lake City i rozegrać ostateczna partię – ktoś musiał w końcu odpaść. Kings pierwszą połowę Game 5 przegrali dziesięcioma punktami, ale uderzenie adrenaliny było tak silne, że zdołali odrobić straty i na 50 sekund przed końcową syreną osiągnąć trzypunktową przewagę po celnym haku Divaca. Wynik został wyrównany przez Bryona Russella i piłka meczowa, będąca zarazem playoffową, była po stronie Kings. Rick Adelman rozpisał akcję pod Divaca, który miał ją wykończyć i w momencie kiedy oddawał rzut serca podeszły do gardeł wszystkim w stanie Utah i w całym Sacramento.

Divac pomylił się o centymetry i spotkanie zostało przedłużone o pięć minut. Triumf odnieśli gospodarze przy niebagatelnym wsparciu fanów, lepiej znieśli tę dogrywkową próbę, po ich stronie było o wiele więcej doświadczenia w takich wypadkach, zaś Kings mimo porażki mogli spojrzeć w lustro – walczyli do samego końca, byli dosłownie o krok od wyeliminowania wicemistrzów NBA. W zespole z Sacramento szalał Maxwell  lecz jego 22 punkty nie wystarczyły do wyeliminowania przeciwników z Utah. On sam był jednak optymistą i z zadowoleniem wypowiadał się o zakończonym sezonie:

„Jesteśmy szczęśliwi, że dotarliśmy do tego etapu. Czujemy się silni, mocni i gotowi na następny rok”

To fakt, Kings należało się obawiać. Ich postawa w serii z Jazz przyczyniła się do tego, że każdemu zawodnikowi z miasta nad Słonym Jeziorem przybyło siwych włosów oraz lat i należy sądzić że gdyby trafili na inny zespół to wyszliby z tego pojedynku zwycięsko. Niemniej jednak szkoda, że zabrakło tak niewiele.

Północ vs Południe

Przed sezonem 1999/2000 od Kings oczekiwano poprawy osiągniętego rezultatu – liczono na co najmniej półfinał Konferencji Zachodniej. Uznano, że ten cel pomoże zrealizować zawodnik mający za sobą niezbędne doświadczenia, w których na szali stawia się absolutnie wszystko czyli Nick Anderson. Po przybyciu do stolicy Kalifornii szybko złapał kontakt z zespołem, a najbardziej zbliżył się do Jasona Williamsa, który przedstawił mu się w zupełnie innym świetle niż zazwyczaj się prezentował:

„W rzeczywistości ludzie go w ogóle nie znają, zaś ja miałem okazję go poznać takim jakim jest naprawdę. To nie jest zły chłopak. Wiadomo, że popełnił kilka błędów ale z tego co widzę to bardo chce zerwać z przeszłością”

Razem z Andersonem królewskie szaty przywdział ten, na którym wielu się nie poznało czyli Tony Delk. Żeby móc zaangażować tę dwójkę musiano zrezygnować z usług Maxwella i Tariqa Abdula-Wahada, którzy powędrowali odpowiednio do Seattle Sonics i Orlando Magic. Decyzja odnośnie Maxwella była nie do końca zrozumiała – weteran mogący jeszcze dużo zaoferować drużynie wzmacnia rywala z dywizji?

Jednak klamka zapadła, zamiast Mad Maxa miał występować Anderson i ten ruch był udany gdyż Kings wygrali 44 spotkania w sezonie zasadniczym przy 38 porażkach. Mimo, że zajęli ósme miejsce w Konferencji Zachodniej, ostatnie gwarantujące występy w Playoffs ich oponenci czyli Los Angeles Lakers bardzo bali się konfrontacji z nimi. Jednak dwa mecze w Staples Center pokazały że jest to trochę na wyrost – Kings przegrali 107:117 i 113:89 zupełnie nie mogąc powstrzymać olbrzymiego Shaquille O’Neala, zdobywcy aż 46 punktów w Game 1.

Szkopuł w tym, że teraz to Królowie mieli dwa mecze we własnej siedzibie, gdzie bardzo niewiele zespołów mogło znieść ustawiczny hałas w jej wnętrzu – o ich dyskomfort dbali zarówno koszykarze jak i dopingujący ich fani. Porywająco zagrał Kobe Bryant, który rzucił 35 i 32 punkty w meczach numer trzy i cztery, ale Chris Webber odnotował niewiele słabsze występy gromadząc 29 i 23 oczka i otrzymał potężne wsparcie z ławki rezerwowych w osobach Peji Stojakovicia i Tony’ego Delka – ci gracze zdobywali ponad 10 punktów i bardzo pomogli w odciążeniu pierwszej piątki Kings, którzy zwyciężyli 99:91 i 101:88, tym samym wyrównując stan rywalizacji.

Wóz albo przewóz – dla Kings lub Lakers spotkanie numer pięć było ostatnim. Przywilej bycia gospodarzem przypadł Jeziorowcom i stanowił on niebagatelny atut patrząc w przeszłość, gdyż miejscowi pokonywali przyjezdnych. To się potwierdziło, ponieważ Kings zostali stłamszeni 86:113, przegrywając trzy kwarty i remisując w czwartej, kiedy już wszystko było rozstrzygnięte. W Sacramento tylko Webber trzymał poziom rzucając 20 oczek, pozostali nie przekroczyli dwucyfrowego pułapu, zaś w Lakers dominatorem okazał się O’Neal, który uzyskał 32 punkty. Po meczu nie krył zadowolenia i przyznał że to była twarda walka:

„Możecie mi wierzyć – cieszę się że mam już to za sobą, ciężko się grało przeciwko nim”

No cóż, drugi sezon z rzędu został zakończony na pierwszej rundzie lecz i tak w grze Kings był widoczny progres – przecież nie tak dawno w Sacramento o tak dobrych występach można było tylko pomarzyć. W edycji 2000 na niekorzyść Królów zadziałała obecność O’Neala lecz nikt nie załamał rąk – przyszłość i to wcale nie tak odległa miała należeć do ekipy ze stolicy Kalifornii, która wiele się nauczyła w bojach z Lakers.

Przez pustynię nad jezioro

Przed startem nowego sezonu włodarze Sacramento postanowili oddać do Toronto Raptors swojego wieloletniego gracza, Corlissa Williamsona, a na jego miejsce przybył Doug Christie. Uznano, że konieczne jest wzmocnienie defensywy, a Christie miał być remedium na jej bolączki. Do składu dołączył jeszcze szybki i ruchliwy Bobby Jackson oraz turecka gwiazda Hedo Türkoğlu, co spowodowało, że skład Kings stał się jeszcze bardziej „smallballowy”. To był strzał w dziesiątkę – nie dość że Królowie osiągnęli bilans 55-27, do którego nie zdołali się zbliżyć przez 40 lat, to jeszcze w lutym 2001 roku zostali uznani za najbardziej widowiskowo grającą drużynę a Christie, Webber, Divac, Williams i Stojaković zostali przez Sports Illustrated nazwani „największym show”.

Kings znaleźli się na podium Zachodu, ustępując tylko Los Angeles Lakers i San Antonio Spurs. Zajmując trzecie miejsce mieli po swojej stronie przewagę własnego parkietu, a czekał na nich szósty zespół Konferencji Zachodniej, w bardzo niewielkim stopniu ustępujący ofensywnemu talentowi Królów – Phoenix Suns, w których występował Tony Delk. Miał on coś do udowodnienia swojemu byłemu pracodawcy, którego mocno nastraszył pewnego styczniowego wieczoru aplikując mu aż 53 punkty.

Nie ma co mówić, to miało być koszykarskie crème de la crème – po jednej stronie Kings, po drugiej Los Suns, których siłę uderzeniową stanowili Jason Kidd, Clifford Robinson, Penny Hardaway, Shawn Marion, wsparci zawodnikami z bogatym życiorysem, takimi jak Vinny Del Negro i Mario Elie. Już na powitanie Kings zostali spaleni arizońskim słońcem – w ekipie Suns najjaśniej świecili Marion, Kidd oraz Rodney Rogers, którzy załatwili wygraną przyjezdnym aczkolwiek gospodarze mieli okazję doprowadzić do remisu, gdyby Jason Williams trafił rzut za trzy punkty. Królowie na taki obrót spraw odpowiedzieli w jedyny słuszny sposób, rozbijając Słońca 116:90, w których najlepszy okazał się Delk zdobywając 14 oczek – to była największa zdobycz punktowa Phoenix tego wieczoru. Z kolei w Sacramento wszyscy zagrali po królewsku – każdy z pierwszej piątki zapisał do protokołu meczowego dwie cyferki, na czele ze Stojakoviciem, autorem 22 punktów, a i rezerwowi dołożyli swoje, wśród których prym wiódł Bobby Jackson.

Batalia przeniosła się na pogranicze amerykańsko-meksykańskie, do upalnego Phoenix. I znowu czołowi zawodnicy z Sacramento pokazali, co potrafią – najlepszy Webber rzucił 23 punkty a najsłabszy Divac 11 i dzięki temu Królowie wygrali ze Słońcami 104:96. Dla gospodarzy, oprócz Kidda, autora 19 punktów, najlepiej rzucał ponownie Delk uzyskując 18 oczek. Niektórzy zaczynali żałować że pozwolono na odejście tego gracza, który miał patent na Sacramento. Drużyna Słońc znalazła się pod ścianą, jeśli chciała pozostać w grze o półfinał, musiała kolejne spotkanie wygrać.

Mecz ostatniej szansy zaczął się dla Phoenix znakomicie – na początku drugich dwunastu minut wypracowali sobie aż 19 punktów przewagi. Kings grali fatalnie – przez 12 minut nie byli w stanie zdobyć punktu, oddając aż 22 niecelne próby. Nikt w America West Arena nie przyjmował do wiadomości, że Suns mogą położyć ten mecz lecz wszystkich z błędu zaczął wyprowadzać Stojaković, rzucając 37 punktów, powodując tym samym że z gospodarzy uszło powietrze. Kings wygrali czwartą kwartę jedenastoma punktami, całe spotkanie 89:82 przechodząc do drugiej serii po raz pierwszy od 20 lat. Zawodnicy z Sacramento byli wprost wniebowzięci czemu dali wyraz w trakcie pomeczowych wywiadów, m.in. Chris Webber: 

„To jest jak dotąd największy sukces i najwspanialsze przeżycie w mojej karierze”

Webber ze swoimi piętnastoma punktami był drugim strzelcem zespołu za rewelacyjnym tego wieczoru Stojakoviciem, o którym jego rodak Divac powiedział, że „pozamiatał”. Do tej opinii przychylili się nawet przeciwnicy z Suns w osobie trenera Scotta Skilesa i Shawna Mariona, który krył Serba przez prawie całe spotkanie i który przyznał, że Peja pozbawił go radości z gry. Sam Marion zdobył 14 punktów, co nie jest może złym wynikiem, ale zarówno on jak i pozostali zawodnicy z pustynnej Arizony finalnie ulegli królewskiej potędze, o czym przesądziło fatalne w ich wykonaniu ostatnie dwanaście minut.

Sacramento w półfinale spotkali się z Lakers, z którymi mieli do wyrównania rachunki za poprzednią playoffową edycję, kiedy mieli sukces na wyciągnięcie ręki. Teraz miała nastąpić zamiana ról – tak myślano przynajmniej w stolicy Kalifornii. Lakers mieli na ten temat inne zdanie, gdyż nie dali najmniejszych szans Królom, zmuszając ich do abdykacji i banicji. 108:105, 96:90, 103:81 i 119:113, 44 i 43 punkty Shaqa w domowych meczach oraz 48 Bryanta w meczu zamykającym drugą rundę, 4:0 – ARCO Arena i znajdujący się w niej fani byli bardzo niepocieszeni lecz nikt nie mógł zatrzymać Czarnej Mamby.

Laguna, Jaskóła i spóła

Nastało lato, przerwa w rozgrywkach a wraz z nią zmiana, o której w kuluarach mówiło się szeptem lecz wszyscy wiedzieli że do takowej dojdzie – z zespołem pożegnał się J – Will, wędrując do Vancouver Grizzlies, zaś do Sacramento przybył Mike Bibby. Ci, którzy tak uwielbiali słodycze i Białą Czekoladę byli wstrząśnięci, ponieważ z Kings odszedł ten, który przeniósł koszykówkę do przodu o lata świetlne i sprawił że każdy kto oglądał Królów czuł się jakby kosztował Mozartkugeln przeplatając Weissschokolade. Ten ruch był nieunikniony gdyż Williams spowodował, że miarka się przebrała – zabawy z ziołem, oraz obelgi o zabarwieniu rasistowskim, homofobicznym i nawołujące do wojny w Wietnamie rzucane pod adresem Mike`a Chinga i jego znajomych przyczyniły się do tego, że dalszej obecności Jasona w stolicy Kalifornii powiedziano stanowcze „nie”. Sprawy nie dało się zamieść pod dywan i o niej zapomnieć – kwestie rasowe są punktem zapalnym w Stanach Zjednoczonych i pomimo wystosowanych przeprosin niepokorny zawodnik z dwiema piątkami na plecach musiał zmienić klubowe barwy. W każdym razie, w Sacramento podziwiano go za to co dał klubowi i miastu, a kiedy przypadł szczyt popularności nazwiska Williams strój, w którym występował znajdował się na trzecim miejscu wśród najchętniej nabywanych – to było królewskie insygnium.

Fani przeboleli tę stratę gdyż ich ulubieńcy podbili Zachód oraz całą NBA zwyciężając aż 61 spotkań, ponosząc tylko 21 porażek – żaden inny zespół nie wspiął się na szczyt o nazwie „Sixty”. Faza pucharowa to był spacerek, pierwsi z kwitkiem zostali odprawieni Jazz, potem Mavericks, a na uwagę zasługuje fakt, że Królowie oddali tylko po jednym meczu swoim adwersarzom. Kings znaleźli się w Finale Konferencji Zachodniej, gdzie wreszcie miało się urzeczywistnić zasada „do trzech razy sztuka” – ich przeciwnikiem była drużyna Los Angeles Lakers.

Ten bój zapadł w pamięć po wsze czasy ze względu na swoją dramaturgię oraz mroczne, zakulisowe działania zarówno na boisku koszykarskim jak i poza nim. Pierwszy mecz należał do Lakers, wśród których rządził duet O’Neal-Bryant. Zapewnił on wygraną Jeziorowcom 106:99, zdobywając łącznie 56 punktów. Wśród Kings najlepszy był Chris Cross autor 28 punktów, będąc wspieranym przez Bobby’ego Jacksona z 21 oczkami. W drugim spotkaniu górą byli gospodarze, wygrywając w ARCO Arena 96:90, liderzy – Webber i O’Neal zrobili swoje kolekcjonując 21 i 35 punktów, natomiast zaskakująco słabo jak na swoje możliwości zagrał Bryant. Powód był dość prozaiczny – cheeseburger. Kobe po jego konsumpcji uległ odwodnieniu, w trakcie meczu trafił 9 rzutów z oddanych 21 i uzbierał 22 punkty lecz nie szukał wymówek i stwierdził, że Kings wygrali zasłużenie:

„Grałem na 50 procent swoich możliwości. Czy to był spisek? Raczej nie, nie sądzę”

Shaq, jak to Shaq – zasiał ziarenko wątpliwości oznajmiając, że istnieje tylko jeden sposób żeby wygrać z nim i resztą Lakers i zaczyna się na „c” i kończy na „t”. Co domyślniejsi od razu zorientowali się w czym rzecz – słowo „cheat” wiele tłumaczy, choć nikt nikogo za rękę nie złapał, Sacramento wyrównało stan rywalizacji.

Mecze numer trzy oraz cztery odbyły się w Los Angeles i po ich zakończeniu nic się nie zmieniło, ponieważ dalej był remis. Game 3 w Staples Center wzięli Królowie, wygrywając 103:90, prowadząc przez całe spotkanie i rozprawiając się z miejscowymi w szóstkę – najwięcej punktów w liczbie 26 uzyskał Webber, a najmniej, po 11 Jackson i Divac. Kolejnego wieczoru, 26 maja obydwie drużyny wyszły na Game 4 i to był prawdziwa karuzela emocjonalna dla jednych i drugich.

Kings po dwunastu minutach prowadzili aż 20 punktami, dobrze się przy tym bawiąc. Jeziorowcy zrozumieli że to nie przelewki i zaczęli z mozołem odrabiać stratę, która na 11 sekund przed końcową syreną wynosiła tylko dwa punkty. Lakers po celnym osobistym Divaca znaleźli się w posiadaniu piłki i kiedy wyprowadzili ostatni atak w Staples Center nikt nie siedział. Ciśnienie ludzi skoczyło o kilkaset razy ponad dopuszczalne wartości kiedy O’Neal i Bryant spudłowali swoje próby lecz wtedy na scenę wkroczył seryjny zabójca marzeń rywali, stoicki egzekutor o nazwisku Robert Horry. Nerwy mu nie zawiodły, wysłał strzałę śmierci w królewskie serce i dał wygraną swojej drużynie.

Horry zgromadził 18 punktów z czego aż 11 w decydującej czwartej kwarcie i został bohaterem Lakers aczkolwiek przez cały czas zachowywał spokój i nie dał się ponieść fali emocji :

„Taka jest moja rola, gdzie nie grałem to byłem wyznaczany do takich akcji. Piłka trafiła do mnie idealnie, a ja zrobiłem to co do mnie należało”

Dwa dni później, w Sacramento Królowie zrewanżowali się przyjezdnym, a o wyniku zdecydował celny rzut oddany przez Mike’a Bibby’ego, kiedy do zakończenia meczu pozostało zaledwie 8.2 sekundy. Przyjezdnych mógł uratować Bryant lecz się pomylił i Kings wygrali 92:91. Ratownik Bibby uzbierał 23 punkty, dając tym samym Kings niebywały komfort psychiczny przed ponowną wizytą w Los Angeles.

Przeproś nie było – w słowniku Lakers istniało tylko jedno słowo, a było nim zwycięstwo za wszelką cenę. Makiawieliści mówią, że wszystkie chwyty dozwolone, cel uświęca środki i pod tym dyktandem przebiegało spotkanie numer sześć, a obserwatorzy i dziennikarze chwytali się za głowę patrząc na to co wyprawia trójka sędziowska o nazwiskach Dick Bavetta, Ted Bernhardt i Bob Delaney. To były kwadratowe jaja bowiem w czwartej kwarcie Lakers oddali aż 27 rzutów wolnych, Bryant uderzając łokciem w twarz Bibbiego na oczach arbitra nie poniósł żadnych konsekwencji, a dziennikarz Washington Post Michael Wilbon skrupulatnie wypunktował sędziowską nieudolność i niekompetencję :

„Zanotowałem sześć skandalicznych werdyktów, wszystkie na niekorzyść Sacramento”   

Łokieć Bryanta, zaliczone punkty Samaki Walkera wbrew regulaminowi – Walker oddał swoją próbę kiedy stanął zegar odmierzający czas, wylatujący z parkietu Divac i  Scot Pollard za przekroczony limit przewinień, jednostronne gwizdanie w kulminacyjnych momentach meczu. To był piłkarski a raczej koszykarski poker, a arbitrzy postępowali w myśl sędziego Jaskóły twardo stojącego przy danej obietnicy: „zapłacili za 3:0, będzie 3:0” . Królowie nie kryli rozgoryczenia i oburzenia, szczególnie usunięty Pollard:

„Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak i coś się dzieje w sposób niesportowy. Niestety, nie mieliśmy prawa i nie mogliśmy wygrać tego meczu”

Lakers wygrali 106:102, a Kings zostali brutalnie skręceni przez teoretycznie sprawiedliwych. To spotkanie okryło hańbą kolegium sędziowskie w całej National Basketball Association, a ferment dotarł aż do samej góry, do komisarza Davida Sterna. Ślepy widział co się działo, nawet tak nabijający się z Królów O’Neal zauważył że wynik był wypaczony :

„Jakoś nie mogę, przynajmniej częściowo odmówić racji oskarżeniom Sacramento że władze ligi wolałyby żeby wygrana przypadła nam”

Czy to było szczere czy nie – czasu już nikt nie cofnie, meczu się nie powtórzy lecz cała historia była wówczas bez precedensu, skandaliczna praca panów z gwizdkiem pozbawiła przyjezdnych nawet teoretycznych szans na wyjazdowy triumf w Finale Zachodu.

Emocje sięgnęły zenitu przed siódmą bitwą w kalifornijskiej wojnie, wszystko miało się zdecydować w Sacramento. Jednym i drugim widmo zagłady zajrzało w oczy, nie było wiadomo, kto poradzi sobie z tak gigantycznym obciążeniem. Lepiej zaczęli Lakers wygrywając pierwszą kwartę jednym punktem, po zakończeniu drugiej Kings prowadzili dwoma i zdołali częściowo obronić tę przewagę, która na początku czwartej wynosiła jeden punkcik.

Dla bardziej nerwowych i mających kłopoty z krążeniem dalsze pozostanie w ARCO Arena mogłoby się skończyć tragicznie – kiedy do końca pozostały 72 sekundy na jumbotronie widniał remis po celnym rzucie Divaca.  Potem nastąpił festiwal osobistych okraszony jumperem Bibby’ego i po upływie regulaminowego czasu było 100:100. W dogrywce ku rozpaczy miejscowych kibiców lepiej trzymali się Lakers, którzy byli skuteczniejsi, a zawodnikom Kings puściły nerwy i ręce nie funkcjonowały tak jak powinny – dziewięć oddanych prób nie znalazło drogi do kosza. 112:106 i bezbrzeżny smutek u gospodarzy oraz nieopisana radość wśród gości.

Teksańska masakra

Nie da się ciągle żyć przeszłością oraz rozpamiętywaniem i należało się skupić na sezonie 2002/2003. W wakacje nie poczyniono żadnych gwałtownych ruchów, obrana droga okazała się być słuszna toteż Kings przystępowali do nowej kampanii w praktycznie niezmienionym składzie. W grudniu do Sacramento przybył Jim Jackson, znający realia NBA jak własną kieszeń – miał służyć pomocą w trudnych momentach, takich jak w ostatnio zakończonych playoffach.

Rozwaga i brak nerwowych poczynań ponownie się opłaciły – Królowie nieznacznie obniżyli swój poziom w stosunku do tak udanego ubiegłego sezonu, kończąc obecny rezultatem 59-23 i przystępując do walki o mistrzostwo z drugiego miejsca w Konferencji Zachodniej. W pierwszej rundzie po raz drugi z rzędu i po raz trzeci w przeciągu pięciu lat spotkali się z Utah Jazz i analogicznie jak rok wcześniej ta seria przebiegła bez większej historii, Kings wygrali ją pewnie 4:1, a dla Jazzmanów mecz numer 3 był ostatnim koncertem duetu Stockton – Malone.

W zachodnim półfinale Królowie spotkali się z bardzo podobną do siebie ekipą, stawiającymi na totalną ofensywę Dallas Mavericks. W starciach tych drużyn padały bardzo wysokie wyniki. I tak, w Dallas na początek najpierw lepsi byli goście z Sacramento zwyciężając 124:113, zaś dwie doby później to Mavericks odpłacili pięknym za nadobne Królom, pokonując ich 132:110. Potem odbył się mecz numer trzy, najbardziej szalony we tej serii – żeby poznać zwycięzcę konieczne było rozegranie dwóch dogrywek.

To spotkanie stało pod znakiem dwójki: najlepszymi aktorami tego widowiska zostali Nick Van Exel z 40 punktami po stronie Dallas i Peja Stojaković z Sacramento, gromadząc ich 39. Królowie mieli dwie szanse żeby dobić rywala lecz nie wykorzystali ich Christie i Stojaković i oczywiście dwie dogrywki. Impas został przełamany dzięki trójce zawodnika Mavericks Walta Williamsa – od tego momentu Mavs nie dali sobie wydrzeć z rąk zwycięstwa.

Kolejne trzy pojedynki to wymiana ciosów oraz ripost: 99:83 dla Sacramento, 112:93 dla Dallas, 115:109 dla Sacramento. Nikt nie chciał ustąpić lecz na każdego zwycięzcę przypada jeden przegrany – w kowbojskim Teksasie lepsze oko mieli Mavs, których poprowadził Nick de Quick Van Exel, do którego nie było zbytniego przekonania ze względu na trudny do okiełznania charakter, okazał się być języczkiem u wagi, jego zaangażowanie i oddanie drużynie docenił i podkreślił w wywiadach coach Dallas Don Nelson:

„Wszystko w tej serii zawdzięczamy Nickowi. Kiedy sprawy nie układały się po naszej myśli skłonił nas do zmiany nastawienia i podjęcia walki. Potrzebowaliśmy tego”

W zasadzie wygrana Mavericks w decydującej potyczce nie była nawet przez chwilę wątpliwa ale niewielu myślało, że Van Exel zagra tak dobrze – bądź co bądź był tylko rezerwowym. The Quick udowodnił wszystkim, którzy go skreślili że jeszcze ma w swoim baku sporo teksańskiej ropy i swoimi 23 punktami przypieczętował awans swojej drużyny do Western Conference Finals.

Tańczący z Wilkami

Sezon zasadniczy 2003/2004 był dla Kings jakiś…dziwny. Nastąpiło kilka zmian: odeszli Türkoğlu, Pollard i Jim Jackson, w zamian do Kalifornii stawili się Brad Miller i Anthony Peeler choć i tak to wszystko nie było na tyle sensacyjne jak długa absencja Chrisa Webbera. Była ona spowodowana rekonwalescencją po operacji mikrozłamania w kolanie, a kiedy się zakończyła Chris musiał poddać się karze zawieszenia po skandalu z Edem Martinem. Poszło jak zwykle o pieniądze oraz o składanie fałszywych zeznań i w związku z powyższymi Webber mógł powrócić na 23 mecze z 82.

Drużyna radziła sobie bez niego całkiem nieźle, opuszczając się do 55 zwycięstw i bez problemu kwalifikując się do playoffs. Tam Kings bez większych komplikacji zrewanżowali się Teksańczykom z Dallas ogrywając ich w pięciu meczach. Jednak prawdziwe wyzwanie czekało ich później – naprzeciw nich stanął zespół Minnesota Timberwolves, będący poza konkurencją w Konferencji Zachodniej. Po dwóch meczach w Minneapolis nie wyłonił się faworyt, różnice punktowe były niewielkie – najpierw wygrali Kings 104:98 a potem Wolves 94:89. Następne spotkanie odbyło się w Sacramento, które po heroicznym boju padło łupem wygłodniałych Wilków. Nie obyło się bez dodatkowych wrażeń w postaci dodatkowych pięciu minut ponad czas ustalony w przepisach, Królowie mogli wygrać lecz zawiódł Peja będąc podczas swojej próby zablokowanym przez Trentona Hassella i zawodnicy z północy Stanów Zjednoczonych mogli świętować wygraną 114:113 wśród których pierwsze skrzypce rozgrywał Kevin Garnett rzucając 30 punktów, a honoru gospodarzy bronił do końca Stojaković z 29 oczkami na koncie.

W kolejnych trzech meczach żadna z drużyn nie ustąpiła nawet o krok lecz to Kings dwukrotnie doprowadzali do status quo – Game 4 wygrali 87:81, a Game 6 104:87, w międzyczasie ulegając Wilkom tylko raz 74:86. Czy w przypadku Królów siódemka miała wreszcie okazać się szczęśliwawszyscy zgromadzeni w Target Center i przed telewizorami mieli się przekonać. Ci co oglądali ten mecz trzęśli się jak w febrze, szczególnie w jego końcowych chwilach.

Los Kings, Timberwolves i całego koszykarskiego świata na 2.5 sekundy przed końcem spoczął w rękach Chrisa Webbera, który miał szansę na zostanie pomnikową postacią w Sacramento lecz trzeba przypomnieć sobie, że wcześniej sytuację uratował Christie – celną trójką – zmniejszając przewagę Wolves do trzech punktów. W momencie kiedy Chris wypuścił piłkę z rąk czas i świat stanął w miejscu, pomarańczowa kula leciała do kosza przez wieczność i…do niego nie wpadła. Webber padł na kolana, ukrył twarz w dłoniach i krztusząc się z żalu opowiadał co się wydarzyło:

„Włożyłem w ten rzut wszystko co umiałem, wykrzesałem z siebie maksa. Nie udało się, nie wiem co mam powiedzieć”

Minneapolis ogarnęła ekstaza, gości z Kalifornii pochłonęło piekło. Zawodnicy Kings znowu byli tak blisko i znowu musieli obejść się smakiem – nie było słów żeby wyrazić stan dusz koszykarzy z Kalifornii. W sięgnięciu po świętego Gralla Zachodu przeszkodził im jeden człowiek, a był nim Garnett, bezapelacyjnie najlepszy gracz meczu ze 32 punktami, o którym miejscowa prasa pisała, że na swoich plecach i barkach zaniósł ekipę Wolves do kolejnej rundy.

Kilka miesięcy później, w styczniu 2005 roku, kalifornijskie królestwo zaczęło chwiać się na nogach i rozpadać – w styczniu do Orlando Magic odszedł Christie, a w lutym do Philadelphia 76ers Webber. Do Kings powrócił stary dobry znajomy Corliss Williamson, doszedł Cuttino Mobley, ale wszyscy wiedzieli że dynastia umiera. Dogorywających Królów stać było jeszcze siłą rozpędu na dodatni bilans 50-32, ale playoffy skończyły się dla nich bardzo niedobrze, gdyż wygrali tylko jeden mecz z Seattle Sonics.

Następny sezon był jeszcze słabszy lecz mimo wszystko na plus, bowiem Kings stać było na 44 wygrane – był jedyny powód do jako takiej radości. Porażka 2:4 z San Antonio Spurs spowodowała, że drużynę opuścił Rick Adelman, twórca sukcesów Sacramento w ostatnich latach. I to był koniec, ostateczny zmierzch, światło zgasło – Kings przez ostatnie 14 lat notują bilanse ujemne, co przekłada się na brak awansu do fazy pucharowej. Niejeden fan Królewskich wspomina z rozrzewnieniem, jak to kiedyś było bo jest co wspominać – Kings byli zespołem z innego wymiaru, z innej czasoprzestrzeni. Pasjonaci NBA z Europy, mimo nieludzkiej pory o której Kings rozpoczynali swoje domowe spektakle ochoczo wstawali lub się w ogóle nie kładli po to aby móc obejrzeć sakramencko dobrą drużynę, której popularność w macierzy była równie wysoka, jeśli nie wyższa. Trzeba przyznać, że było warto – raczej nie ma zbyt wielu przeciwników poglądu stanowiącego o tym, że Sacramento Kings byli Showtime przełomu XX i XXI wieku.

Autor: Marek Niewiadomy

Pozostałe teksty Marka znajdziecie TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.

Historia NBA: Wilcza wataha z Minnesoty – milenijna retrospekcja [CZĘŚĆ PIERWSZA]

Historia NBA: Wilcza wataha z Minnesoty – milenijna retrospekcja [CZĘŚĆ DRUGA]




1 KOMENTARZ

  1. Marku świetny artykuł, pamiętam te czasy bardzo dobrze a ten ustawiony mecz to była tragedia, każdy czuł, że coś jest nie tak, że to nie jest przypadek. Kings swoim stylem wyprzedzali tamtą NBA bardzo wyraźnie, szkoda, bo wtedy to była moja ulubiona drużyna a C Webb w tym okresie był w moich oczach najlepszym PF’em w lidze (wiem wiem nieobiektywne to). Gratulacje raz jeszcze za super artykuł.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here