Światowa historia oraz kultura masowa przechowuje w swoich bogatych zasobach pamięć o znanych parach, dwójkach czy też duetach. Batman i Robin, Ernie i Bert, Flip i Flap, Głupi i Głupszy – prawdopodobnie słyszał o nich każdy człowiek na Ziemi. Dotyczy to również szeroko pojmowanego sportu, od piłki nożnej przez hokeja, aż po koszykówkę. W przypadku tej ostatniej książkowymi przykładami są Michael Jordan i Scottie Pippen, Shaquille ONeal i Kobe Bryant,  LeBron James i Dwayne Wade, Hakeem Olajuwon i Clyde Drexler. Każdy fan basketu kojarzy ich natychmiast i może bez zająknięcia udzielić o nich jakiejkolwiek informacji, tym bardziej że udało się tym dwójkom sięgnąć po mistrzowski pierścień. Istnieje jednak duet, który mimo że tej sztuki nie dokonał, to etyką pracy, porozumieniem dusz, zjednoczeniem w osiągnięciu obranego celu ich przewyższał – byli to John Stockton i Karl Malone, niezmordowani i mocarni tytani z Salt Lake City, grający przez niemal całą swoją karierę dla jednego klubu – Utah Jazz. Mają status żywych legend w Mieście Słonego Jeziora, rozegrali tysiące meczów dla zespołu z hali Delta Center, dwukrotnie poprowadzili go do Finałów NBA i byli największym koszmarem dla swoich przeciwników z powodu swojej bezwzględności i nieustępliwości oraz wytrenowanej do absolutnej perfekcji zagrywki zwanej pick’n’roll.


S czyli Spokane i Summerfield

Jedna z tych miejscowości znajduje się w stanie Waszyngton na pacyficznym wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, a druga w gorącej i bagnistej Luizjanie. Mało kto mógł oczekiwać, że kiedyś zasłyną z powodu przyjaźni, jaka się narodziła między dwójką ludzi, którzy przyszli w nich na świat. John Stockton urodził się 26 marca 1962 roku w Spokane, zaś Karl Malone 24 lipca 1963 roku w Summerfield.

Dzieciństwo i dorastanie mieli zupełnie odmienne – Stockton miał dużą, pełną rodzinę, natomiast Malone był wychowywany przez samotną matkę. To ukształtowało ich podejście do życia, ponieważ Karl od małego był zmuszony uczyć się rozmaitych czynności z zakresu zajmowania się gospodarstwem (uprawa ziemi, warzywnictwo, obsługa maszyn rolniczych, łowienie ryb, rąbanie drewna). Jakby tego było mało, jego rodzinna historia była bardzo smutna – ojciec, Shedrick Hay, odszedł do innej kobiety, a następnie popełnił samobójstwo, kiedy Karl miał trzy lata. On sam dowiedział się o tym smutnym wydarzeniu w wieku czternastu lat. Jednak był już na to psychicznie przygotowany, ponieważ twarda, wymagająca codzienność i jednocześnie oddana rodzinie matka spowodowały, że Malone nie załamał się po tej wieści. Wspierała go i wierzyła w niego, jako jedyna w familii:

Myślałem o swojej przyszłości, o tym co będę robił. Wszyscy mi mówili, żebym dał sobie spokój, z wyjątkiem jednej osoby. Byłą nią moja matka, która mi zawsze powtarzała, że sobie poradę, czymkolwiek bym się zajmował.

Karl próbował swoich sił w dwóch sportach – były to oczywiście koszykówka i futbol amerykański. Niegdyś interesowali się nim Dallas Cowboys, lecz Malone wybrał basket, czego miał później nie żałować. Wywalczył dla swojej szkoły średniej trzy mistrzostwa stanu Luizjana i w 1981 roku trafił do Ruston, gdzie pod okiem trenera Andy’ego Russo miał doskonalić swoje umiejętności i stać się studentem uczelni Louisiana Tech.

O Karla zabiegały liczne ośrodki akademickie, na czele z Arkansas. Tamtejszą drużyną rządził Eddie Sutton i wychodził ze skóry, żeby Malone trafił do jego zespołu. Jednak spotkał się z odmową z jego strony, a przyczyną była znacznie bliższa odległość do domu, co w głównej mierze zaważyło na decyzji mierzącego ponad dwa metry świeżo upieczonego studenta. Pierwszy rok w Louisiana Tech był taki sobie – Karl był zbyt pewny siebie i zlekceważył naukę, co spowodowało że mecze zaczynał z ławki rezerwowych:

Sądziłem, że jestem wyjątkowy, lepszy od innych i wszystko się samo ułoży.

To było dość zagadkowe, ponieważ Malone znany był ze swojego szacunku do obojętnie jakiej pracy – szybko poszedł po rozum do głowy. Rok później poprawił stopnie i jednocześnie osiągane średnie na parkiecie – 18.7 punktu i 9.3 zbiórki na mecz były rzetelnymi rekomendacjami. Rzucał z bardzo wysoką skutecznością i już wtedy otrzymał swój przydomek Listonosz, towarzyszący mu do dziś. Ochrzcił go tak komentator zespołu Louisiana Tech, zachwycając się jego regularnością i niezawodnością.

Stało się jasne, że Karl dostanie się do NBA i jego popularność w środowisku wzrosła tak bardzo, że nie mógł narzekać na brak zainteresowanie ze strony kobiet. Sprawy zaszły tak daleko, że będąc jeszcze żakiem został ojcem bliźniaków, Darryla i Cheryl Ford. Mało tego, w wyniku romansu z trzynastoletnią dziewczyną z sąsiedztwa, miał już trzecie dziecko. Uparcie nie przyznawał się do ojcostwa pierwszej dwójki i z tego powodu miał nieprzyjemności z prawem oraz ze swoimi dziećmi. Ostatecznie sąd zdecydował na ustalenie kwoty alimentacyjnej wynoszącej 125 dolarów miesięcznie na każdego z potomków, którzy doczekali się ojcowskiej deklaracji ze strony Karla dopiero kiedy skończyli siedemnaście lat. Tego nie doczekał się owoc romansu Karla z trzynastolatką Demetress Bell:

Okradłem ich z bycia ojcem. Przykro mi, popełniłem błąd.

Sprawa, przynajmniej przed draftem została zakończona w miarę polubownie i Malone mógł do niego przystąpić. Finalnie 18 czerwca 1985 zdecydowali się na niego Utah Jazz, wybierając go z przyzwoitym numerem 13.

Stockton spędził swoje dzieciństwo oraz wiek nastoletni w położonym na 300-metrowej skale bazaltu miasteczku Spokane. Jest to spokojna mieścina określana mianem „Zachodniego Watykanu”, ze względu na bardzo liczną włoską diasporę, a prócz tego mieszkali tam jeszcze Szwajcarzy oraz Niemcy. Właśnie ze Szwajcarii pochodził ród matki Stocktona, przez co już od najmłodszych lat do jego wychowania przykładano niezwykłą staranność i dbałość. Tak samo traktowano jego starszego brata oraz dwie siostry, dzięki czemu mały John raczej nie sprawiał kłopotów wychowawczych. Nawet jeśli cokolwiek w jego zachowaniu nie było takie, jakie być powinno, szybko to prostowano:

Kiedyś przywitał się z nami kumpel mojego ojca. Odpowiedziałem na to, ale nie podszedłem do niego. Ojciec mnie natychmiast zganił i kazał w słowach nie znoszących sprzeciwu podnieść się z maski samochodu, na którym siedziałem. Następnie miałem z szacunkiem powitać przybysza.

W domu panowały ściśle określone zasady, w katolickiej szkole St. Aloysius również. Zadbał o to pierwszy trener Stocktona, Kerry Pickett, który młodym adeptom koszykówki wpajał, co znaczy szacunek dla każdego zawodnika zespołu, poświęcenie dla drużyny mającej funkcjonować w myśl „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” i urządzał im wyciskające siódme poty biegi po długich szkolnych korytarzach. To wykształciło niezwykłą wytrzymałość i niezłomność u Stocktona, który powoli wyrastał na sprintera pokonującego starszych od siebie. To był jego główny atut, podobnie jak nienaturalnie wielkie dłonie kontrastujące z jego posturą:

Kiedy kończyłem ósmą klasę mierzyłem półtora metra wzrostu i ważyłem 45 kilogramów.

Nie były to warunki fizyczne zapowiadające koszykarską karierę, ale w Johna wierzyła rodzina. Sam John miewał czasami wątpliwości czy na pewno, ale jak sam mówił – „nigdy mi nie pokazali i nie dali do rozumienia że jest inaczej”. W liceum łączył grę w basket razem z baseballem oraz footballem, ale przyszedł moment że musiał skręcić w którąś z dróg. Wybór był łatwy do przewidzenia i Stockton grywał dla Bullpups odnosząc mniejsze i większe sukcesy. Oczywiście jego życie nie było podporządkowane wyłącznie pracy – jak każdy młody chłopak korzystał z jego uroków, nie zawsze z rozwagą. Kilka razy miał szczęście – pewnej nocy niewiele zabrakło, żeby uderzył w betonową ścianę, do której zabrakło ostatecznie dwa i pół metra. Prowadząc samochód matki, doprowadził do stłuczki, a do tego, wstydząc się zniszczonych przednich kół w samochodzie ojca, wrzucił je do przepływającej nieopodal rzeki, dzięki czemu uniknął nieprzyjemnych domowych rozmów:

Przyznałem się do tego jak skończyłem 39 lat.

Przyszedł czas na wybór szkoły wyższej, i John zastanawiał się, co wybrać, mając propozycje z Idaho oraz Montany. Postąpił analogicznie jak Malone – zdecydował się wybrać uniwersytet w Gonzadze, ponieważ nie urządzała go dłuższa rozłąka z rodziną, tym bardziej, że bardzo przeżył wyjazd swojego starszego brata na studia w wieku nastoletnim. Pozostał na starych śmieciach, co miało mu się w przyszłości opłacić.

Trenerem Buldogów z Gonzagi był Dan Fitzgerald. Pod jego wodzą Stockton grał przez cały okres nauki, aż w końcu zdobył wyższe wykształcenie i w lecie 1984 roku mógł skupić się tylko na koszykówce. Nie było czasu do stracenia – właśnie wtedy w Indianie rozpoczynały się kwalifikacje do drużyny na letnie igrzyska, a surowy trener, Bobby Knight, przyglądał się analitycznym i wyłapującym najmniejsze błędy okiem potencjalnym olimpijczykom. Ostatecznie John nie znalazł się w zespole, co go nieco podłamało, ale skorzystał na tym w inny sposób, gdyż w tych okolicznościach poznał swojego przyjaciela, Karla Malone’a:

Karl gadał ze wszystkimi, z każdym znalazł wspólny język. Podobało mi się jego podejście do treningów i ogólnie do życia, czułem że nawiążemy szczególną więź.

Malone widział to nieco inaczej:

Widząc go pomyślałem, że wygląda jak mały cherlak. Ale jednocześnie wiedziałem, że tu nie ma przypadków – facet był fantastycznie dobry, miał kilka par oczu, zawsze umiał mnie znaleźć cię podaniem. Było coś jeszcze, czułem takie niepisane pokrewieństwo.

Nadszedł czas rozstania – Karl wrócił na uczelnię, natomiast John przystąpił do draftu. Według rozmaitych pogłosek interesowały się nim miedzy innymi Portland Trail Blazers i Cleveland Cavaliers, ale trener Fitzgerald podpowiedział mu, żeby zwrócił uwagę na Utah Jazz. Stockton skorzystał z tej rady i 19 czerwca 1984 roku w Madison Square Garden Jazzmani ogłosili, że wybierają z numerem szesnastym w pierwszej rundzie mierzącego 185 centymetrów i ważącego 79 kilogramów rozgrywającego z Gonzagi, Johna Stocktona.

W Mieście Mormonów

Przygoda z Jazzmanami zaczęła się dla bliżej nieznanego point guarda z Gonzagi mocno średnio. Kibice Utah okazali się, eufemistycznie mówiąc pesymistami, gdyż na wieść o jego angażu wykrzyczeli głośne „Who?”. Można było odnieść wrażenie, że Stockton został dosłownie wybuczany w trakcie ceremonii draftowej, ale to był okrzyk zdziwienia niż jawnej dezaprobaty i wrogości. Ponadto, do października wahano się, czy jest gotowy na występy w NBA, lecz trener Jazz, Frank Layden, obejrzał sobie bardzo dokładnie swojego debiutanta i zdecydował, że może zostać. John skorzystał z szansy danej przez szkoleniowca i klub, uważnie podpatrywał starszych graczy. Wzorem do naśladowania był dla niego Ricky Green, imponował mu mierzący 223 centymetry Mark Eaton i dogadywał się dość dobrze z pozostałymi. Jednak nie ominęły go przykre obowiązki debiutanta polegające na noszeniu sprzętu i jedzenia, a warunki mieszkaniowe na jakie przystał były raczej spartańskie:

W moim apartamencie, wciśniętym między dwa domy, czułem się jak w piwnicy, chociaż mi to nie utrudniało życia. Nawet nie włączałem ogrzewania, bo lubię spać w chłodzie(…)Kupiłem zgrzewkę gotowego chili con carne, zrobiłem olbrzymi zapas lasagne według przepisu mamy i schowałem do zamrażarki, gdzie miało czekać na swoją kolej. Ceniłem to co mam.

Stock w swoim premierowej kampanii wystąpił we wszystkich 82 meczach fazy zasadniczej, zapisując na swoim koncie średnie 5.6 punktu i 5.1 asysty, wychodząc pięć razy w pierwszej piątce. Jazz z bilansem 41:41 zakwalifikowali się do play-offów, pokonując w nich Houston Rockets ale w półfinałach konferencji ulegli Denver Nuggets. Jak na początek było wcale nieźle, a Stockton udowodnił, że zasługuje na to, żeby być pełnoprawnym członkiem zespołu. Pięć asyst na mecz dawało nadzieję na więcej, a sam zawodnik przekonywał się, co znaczy dobra selekcja partnera, do którego ma się zamiar podać. Zaczął odnajdywać w tym przyjemność, doszedł do przeświadczenia, że kiedy zawodnicy grają zespołowo, daje to dać wymierne korzyści. Ze względu na wzrost i brak obycia na parkiecie uważał, że rzucać można wtedy, kiedy jest się absolutnie pewnym powodzenia. W przeciwnym wypadku – lepiej podzielić się piłką z lepiej ustawionym kolegą. Nie mógł nawet przypuszczać, że tych okazji będzie miał o wiele więcej.

Malone zadebiutował w National Basketball League szarżując jak dzik – niemal od razu znalazł się w wyściowej piątce, a 14.9 punktu, 8.9 zbiórki były czytelnym sygnałem, że na czwórce w Jazz będzie grał niedźwiedź grizzly. Karl potrafił wszystko – pod koszem był nie do zatrzymania, wywalczenie sobie pozycji rzutowej było dla niego bułką z masłem, a do tego charakteryzował się nienaturalnie jak na zawodnika tych rozmiarów ułożoną ręką, przez co oddawał wiele udanych rzutów z półdystansu. Jego średnia z gry wynosiła blisko 50 procent, ale miał on jedną istotną wadę – była nią żałosna statystyka z linii rzutów wolnych, oscylująca wokół 48 procent. Chęć poprawy tego rezultatu była tak duża, że zaledwie rok później wynosił już 60 procent. Notował dwucyfrowe średnie punktów i zbiórek. W drugim sezonie nie opuścił ani jednego meczu, ba – wszystkie zaczynał w pierwszej piątce.

SALT LAKE CITY – 1989: Karl Malone #32 of the Utah Jazz smiles during an NBA game at The Salt Palace in Salt Lake City, Utah in 1989. (Photo by Rick Stewart/Getty Images)

Zmiana trenera

Przed sezonem 1988/1989 nastąpiła roszada na stanowisku głównego trenera. Z posady zrezygnował dotychczasowy szkoleniowiec, Frank Layden, a jego miejsce zajął Jerry Sloan, mający w swoim życiorysie przygotowanie do pełnienia tej ważnej funkcji. Przez trzy lata asystował Laydenowi, a w swoich rodzinnych stronach – Illinois – zdobył niezbędne szlify w tej pracy trenując Chicago Bulls w latach 1979 – 1982. Nie był efemerydą, człowiekiem znikąd i od razu przypadł do gustu zawodnikom. Stockton opisuje go jako twardego gościa, kierującego się w życiu prawością i sumiennością, ukształtowanego przez wymagającą młodość:

Dorastając wielokrotnie dostawał w kość. Codziennie miał do pokonania 16-kilometrową drogę do szkoły. I wcale nie jest to bajka ani fantazja starego człowieka, sam zapoznałem się z tym dystansem.

Sloan w lot chwycił, że trafił mu się materiał ludzki, jakiego nie będzie miał ani przedtem ani potem. Koszykarze, z którymi współpracował nie byli zblazowanymi gwiazdeczkami i wypucowanymi lalusiami, tylko sportowcami szanującymi swoje obowiązki. Najbardziej wyróżniała się dwójka Malone-Stockton. Obaj szli do góry jak rakieta, wylewali hektolitry potu na ćwiczeniach i dopingowali się wzajemnie do intensywniejszej pracy, o czym mówił Listonosz:

W głębi duszy uważałem, że John pracuje ciężej. Ale jestem prawie pewien, że było odwrotnie – to Stock sądził że ja bardziej się staram. Zamieniło się to w blisko dwudziestoletnią rywalizację, choć nikt z nas o tym nie mówił. Dzięki temu stawaliśmy się lepszymi koszykarzami.

I to jak – po zakończeniu sezonu 1989/1990 Malone i Stockton wygrali statystycznego szlema. Pierwszy z nich osiągnął najwyższą w karierze punktową średnią, wynoszącą równo 31 oczek, a drugi ustanowił jak dotąd niepobitą średnią 14.5 asysty w sezonie i rzucał rekordowe w trakcie swoich występów na parkietach 17.2 punktu. Geniusz tkwił w prostocie – Sloan widział jak wspaniale kooperuje ze sobą ten duet, stosując jedno z podstawowych zagrywek w koszykówce – pick’n’roll. Opracowali ją do perfekcji, powodując coraz częstszy zachwyt kolegów z drużyny oraz nestora komentatorskiego, pomnikową postać mikrofonu jaką był Hot Rod Hundley. Jego głos towarzyszył Jazzmanom od 1964 roku, kiedy Jazz występowali jeszcze w Nowym Orleanie, przez 45 lat, aż do roku 2009. Przeżył niejedno i widział niejedno aczkolwiek relacjonując wyczyny Johna i Karla nie krył zachwytu, do historii przeszły jego kwestie takie jak :”Listonosz dunkuje niczym piorun”, „Na pewno ci się to podobało, skarbie”, a „Stockton to Malone” stała się jego zastrzeżonym znakiem towarowym.

Karl oraz John stali się profesorami w swoich specjalizacjach. Malone, ważący 116 kilogramów miał siłę dziesięciu wołów – na treningach dosłownie nikt nie mógł sobie z nim dać rady. Pewnego razu, na wyraźną irytację trenera Sloana, pytającego swoich graczy – „Czy ktoś sobie wreszcie z nim poradzi” wyzwania podjął się Marc Iavaroni. Wytrzymał tylko dwie minuty i ze złamanym nosem wykrzyczał wściekle w kierunku szkoleniowca:

Czy tyle ci wystarczy?!

Sam Stock mówił o Karlu, że jest to wybryk natury biorąc pod uwagę samą fizyczność. Stanowczo dementował krzywdzące poglądy na temat swojego przyjaciela, mówiące o tym że Malone to nieludzka siła i nic więcej. Wyrażał się z uznaniem o koszykarskiej i życiowej inteligencji Listonosza, podziwiał go za łatwość uczenia się nowych rzeczy, szybkiej adaptacji do zmieniających się warunków i sytuacji na parkiecie oraz trafnego zrozumienia jego intencji. Z kolei Karl rozpływał się nad umysłem swojego druha oraz nad jego charakterem:

Mogłem z Johnem uczciwie rozmawiać nawet na takie tematy jak rasa czy religia. Kiedy mi zależało na jego opinii zawsze go o nią zapytałem, a on nigdy nie owijał w bawełnę i walił prosto z mostu.

i koszykarskim IQ:

W trakcie jednego z meczów John wyprowadzał atak. Jeden z naszych partnerów znalazł się w idealnej okazji do rzutu, ale Stock podał komuś innemu. Tamten zdobył punkty, ale ja sam się dziwiłem dlaczego wybrał ten wariant, wydawało mi się, że rzut do kosza będzie dziecinnie prosty. Zawodnik, który nie otrzymał podania od razu miał pretensje do Johna ale ten odparł krótko – „nic by z tego nie było”. Nie wiem, nie mam pojęcia jak on do tego doszedł.

Utah Jazz, na czele ze Stocktonem i Listonoszem, wyrastali na faworyta NBA, zespół mający w niedługim czasie sięgnąć po tytuł mistrzowski.

Jest dobrze, ale…

Jazz rozbrzmiewał w najlepsze, a Malone i Stockton wygrywali zwycięskie melodie. Budowana przez wyniki atmosfera i dobry przykład dawany przez duet przyjaciół powodował, że Jazzmani stali się jedną wielką rodziną. Zawodnicy się polubili, co przełożyło się na bardzo dobre wyniki, zarówno zespołowe, jak i indywidualne. Filary drużyny wkraczały w swój prime, osiągając rekordy uzyskanych punktów i kończących podań. 15 stycznia 1991 roku John uzyskał kosmiczne 28 asyst w meczu przeciw San Antonio Spurs – jest to do dzisiaj rekord klubu, a Karl 27 stycznia 1990 roku pokaleczył w wygranym 144:96 meczu Kozły z Milwaukee 61 punktami, trafiając aż 21 z 26 rzutów z gry oraz 19 z 23 osobistych. Ponadto Malone w różnorakich spotkaniach uzyskiwał 40, 45, 49, 52 oczka i było aż nadto oczywiste, że będzie powołany do reprezentacji USA na olimpiadę w Barcelonie. Z Johnem, którego kandydatura również była brana pod uwagę, sprawa nie była taka prosta, gdyż w starciu z Michaelem Jordanem doznał fatalnie rokującej kontuzji i zdawało mu się że może pożegnać się z igrzyskami:

Byłem załamany, tyle lat trudu, wyrzeczeń i to wszystko miało pójść na marne. Przed zrobieniem czegoś głupiego powstrzymał mnie mój serdeczny przyjaciel Listonosz, przychodząc do mnie do pokoju i pocieszając mnie do rana, razem z Charlesem Barkleyem.

Ostatecznie John zdążył się wykurować i pojechał do stolicy Katalonii, a w tak zwanym międzyczasie wydarzyło się coś, czego zupełnie nikt nie mógł przewidzieć – do ojca Stocktona zadzwonił Isiah Thomas:

Isiah odszukał numer telefonu do mojego taty. W rozmowie powiedział że bardzo mnie szanuje i że to my obaj powinniśmy pojechać do Hiszpanii.

Było to po sławetnej awanturze po ciosie łokciem Karla – Thomas miał założone 40 szwów a także po selekcji zawodników do słynnej Drużyny Marzeń, do której Isiah nie został wybrany. To zszokowało Stocktona – wielki rywal z nieciekawą reputacją jako człowiek zdobywa się na taki gest i to wobec takiego afrontu, jaki go dotknął. Ten kontakt bardzo zbudował mentalnie Johna i na Starym Kontynencie zaprezentował się znakomicie. Potem, w sezonie 1992/1993, wraz z Karlem podzielili się nagrodą dla najlepszego zawodnika Meczu Gwiazd, rozgrywanego w Salt Lake City. Malone zdobył 28 punktów i zebrał 10 piłek, a Stockton zapisał na swoim koncie 15 asyst.

Życiorysy sportowców, wbrew pozorom, nie są hagiografiami – na, wydawałoby się kryształowych postaciach obydwu graczy Utah, zaczynały pojawiać się skazy. Doszło do niemałego fermentu związanego z powrotem na parkiety zakażonego wirusem HIV Magica Johnsona, a prowodyrem tego wszystkiego okazał się Malone – w jego naturze nie leżała polityczna poprawność, zawsze mówił to, co myślał:

Starczy już tego zachwytu nad Magicem. Jego powrót nic dla mnie nie znaczy, nie jestem ślepo w niego zapatrzony. Możliwe, że to dobre dla koszykówki ale trzeba patrzeć szerzej. Gra tu wielu młodych zawodników, na początku swojej drogi. Czas wrócić na ziemię.

Karl miewał też zatargi z prezesem Jazz, Larrym Millerem. Ten jegomość był gołębiego serca i wielkiego rozumu, lecz bywało, że złośliwi przestawiali ten szyk wyrazów. Działo się tak dlatego, że powoli umowa Mailmana zbliżała się do końca i należało nakłonić Karla, żeby ten parafował nową. Znany z przaśnych manier i nieprzejmowania się swoim ubiorem oraz stylem Miller, nie był skory przystać na warunki zaproponowane przez Listonosza, a prawdziwy pat w negocjacjach nastąpił po słabych występach Karla z Denver Nuggets i Golden State Warriors. Przed meczem z Bryłkami Listonosz wstał lewą nogą, pudłował rzut za rzutem, a na przemian blednący i czerwieniejący się ze złości Miller w pewnym momencie popędził jak zwierz w kierunku ławki rezerwowych Jazz i zaczął ryczeć na trenera Sloana, żeby ten niezwłocznie zdjął Karla z boiska. Malone niespecjalnie się tym przejął:

To mnie wcale nie zaskakuje, przyzwyczaiłem się. To jest część tego biznesu.

Po spotkaniu z Wojownikami, kiedy oddał zaledwie 8 celnych prób na aż 29, powiedział o wiele więcej:

Jutro wszyscy będą mówić tylko o tym, jak nie trafiałem do kosza. Nikt nie wspomni, że miałem swoją życiówkę, 23 zbiórki.

Stockton był zdecydowanie bardziej dyplomatyczny w wywiadach, dziennikarze raczej nie byli w stanie wydębić od niego żadnej sensacji. Jak sam mówił:

Każdego darzę szacunkiem i nikomu nie chciałem zrobić krzywdy. Jestem też zdania że to, co dzieje się pomiędzy nami, czyli graczami na parkiecie i w szatni powinno tam pozostać.

Filozofia ta była rozszerzona na życie prywatne. Dla Stocktona dom był sanktuarium, a czas spędzany z rodziną święty. Nie wszyscy potrafili to zrozumieć, zwłaszcza łowcy autografów, doprowadzając do kilku niezręczności, kiedy to spokojny jak głaz John nie wytrzymywał:

Wybrałem się z rodzinką do baru kanapkowego w naszej okolicy. Ja zostałem w samochodzie, a oni poszli do środka. Myślałem, że nikt mnie nie zauważy, ale byłem w błędzie. Jakiś młody chłopak rozpoznał kim jestem i chciał ode mnie autograf. Dałem mu do zrozumienia, żeby się oddalił, a ten spuścił głowę i odjechał swoim rowerem. Po chwili dotarło do mnie, że zachowałem się jak palant, pojechałem go szukać i przeprosić. Niestety nie odnalazłem tego młodego człowieka, ale mam nadzieję że jest bardziej dojrzały niż ja i nie żywi urazy.

Rywale skarżyli się w mediach na Stocktona że gra bardzo nieczysto i niespostrzeżenie fauluje. Mówili, że jego niepozorny wygląd jest bardzo zwodniczy, a w rzeczywistości jest prawdziwym brutalem postępującym nie fair. Łokcie Stocktona dawały im się we znaki, a na temat ciosów Karla powstawały legendy. Niegdyś ich ofiarą padł środkowy Spurs, David Robinson – Malone po prostu wyłączył Admirałowi światło.

Jakby nie było, obydwaj panowie, mimo swoich grzeszków, byli klasowymi zawodnikami, którym ciągle czegoś brakowało. Przez kilka lat Utah byli w czubie Konferencji Zachodniej, lecz w playoffach nie mogli sforsować ostatniej przeszkody do Finałów NBA, a więc być najlepszymi na Zachodzie. mimo przeprowadzanych transferów. Do zespołu z Salt Lake City dołączyli między innymi:

– buldożer nazywany Wielkim Psem, czyli Antoine Carr, będący ulubieńcem publiczności w Delta Center i szerzący panikę wśród przeciwników swoją masą, siłą i zjawiskowymi goglami;

– utalentowani nowicjusze, Shandon Anderson i Howard Eisley, chwaleni za mądrą i skuteczną defensywę oraz za robienie szybkich postępów i słuchanie się starszych kolegów;

– monstrualnych rozmiarów Greg Ostertag, mający przed sobą wielką karierę lecz według otoczenia zbyt leniwy, żeby móc wzbić się ponad przeciętność;

– swingmani z dobrym rzutem z dystansu – Chris Morris i Bryon Russell;

– wierny towarzysz Stocktona w back-court Utah, Jeff Hornacek, wykonujący rzuty ze szwajcarską precyzją i mylący się nadzwyczaj rzadko;

– dwóch białych wysokich zawodników – Greg Foster i Adam Keefe.

Jednak Utah Jazz kończyli swoje zmagania na półfinale i finale Zachodu. W serii z Seattle Supersonics z 1996 roku o mały włos nie odesłali Ponaddźwiękowców z kwitkiem. W domowym meczu numer 6 zdeklasowali oponentów 118:83, Listonosz tego dnia był niezawodny, rzucając 32 punkty, a przy nazwisku Stockton w protokole meczowym zapisano 12 asyst. Po tym spotkaniu doszło do wzruszającego wydarzenia – Mailman spotkał się ze swoim fanem, chorym na leukemię Dannym Ewingiem:

Patrząc na tego chłopca zrozumiałem, że koszykówka jest bardzo ważna ale nie najważniejsza.

Wszystko miało się wyjaśnić w Seattle, ale Jazz byli o jedno tempo wolniejsi i przegrali 86:90. Zmordowany Gary Payton oznajmił, że to była najtrudniejsza przeprawa w jego karierze:

Niby wiedzieliśmy co zamierzają Stockton i Malone, znaliśmy ich na wylot, ale możecie mi wierzyć – nic nie mogliśmy na to poradzić.

I kto by pomyślał – jednak to Sonics spotkali się w Finale z Chicago Bulls. Utah Jazz zakończyli zmagania będąc wicemistrzem Konferencji Zachodniej, ale nie o to przecież chodziło. Kolejny występ w playoffach i kolejne bolesne rozczarowanie – to nie tak miało być.

Jest to pierwsza część historii. Druga ukaże się w środę o godzinie 16:00.

Autor: Marek Niewiadomy

Pozostałe teksty Marka znajdziecie TUTAJTUTAJTUTAJ i TUTAJ.






ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here