Światowa historia oraz kultura masowa przechowuje w swoich bogatych zasobach pamięć o znanych parach, dwójkach czy też duetach. Batman i Robin, Ernie i Bert, Flip i Flap, Głupi i Głupszy – prawdopodobnie słyszał o nich każdy człowiek na Ziemi. Dotyczy to również szeroko pojmowanego sportu, od piłki nożnej przez hokeja, aż po koszykówkę. W przypadku tej ostatniej książkowymi przykładami są Michael Jordan i Scottie Pippen, Shaquille ONeal i Kobe Bryant,  LeBron James i Dwayne Wade, Hakeem Olajuwon i Clyde Drexler. Każdy fan basketu kojarzy ich natychmiast i może bez zająknięcia udzielić o nich jakiejkolwiek informacji, tym bardziej że udało się tym dwójkom sięgnąć po mistrzowski pierścień. Istnieje jednak duet, który mimo że tej sztuki nie dokonał, to etyką pracy, porozumieniem dusz, zjednoczeniem w osiągnięciu obranego celu ich przewyższał – byli to John Stockton i Karl Malone, niezmordowani i mocarni tytani z Salt Lake City, grający przez niemal całą swoją karierę dla jednego klubu – Utah Jazz. Mają status żywych legend w Mieście Słonego Jeziora, rozegrali tysiące meczów dla zespołu z hali Delta Center, dwukrotnie poprowadzili go do Finałów NBA i byli największym koszmarem dla swoich przeciwników z powodu swojej bezwzględności i nieustępliwości oraz wytrenowanej do absolutnej perfekcji zagrywki zwanej pick’n’roll.


Jest to druga część historii, więc przed jej przeczytaniem, zalecamy zaznajomić się z pierwszą:

Corrida

Wiele się zmieniło przed początkiem nowej kampanii – Jazz zmienili logo i stroje. Teraz te komponenty miały nawiązywać do potęgi znajdujących się w pobliżu miasta gór Wasatch. Bez wątpienia, nowy image prezentował się bardzo efektownie i tego samego oczekiwano od zawodników. Gracze nie zawiedli, odnotowując najlepszy w historii bilans w fazie zasadniczej wynoszący 64-18, a dwie rundy playoffs były dla nich spacerkiem – Los Angeles Clippers zostali „ogoleni” do zera, a ich sąsiedzi – Lakers – byli w stanie urwać tylko jedno zwycięstwo. Kolejnym rywalem na Zachodzie byli Houston Rockets ale tu już było o wiele trudniej, choć Jazz prowadzili po trzech meczach 2:1. Ziarno niepokoju w sercach Jazz zasiał weteran Eddie Johnson, trafiając a trzy punkty i dając zwycięstwo Rakietom.

Stock wspominał, że Johnson już wielokrotnie popsuł liczne święta Jazzmanom, jako zawodnik Phoenix Suns. Decydujący głos należał jednak do rozgrywajacego Jazz – w meczu numer 6, w The Summit zamienili się rolami i na jego plecach Jazz wjechali do Finałów NBA.

I oto nadeszła chwila, na którą wszyscy czekali – starcie absolutnych ligowych hegemonów, czyli Utah Jazz i Chicago Bulls. Zdania ekspertów, co do zdobycia mistrzostwa przez którąkolwiek z drużyn były podzielone, nie opowiadano się zdecydowanie za żadną z drużyn. Bulls z tytułu lepszego bilansu mieli przewagę własnej hali i to w United Center właśnie rozpoczął się spektakl z udziałem największych gwiazd NBA. Pod koniec pierwszego meczu, przy wyniku 82:82, nikt nie chciał dać za wygraną i właśnie wtedy, na 9.2 sekundy przed upływem regulaminowego czasu na znajdującej się 3 metry 96 centymetry od kosza linii stanął Karl Malone. Gdyby trafił oba osobiste, Jazz wyszliby na prowadzenie i to Byki znalazłyby się pod ścianą. Przed ich wykonaniem do Listonosza podszedł  Pippen i szepnął mu na ucho:

Pamiętaj, listonosz nie dostarcza w niedzielę.

Prorok jaki czy co… Karl chybił dwukrotnie. Nawet wypowiadane przez Mailmana tajemnicze zaklęcie przed każdą z prób nie pomogło. Malone nie podkulił ogona, stanął twarzą w twarz z problemem:

Wydawało mi się że rzucam dobrze. A jednak spudłowałem. (…) Pochodzę z Luizjany i tam ludzie nie szukają sobie żadnych wymówek. Chryste, to są przecież Finały NBA, na to nie ma usprawiedliwienia! Miałem sobie wziąć dzień wolny – to niedorzeczne, nie w moim stylu.

Reszta dla fanów Jazz jest milczeniem. Ciągle był remis, ale trener Byków – Phil Jackson – pod nosem rzucił krótko – „Memory, find, Jordan i wszystko jasne”. Bulls zwyciężyli 84:82.

Mecz numer 2 odbył się bez większej historii, Bulls wygrali 97:85. Następnie seria przeniosła się do Salt Lake City i gracze Utah żywili duże nadzieje na jej wyrównanie i objęcie prowadzenia – Jazz przegrali w domu tylko trzy mecze w fazie zasadniczej. Pozytywny scenariusz zakładany przez fanów z tego miasta się ziścił, Listonosz wjechał do Delta Center na swoim harleyu radosny i wyluzowany, zanotował 37 punktów a Jazz wygrali gładko 104:93:

W takiej chwili szukam czegoś co wprawi mnie w dobry nastrój, pomoże mi. Wymyśliłem, że wsiądę na motor i do Delta Center pojadę okrężną drogą. Zwykle pojawiam się w hali piętnaście po czwartej, a dziś stawiłem się za pięć piąta. Odprężyłem się, zrelaksowałem a co było później widziałeś.

Kolejne spotkanie obfitowało w znacznie więcej zwrotów akcji. Na 2 minuty, 23 sekundy przed upływem czwartej kwarty Stockton celną trójką zmniejszył straty do dwóch punktów, lecz to Bulls ciągle prowadzili – 71:69. Później trafiali Jordan i znowu Stockton a potem nastąpił punkt kulminacyjny meczu – John podał przez całe boisko do Karla i Utah zaczęli wygrywać 74:73.

Malone nie mógł się opanować, nie było widać końca jego zachwytów nad zagraniem swojego przyjaciela:

Będę pamiętał to na resztę życia. To podanie było bez najmniejszego marginesu błędu, idealne, perfekcyjne, genialne.

Stockton przeprowadził fachową i rzetelną analizę swojej asysty i dokładnie wytłumaczył co się wówczas działo:

Po zbiórce zobaczyłem gdzie jest Karl a gdzie Jordan. Nie mogłem zaryzykować podając dołem, więc wybrałem wariant górą wierząc, że Karl wygra walkę w powietrzu. Na szczęście Karl złapał piłkę i zdobył punkty.

Zabawa się jeszcze nie skończyła, mecz dalej trwał. Przesądni i pesymiści byli na krawędzi piekła, kiedy po kilkudziesięciu sekundach swoje osobiste miał wykonywać Malone – znowu była niedziela. Tym razem Listonosz się nie pomylił, oba rzuty wpadły:

Po pierwszej próbie trener wziął czas aby mnie uspokoić.

Wprawdzie Jordan miał jeszcze szansę na to, żeby pomóc zespołowi w odniesieniu wygranej, ale zawiódł – na osiem sekund przed końcem przestrzelił i później powiedział tylko: „są takie dni w których nie da się tego zrobić”. Jazz wygrali 78:73 i wszystko zaczynało się od nowa.

Mecz numer 5 został nazwany The Flu Game. Jordan był ledwo żywy, grał z 38 stopniami gorączki, słaniał się na nogach. Jak na ironię, był najlepszy na placu, skończył z 38 punktami. Jazz, Malone i Stockton mogli mieć pretensje tylko do siebie, wypuścili niemożliwą szansę z rąk, lecz Mailman dalej wierzył w siebie:

Mieliśmy w tym meczu wiele okazji żeby wygrać. Ja sam miałem ich kilka. Na pewno, kiedy się tak przegrywa, to traci się trochę tego wiatru w żaglach. Musimy przemyśleć sobie to wszystko i w Chicago wprowadzić naszą teorię w praktykę.

W Wietrznym Mieście miało się zdecydować – czy Jazzmani wrócą do domu jako wicemistrzowie czy potencjalni mistrzowie. Należało wygrać i liczyć na ogłuszający doping swoich fanów w ewentualnym meczu numer 7. Niestety, cały plan spalił na panewce i Chicago pokonało Utah 90:86. Zawodnicy Jazz unikali przedstawicieli mediów, co było dość zrozumiałe, a Malone, ku zaskoczeniu ogółu, był dość krytyczny w ocenie swojej osoby:

Prawdę mówiąc, w całej tej serii nie grałem dobrze. Jestem niezadowolony z siebie ale nie jest to koniec świata. Tak do tego podchodzę.

Malone – 21 punktów, Stockton 13, swoje dorzucili Hornacek i Russell i wyglądać to może przyzwoicie dla statystyki. Jednak to okazało się niewystarczające, Jazz przegrali, ale nie musieli wstydzić się swojej postawy.

Corrida 2

Przed startem nowego sezonu w klubie ze stanu Utah nie doszło do wielkiej rewolucji w składzie. Nie było powodu – drużyna spisała się świetnie, trzeba było ulepszać to, co jest. Zasadniczo można powiedzieć, że w ekipie Jazz każdy wiedział, co chce osiągnąć w przyszłości i starał się zrealizować założenia na nadchodzący czas. Niemniej idealnie nie było – organizacja miała coraz więcej kłopotów z Gregiem Ostertagiem, który nieprofesjonalnie podszedł do swoich obowiązków. Kiedy powrócił z urlopu miał sporą nadwagę, co nie mogło umknąć uwadze Listonosza, zasuwającego jak mały samochodzik, czy to świątek, piątek czy niedziela:

Przylazł tutaj i wygląda jak zapasiona świnia. To jest niedopuszczalne, my ciężko pracujemy a on udaje że się nic nie stało, sadło się z niego przelewa. Tak nie może być!

Malone, jako laureat nagrody MVP, był rozwścieczony, Ostertag zebrał publiczny opieprz. Dostało się również właścicielowi Jazz, Millerowi – Karl w końcu dogadał się ze swoim kontraktem, ale grzmiał na to, co spotkało trenera Sloana. Szkoleniowiec znajdował się na siódmym miejscu od końca na zarobkowej liście coachów NBA, a Malone powiedział w mediach dobitnie że to: „hańba żeby taki człowiek zarabiał takie psie pieniądze”. Dodatkowo doszło do awantury między winowajcą – Ostertagiem – a Sloanem w trakcie jednego z meczów. Nabuzowany Greg i nie mniej zły trener zaczęli ryczeć na siebie, następnie center został odesłany do szatni, po drodze kopiąc jeszcze w krzesło. Malone z zażenowaniem zabrał głos:

To dziecinada. Zachowywali się jak rozwydrzeni gówniarze, wszyscy ich słyszeli. Nie chce mi się poruszać tego tematu, myślmy o tym co nas czeka.

Koniec końców jakoś udało się zamieść brudy pod dywan i Jazzmani przystąpili do kolejnych zmagań na Dzikim Zachodzie. Przed fazą pucharową znowu byli na czele tabeli, choć zanotowali malutki regres w porównaniu do ubiegłego roku – wygrali 62 spotkania przy 20 porażkach. Playoffy były nawet łatwe, choć twardo stawiali się w pierwszej rundzie Houston Rockets, dwukrotnie wygrywając. Jednak to Jazz znowu byli górą i dalej rozprawili się z San Antonio i Los Angeles Lakers, nie pozwalając Jeziorowcom na nawet jeden triumf. Rywalem w Finale NBA byli starzy znajomi z Chicago. Jednak tym razem to Jazz mieli przewagę własnego parkietu. Na dzień dobry, po dogrywce, wygrali pierwszy mecz 88:85.

Najwięcej w zespole Jazz rzucił Stockton, 24 punkty, zaliczając odatkowo bezcenne dwa przechwyty:

Mamy mistrzowski zespół i oczekuję że to udowodnimy. Musimy grać jeszcze lepiej niż dziś żeby myśleć o pierścieniu. Miałem swoje szanse, część wykorzystałem, część nie. W dogrywce zagraliśmy wspaniale.

Mecz numer dwa wygrali przyjezdni z Chicago 93:88, Jordan zmagał się z grypą, ale dokonał niemożliwego, zdobywając 37 punktów. Lider Jazz – Malone – po raz drugi nie spisał się tak, jakby tego chciał, 16 oczek było zdecydowanie poniżej jego możliwości. Najgorsze dla Utah miało dopiero nadejść – trzecie spotkanie w serii było dla Utah kompromitacją. Zostali zmiażdżeni 54:96, coach Sloan nie dowierzał własnym oczom:

Czy to na pewno jest właściwy wynik? Czy nic się nie popsuło? Myślałem że to 196. Wygląda na to że rzucili 196 punktów.

Kolejny mecz to trzecia wygrana Bulls, 86:82. Wydawało się, że nic już nie uchroni Utah od wypadnięcia z wyścigu o tytuł mistrzowski. Tymczasem w spotkaniu numer pięć popsuli święto Bykom. Wreszcie po profesorsku zagrał Karl Malone, gromadząc 39 punktów i 9 zbiórek, jego Jazz pokonali gospodarzy 83:81.

Mailman mógł odetchnąć z zadowoleniem, jego zespół czekały dwa mecze w domu, a tam Jazz nie zwykli przegrywać. Odwiedzający Delta Center narzekali na hałas, a do tego w Salt Lake City było dość rozrzedzone powietrze, utrudniające gościom życie. Karl po meczu w Chicago był optymistą:

Potrzebowaliśmy zagrać tak, jak tego wieczoru. Teraz wracamy do siebie, ale nie powinniśmy pozostawać w swojej strefie komfortu. Musimy funkcjonować jak zespół, wtedy jest przed nami szansa. Utah Jazz to nie tylko Karl Malone.

Spotkanie numer 6 – to be or not to be dla Jazz. Przez niemal cały mecz było to be, kiedy na zegarze zostało 40 sekund do końca czwartej kwarty, Stockton celnie przymierzył zza łuku i Jazz prowadzili trzema punktami. Jordan layupem zmniejszył straty Byków do jednego oczka, ale to Utah mieli posiadanie i prowadzili. Kiedy Malone odebrał podanie wydarzyła się tragedia, apokalipsa:

Malone powalony na podłogę, Jordan przechwytuje! Bulls przegrywają jednym punktem. Jordan przeciwko Russellowi, 12, 11, 10 sekund…Jordan wyskakuje, rzuca…TAK!!! Bulls prowadzą 87:86!

Tak rzut Jordana przeżywał sprawozdawca Chicago, ale Utah mieli jeszcze okazję na wygraną. Wszystko spoczęło w rękach Stocktona, był w tej serii jak opoka. W ostatniej akcji znowu spróbował szczęścia zza linii odległej 7.24 metra, lecz…bogowie z pobliskich gór odwrócili od niego swoje oblicze, piłka nie przeleciała przez siatkę:

Marzenia o mistrzostwie zostały zniweczone, starte w proch razem z tym jednym, jedynym pudłem. Kiedy wypuściłem piłkę z rąk byłem w stu procentach pewien że wpadnie. To koniec.

Znowu ten Jordan – zawyto z rozpaczą w całym Utah. Gracze Jazz przemykali jak cienie, zostali upokorzeni w swoim sanktuarium. Najwięcej gromów posypało się na Russella, którego ponownie w pole wyprowadził Jordan. Jednak palenia domów koszykarzy nie było – kibice wiedzieli, że ich ulubieńcy wyszli z siebie, żeby wygrać. Zawadą i niszczycielem marzeń okazał się jeden, jedyny człowiek, wiadomo kto.

Na fałszywą nutę

Żeby odreagować i wyładować frustrację Karl postanowił zmierzyć się na ringu zapaśniczym. Stocktona zastąpił wrestler Diamond Dallas Page, a ich adwersarzami byli Hulk Hogan i Dennis Rodman. Zarówno Robak, jak i Listonosz, nie szczędzili sobie razów w zakończonych zmaganiach o mistrzostwo, a 12 lipca 1998 roku stanęli naprzeciw siebie ponownie, podczas imprezy o nazwie Bash at the Beach.

W wakacje, jak zwykle, przerzucał ciężary na siłowni, polował, łowił ryby, jeździł ciężarówką i motocyklami. Stockton również nie próżnował, ale czuło się że coś się wypala. W skróconym przez lokaut sezonie, Jazz mieli bilans 37:13, centymetrów zabrakło żeby odpadli już w pierwszej rundzie z Sacramento Kings, ale z myśli o pierścieniu wyleczyli ich doktorzy z Portland Trail Blazers. Zespół z Salt Lake City udał się do domu, a w mediach rozgorzała dyskusja na temat chamstwa Listonosza, przez którego łokcie cierpieli Joe Kleine i Brian Grant.

Było naprawdę blisko rzezi, Grant i Malone wymienili między sobą uprzejmości, a po meczu Mailman nie czuł się winny i w zdecydowany sposób odparł ataki dziennikarzy:

To jest mój styl i tak będę grał do końca kariery. Takie są fakty. A w playoffach nikt nie musi mnie lubić.

Dominique Wilkins nazwał Karla „frajerem, który bije słabszych od siebie”, ale Malone robił konsekwentnie swoje. Zęby stracili także Steve Nash i Shawn Bradley, lecz Listonosza kompletnie to nie obchodziło. Jego frustracja rosła, tym bardziej że w Utah przeczuwano, że już nic nie będzie takie jak dawniej. Skład rozlazł się jak stare spodnie w praniu, do zespołu przychodzili młodzi gracze chcący udowodnić pomnikowym postaciom Jazz, że powinni zejść ze sceny, co zauważył Stockton:

Było coraz więcej nieporozumień pomiędzy nami, a naszymi młodszymi kolegami. Nie byli tak zaangażowani jak my, lekceważyli ogólnie przyjęte zwyczaje i reguły, nie miałem z nimi wspólnego języka. Nie mieliśmy punktu zaczepienia, a doszło nawet do tego, że próbowali ośmieszyć Karla na treningu. A on i tak pokazał, ile im jeszcze brakuje.

Malone lubił się wysługiwać młodszymi graczami w drużynie, Stockton nie przebywał z nimi tak często, jak być może od niego oczekiwano – Utah słabli z kampanii na kampanię. Od sezonu 2000/2001 nie mogli przejść nawet przez pierwszą rundę. Byli eliminowani przez Dallas Mavericks i dwukrotnie przez Kings. Stock wiedział, że jego czas dobiega końca i w lecie 2003 roku zdecydował o odwieszeniu butów na kołek. Malone był tym przygnębiony:

Karl do mnie zadzwonił, głos mu się łamał. Pytał tylko: ale jak? dlaczego? kiedy? Chyba było mu przykro, że nie dowiedział się tego bezpośrednio ode mnie i że odchodzę. Jednak przyszedł mój czas, zegar zbliżał się do godziny dwunastej.

Emerytura

Stockton zakończył swoją bogatą karierę rozgrywając 19 sezonów w kostiumie Jazz. Malone pograł jeszcze tylko rok – przeniósł się do Los Angeles Lakers, gdzie wraz z Shaqiem, Kobe’em Bryantem, Paytonem miał nadzieję na zdobycie pierścienia. Ten rok był dla niego ciężki – nie dość, że odniósł paskudny uraz eliminujący go z gry na 40 spotkań (przed tym zdarzeniem opuścił ich tylko 11 w przeciągu 18 lat), pokłócił się z Bryantem, to jeszcze nie zrealizował swojego jedynego celu na tamten czas, gdyż Lakers ulegli w Finale NBA Detroit Pistons. Po upływie kilku miesięcy Malone uznał, że i na niego przyszła kolej i poszedł w ślady Stocktona – oficjalnie poinformował o końcu swojej kariery w miejscu, gdzie przyszło mu stawiać swoje pierwsze kroki na parkietach NBA, w Salt Lake City:

Mimo, że wyjechałem na rok, dorastałem tutaj, jako Jazzman. Jeśli będę miał szczęście kiedykolwiek wejść do Galerii Sław, pójdę tam jako zawodnik tej drużyny.

Nie czekał zbyt długo – w 2010 roku dołączył do panteonu największych, gdzie czekał na niego wieloletni towarzysz i przyjaciel – John Stockton, przyjęty w rok wcześniej. To były momenty ściskające za serce, John wspomniał, że kiedy wygłaszał swoje przemówienie był bliski płaczu, a Karl uronił kilka łez.

Należyte honory oddano również w Salt Lake City. Numery Karla i Johna zostały zastrzeżone, koszulki, w których występowali wiszą pod dachem Vivint Smart Home Arena, wcześniej nazywającej się Delta Center, a przed jej wejściem stoją pomniki słynnej dwójki.

Dziś obaj panowie wiodą spokojne życie wraz ze swoimi rodzinami, prowadząc rozmaite interesy. Zdradzili także kilka interesujących szczegółów z czasów kiedy grali – Karl wyjawił, że słowa powtarzane przez niego przed rzutami wolnymi brzmiały: „This is for Kay and for the baby”, a zwykle powściągliwy Stock napisał swoją autobiografię, gdzie opowiada o doświadczeniach i perypetiach jakie go spotkały. Malone i Stockton wyśrubowali nieosiągalne dla większości populacji koszykarskiej cyferki – w 2005 roku John z 15806 asystami prowadził w klasyfikacji NBA wszech czasów, a Malone zajmuje drugie miejsce w hierarchii najlepszych strzelców z 36928 punktami i szóste miejsce wśród najlepiej zbierających z 14968 zbiórkami na swoim koncie.

Są spełnieni jako sportowcy i jako ludzie, jednak jak cień na ich życiorysach kładzie się fakt, że nigdy nie zdobyli najcenniejszego lauru jakim jest mistrzowski sygnet NBA. To będzie im na zawsze wypominane, tak jaki Patrickowi Ewingowi, Charlesowi Barkleyowi i wielu innym wybitnym koszykarzom. Nieraz brakło kilku sekund do przekroczenia niebiańskich bram – gdyby nie one i nie M.J…W każdym razie dla wszystkich fanów jazowej kapeli są mistrzami w pełnym tego słowa znaczeniu, zasłużyli jak nikt inny na ich szacunek i hołd, drużyna z Salt Lake City, dzięki ich grze, była naprawdę bliska koszykarskiego Mount Everestu. Jak było mówione na samym początku – istniało wiele duetów ale ten jest niedościgniony i najlepszy. Prawdopodobnie w przyszłości zobaczy się jeszcze wiele przykładów przyjaźni i modelowej współpracy, lecz żaden nie będzie mógł się równać z tym, co pokazywali i kim byli najwybitniejsi w dziejach Utah Jazz, czyli John Stockton i Karl Malone.

Autor: Marek Niewiadomy






1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here