NBA zastanawia się nad wprowadzeniem czterech zmian w systemie rozgrywek. Miałyby one wejść w życie od sezonu 2021/2022. Spróbuję wyjaśnić na czym miałyby polegać i jakie byłyby ich przyczyny oraz konsekwencje.


Ten artykuł powstał na podstawie notatek, z których korzystałem podczas nagrywania ostatniego Podcastu PROBASKET. Jeśli wolisz posłuchać tego, o czym napisałem poniżej, to zapraszam do wysłuchania Podcastu.

Podcastu PROBASKET można słuchać w czterech miejscach:

  1. SoundCloud
  2. YouTube
  3. Podcasty Apple – dawny iTunes
  4. Spotify

NBA proponuje cztery duże zmiany:

  1. Zmniejszenie liczby spotkań w sezonie z 82 do 78.
  2. Turniej w trakcie sezonu z udziałem ośmiu drużyn.
  3. Drużyny z miejsc 7. i 8. grałyby z 9. i 10. zespołem o wejście do play-offów.
  4. Rozstawienie w trakcie play-offów, dokładnie w finałach konferencji.

Zapraszam: Michał Pacuda, PROBASKEThttp://twitter.com/Pacuda

Dlaczego NBA chce zmian?

Przede wszystkim NBA wyszła z założenia, że znów musi zrobić coś z terminarzem, ponieważ zawodnicy dużo odpoczywają. Sezon jest długi. 82 mecze to naprawdę dużo, a jeszcze od marca myślę, że można powiedzieć, że ponad 10 drużyn odpuszcza, bo wie, że nie awansuje do play-offów, a najlepsi często odpoczywają przed play-offami.

Najlepsi nie grają, słabsi nie walczą o zwycięstwa – kibice są wkurzeni, rezygnują tzn. odchodzą do innej dyscypliny. Telewizje tracą widzów, a co za tym idzie pieniądze.

Trzeba też pamiętać, że kibic się zmienia i trzeba wyjść mu naprzeciw. Rozwija się technologia i sposób oglądania meczów (mniej widzów przed telewizorami, więcej przed komputerami, laptopami, ipadami itp.).

To jeszcze nie kryzys NBA, że próbują coś zmienić, bo słupki spadają. Te pomysły są spodowane tym, że liga wiedzą, że jeśli czegoś nie zmieni, to słupki będą spadać. Mam na myśli oglądalność i ogólnie zainteresowanie NBA.

Przy każdej okazji podkreślam jedną rzecz. Bez względu na to, czy to dobre pomysły są, czy nie. Mówimy o zmianach, które miałyby wejść za dwa lata! Tak wygląda prawdziwe, normalne, profesjonalne zarządzanie. Teraz trwają rozmowy, a w kwietniu 2020 roku odbędą się głosowania właścicieli klubów, czy takie zmiany wprowadzić, ale dopiero za półtora roku.

NBA nie podejmuje pochopnych decyzji, nie zmienia przepisów w trakcie gry. Menedżerowie tam zatrudnieni analizują i planują. Podziwiam i szanuję za to, co uważam, że jest normalnością, bo wiem jak to jest gdzie indziej. Nie mówię tylko o tym co się dzieje w Polsce, ale też o zmianach, a raczej braku jasności wielu zasad, jakie wprowadza międzynarodowa federacja FIBA. Kuriozalne jest, kiedy np. o sposobie losowania i rozstawienia drużyn dowiadujemy się chwilę przed wydarzeniem. Na szczęście mówimy o NBA, gdzie poziom zarządzania jest na zupełnie innym poziomie.

1. Zmniejszenie liczby spotkań w sezonie z 82 do 78

Zmiana liczby spotkań w sezonie zasadniczym z 82 meczów do 78 wydaje się być kosmetyczna. Zwłaszcza, że biorąc pod uwagę turniej i kwalifikacje do play-offów, o których zaraz napiszę jest taki scenariusz, że dwie drużyny rozegrałyby nawet 83 spotkania. Hipotetycznie oczywiście, bo musiałyby grać w finale takiego turnieju, a potem walczyć o play-offy.

NBA ma świadomość, że kluby zobaczyły, że często 82 spotkania dla ich największych gwiazd to za dużo. W ogóle dla zawodników, to jest duże obciążenie i dlatego właśnie NBA wydłużyła sezon. Wcześniej zaczynał się w listopadzie, a teraz w drugiej połowie października. Wszystko po to, aby zmniejszyć liczbę spotkań rozgrywanych dzień po dniu. To było bardzo dobre i słuszne rozwiązanie.

Cztery spotkania mniej, a więc dwa mniej we własnej hali, a to oznacza mniejsze wpływy z biletów i ogólnie wydarzenia jakim jest mecz we własnej hali. Podobno właściciele klubów od razu zaczęli pytać: czy w jakiś sposób zostanie im to wynagrodzone, zrekompensowane? My możemy sobie pomyśleć, że to przecież tylko dwa mecze, ale trzeba wziąć pod uwagę, że przy takiej pojemności hal, transmisjach, to ogromne pieniądze. Zwłaszcza dla klubów z dużych i bogatych aglomeracji.

Jeszcze jeden ciekawy aspekt. Mniejsza liczba spotkań oznaczać będzie, że na koniec sezonu bilans poszczególnych drużyn może mieć większe znaczenie przy rozstawieniu w play-offach.

Wiem, że Clippers teraz myślą, że Kawhi i tak nie zagra w 15-20 spotkaniach, a oni i tak sobie poradzą i awansują do play-offów, ale kiedy meczów będzie mniej, to każde spotkanie będzie miało większą wartość dla końcowego układu tabeli. Oczywiście cztery spotkania mniej to nie jest dużo. Mam tego świadomość, ale jednak może to sprawić, że zawodnicy będą mieli więcej czasu na odpoczynek i regenerację, a dzięki temu będą mogli częściej grać.

2. Turniej z udziałem ośmiu drużyn

Miałoby to wyglądać tak, że w pewnym momencie sezonu (po około 4-6 tygodniach?) oznajmia się, że najlepsze drużyny z sześciu dywizji oraz dwie z najlepszym bilansem z drugich miejsc zagrają pewnego rodzaju turniej.

System rozgrywek przypominałby Puchar Króla w Hiszpanii, czy koszykarski Puchar Polski. Osiem zespołów, rozstawienie lub losowanie i gra się jak w play-offach, ale tylko do jednej wygranej.

Jeśli dobrze zrozumiałem, to nie byłoby tak, że przez ten pierwszy miesiąc gra się tylko w swoich dywizjach. To byłoby bardzo dziwne, ale że po prostu bierze się bilans z konkretnego dnia i te drużyny są premiowane udziałem w tym turnieju.

Podobnie było w polskiej lidze. Niektórzy pewnie wiedzą, że przez ponad sześć lat pracowałem w PLK (do tego cztery w PZKosz). Taka zmiana formatu Pucharu Polski z czterech na osiem drużyn została przez nas zaproponowana i mówiąc krótko „sprawdziła się”.

Wspólnie z Adamem Romańskim, Dariuszem Pućką i Marcinem Pośladą uważaliśmy, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Osiem drużyn w jednym mieście. Siedem meczów przez cztery dni (od czwartku do niedzieli).

W PLK miało to zastąpić Mecz Gwiazd, który… nie oszukujmy się, żeby zrobić dobrze, to trzeba mieć raz, że gwiazdy, które kibice będą chcieli oglądać, a dwa – duży budżet. Trzeba zrobić „event”, wydarzenie, które nie będzie tylko meczem, ale widowiskiem sportowym. A ponieważ tego nie było, to zaproponowaliśmy sportową rywalizację, która dziś z perspektywy czasu myślę, że była bardzo dobrym pomysłem.

NBA nie powiedziała jednak jak taki turniej miałby wyglądać, albo ja nie znalazłem na ten temat tak szczegółowych informacji.

Czy właśnie byłoby to w jednym miejscu, gdzie wszyscy by się zjeżdżali i byłaby to kolejna okazja poza weekendem gwiazd do stworzenia koszykarskiego święta? Czy np. mecze rozgrywane byłyby u drużyn z lepszym bilansem? Wtedy taki turniej musiałby zostać rozbity na wiele dni, co wprowadziłoby tylko niepotrzebne zamieszanie i mogłoby się spotkać z brakiem zrozumienia kibiców.

Jeśli to miałyby być po prostu mecze jak w sezonie zasadniczym, tylko o tej dodatkowej wartości, to przepraszam, ale nikogo w Ameryce by to nie obchodziło. Byłaby to tylko okazja do obejrzenia rywalizacji dwóch mocnych ekip.

Według Adriana Wojnarowskiego NBA ma świadomość, że wartość takiego turnieju nie będzie duża od razu, ale jest to projekt na lata. Mają być oczywiście dodatkowe nagrody finansowe dla trenerów i zawodników.

Dlaczego to się nie sprawdzi?

Zawodnicy już mówią, że to nie ma sensu. James Harden stwierdził z nonszalancją – jaki turniej? Co my w college’u jesteśmy?

PJ Tucker powiedział, że jedyne o co grają, to o mistrzostwo. Obaj to wyśmiali, a Tucker stwierdził nawet: co to ma być? jakieś pocieszenie jak mistrzostwa nie zdobędziesz?

Brutalne, ale tak to wygląda w Stanach Zjednoczonych. Kibice w USA nie są do takich rzeczy przyzwyczajeni w zawodowym sporcie.

Adam Silver chce nawiązać do tradycji piłkarskiej z Europy, ale Liga Mistrzów, to spotkania najlepszych drużyn Starego Kontynentu, które nie mają okazji grania przeciwko sobie w ligach. Dopiero Liga Mistrzów zapewnia im mecze Barcelony z Bayrnem, Chelsea z Realem i tak dalej.

To jest też kwestia kulturowa. Wprowadzanie nowej „tradycji” może nie być dobrze odebrane. Pamietajmy, że Amerykanie są egocentryczni. Nie podobają im się rzeczy, które nie wywodzą się od nich. W USA zawsze gra się o mistrzostwo, a teraz taki turniej byłby tak naprawdę sztucznym tworem, czymś na siłę, co nie jest traktowane na poważnie przez nikogo.

Adrian Wojnarowski zwrócił uwagę, że taki turniej mógłby mieć znaczenie dla zespołów, które nie mają szans na mistrzostwo w danym sezonie. Takich, które są w tak zwanym gazie w danym momencie sezonu. Podał przykład Dallas Mavericks. Luka Doncić na pewno zrobiłby wszystko, aby taki turniej wygrać. Poza tym ma doświadczenie z meczów, gdzie przegrywający jeden mecz odpada. Ale czy to by się sprawdziło w USA? Mogłoby tylko wprowadzić niepotrzebne zamieszanie wśród kibiców i zawodników.

3. PLAY-IN przed play-offami

W skrócie: drużyny z 7. i 8. miejsca grałyby z  drużynami z miejsc 9. i 10. o awans do play-offów. Wojnarowski tłumaczy to w ten sposób:

  • Drużyny z 7. i 8. miejsca grają ze sobą jeden mecz – zwycięzca awansuje do play-offów z 7. miejsca.
  • Drużyna, która przegra powyższy mecz spotka się ze zwycięzcą spotkania 9. i 10. drużyny.
  • Czyli przegrany z pary 7-8 gra z wygranym pary 9-10 i ten kto wygra awansuje do play-offów z 8 miejsca.

Pytanie, gdzie te mecze byłyby rozgrywane? To byłby tylko jeden mecz u wyżej rozstawionej drużyny? Chyba tak.

Jak to wkomponować w terminarz? Przecież teraz sezon kończy się w połowie kwietnia w środę, a play-offy zaczynają się już w sobotę. Tak jest od lat. To co teraz? Mielibyśmy tydzień przerwy po to, aby najlepsze zespoły odpoczęły i mogła się odbyć ta faza nazywana „PLAY-IN?”.

Takie mecze na pewno byłyby atrakcyjne, ale pamiętam też, że wielu zawodników podkreśla, że długa przerwa nie wpływa pozytywnie na ich formę. Zdarzało się w ostatnich latach, że zespół czekał ponad tydzień na rozpoczęcie finału, bo daty spotkań finałowych są ustalane wcześniej. To czekanie, presja, natłok myśli. To nie było nic dobrego i powie to każdy gracz.

Po co robić takie PLAY-IN?

Chodzi o to, żeby nie było sytuacji, że w marcu dziesięć czy nawet więcej drużyn odpuszcza miesiąc grania, bo wie, że nie awansuje do play-offów i myśli sobie „nie ma znaczenia czy będziemy wygrywać, a jeśli będziemy przegrywać to mamy większą szansę na wyższy numer Draftu”.

Zasady losowania numerów Draftu i tak zostały zmienione. Teraz trzy najsłabsze drużyny mają tylko 14% szans na pierwszy numer. Tutaj odsyłam do artykułu Damiana Puchalskiego właśnie na temat zasad losowania kolejności w Drafcie.

14% to mało jak na perspektywę „przegrywajmy ile się da”, bo chociażby przykład Pelicans z tego roku pokazał, że wcale nie trzeba być najsłabszym, żeby wylosować jedynkę. Szanse są mniejsze, mniejsze prawdopodobieństwo, ale jednak wciąż jest to możliwe.

Chodzi po prostu o to, żeby w marcu zespoły z miejsca 11. i 12. biły się wciąż o miejsce 9. i 10., bo nadal będą teoretycznie miały szansę na play-offy, a NBA „sprzeda” dobrze kibicom i telewizji tę dodatkową, krótką, ale bardzo emocjonującą rywalizację.

Myślę, że to jest dobry pomysł. Na pewno uatrakcyjniłby rozgrywki. Zespoły z niższych miejsc wciąż grałyby o coś. Pytanie tylko jak to wkomponować w terminarz?

Zach Lowe, który był gościem Wojnarowskiego zwrócił uwagę, że może być też pokrzywdzony w takiej rywalizacji, bo z miejsca 7 wywalczonego przez sześć miesięcy nagle dwa mecze mają zdecydować, że wypada się z play-offów, a okazuje się, że np. w tym momencie, kiedy są spotkania PLAY-IN, to lider tej drużyny doznał kontuzji.

Myślę sobie, że zawsze będą pokrzywdzeni, jakiekolwiek decyzji by NBA nie podjęła. Zawsze jest jakieś ryzyko. Z drugiej strony drużyna z 7. miejsca musi przegrać aż dwa razy i to teoretycznie, ze słabszymi drużynami. Gdyby to był jeden mecz, to jeszcze mógłbym mieć wątpliwości. Tutaj są jednak dwa spotkania, więc jak ktoś przegrywa dwa mecze z niżej rozstawionymi, to może jednak nie powinien grać w play-offach?

4. Rozstawienie w play-offach

Tutaj trzeba od razu wyjaśnić. Nie będzie tak, że w play-offach zagra 16 najlepszych drużyn, bo chyba niektórzy tak to mogli odebrać. Na to musiałoby wyrazić zgodę ponad 20 właścicieli klubów, a czy wyobrażacie sobie zespoły ze Wschodu, które zgadzają się na to?

Komisarzowi NBA chodziło o to, aby rozstawiać drużyny według bilansu, ale UWAGA! w finałach konferencji. Tak, żeby nie było sytuacji, że teoretycznie dwie najlepsze drużyny sezonu zasadniczego spotykają się już w nazwijmy to półfinale NBA, bo tym są przecież finały konferencji.

Czyli czekamy do momentu, aż w obu konferencjach zostaną wyłonieni finaliści i pary – kto z kim gra jest ustalane na podstawie bilansu z sezonu zasadniczego.

Nie ma wtedy gwarancji, że Zachód zagra z Zachodem, a Wschód ze Wschodem. Pary ustalone byłyby na podstawie bilansów z sezonu zasadniczego 1 gra z 4, a 2 z 3.

Chodzi o to, aby uniknąć historii z 2018 roku, kiedy to drużyny Golden State Warriors i Houston Rockets miały najwięcej zwycięstw w sezonie zasadniczym, ale nie mogły ze sobą zagrać w wielkim finale NBA, bo obie są z jednej konferencji.

Nie ma żadnej gwarancji

Argument w 2018 roku byłby słuszny, ale z tego co widzimy teraz, to nie ma żadnej pewności, że sytuacja się nie powtórzy. Po pierwsze tacy Clippers, którzy mogą być najlepsi jeśli chodzi o grę w play-offach raczej na pewno nie będą mieli najlepszego bilansu przez to jak oszczędzany jest Kawhi Leonard.

Druga sprawa, drużyny ze Wschodu mają łatwiej, żeby osiągnąć lepszy bilans, bo grają z zespołami ze swojej konferencji aż 52 razy. Drużyny z zachodu mają trudniej, bo grają dużo więcej spotkań ze swoją konferencją. Może być więc tak, że załóżmy, że finał Zachodu będzie LakersClippers. Hipotetycznie. Wszyscy będziemy czuli, że to dwie najsilniejsze drużyny obecnie w NBA. To jeśli weźmiemy ten podział na podstawie bilansów z sezonu zasadniczego, to może się okazać, że i tak obie ekipy zagrają przeciwko sobie w takim „rozstawionym finale konferencji”, czy nazwijmy to „rozstawionym półfinale NBA”.  To wcale nie rozwiązuje problemu.

Zach Lowe zwrócił też uwagę na drugą kwestię. W finale obecnie spotykają się drużyny, które zagrały przeciwko sobie tylko dwa razy w sezonie, a często jedno z tych spotkań nie było nazwijmy to na serio, albo było kilka miesięcy przed finałem. Nie było na serio mam na myśli to, że np. jeden czy dwóch liderów było kontuzjowanych. W finale więc spotykają się drużyny, które nie wiemy jak będą przeciwko sobie grać, czego się po nich spodziewać, jakie będą mieli pomysły na grę przeciwko sobie.

Lowe użył takiego słowa, że taka rywalizacja daje nazwijmy to „powiew świeżości”. Lakers i Clippers zagrają przeciwko sobie cztery razy w sezonie. Oczywiście, że jeśli będą najlepsi w play-offach to będziemy mieli poczucie, że to jest przedwczesny finał. Będziemy jednak mieć spore doświadczenie, wnioski z tego jak grali przeciwko sobie w sezonie i czego możemy się spodziewać. Myślę, że to ważny argument dla którego może lepiej nie kombinować z tym rozstawieniem przed wielkim finałem?

Wojnarowski przypomniał ciekawą historię. David Stern zapytany przed laty jaki byłby najlepszy finał NBA powiedział „Lakers kontra Lakers„. Chodziło oczywiście o skalę zainteresowania kibiców i mediów.

Lowe i Wojnarowski przyznali, że finał LakersClippers byłby niesamowity, bo dwie drużyny z tego samego miasta, bo media i kibice na miejscu, zero podróżowania, wszyscy w swoich domach itd.

Ale czy to nie może się zdarzyć w np. finale konferencji? Może. Też będzie to wielkie święto koszykówki. Niesamowita rywalizacja. A jej zwycięzca będzie mistrzem zachodu i otrzyma prawo gry w wielkim finale. Nie wiemy też czy obie drużyny nie spotkają się w półfinale konferencji, albo czy w ogole się spotkają, bo przecież jedna z nich może przegrać z kimś wcześniej (albo obie mogą przegrać wcześniej).

Próby kombinowania przy rozstawieniu wydają mi się bardzo niebezpieczne. Mogą stworzyć precedens, który zniechęci kibiców do oglądania NBA, bo np uznają, że liga coś kręci, manipuluje przy rozstawieniu itd. To może być po prostu niebezpieczne.

Zmian w rozstawieniu przed play-offami nie będzie

Wcześniej myślałem, że ta zmiana ma być na zasadzie rozstawienia już na początku play-offów, czyli osiem najlepszych drużyn ze Wschodu i osiem z Zachodu i teraz układamy drzewko.

Zgoda na pełne oddanie wyboru 16 uczestników według tabeli całej ligi oznaczałaby teraz i pewnie w najbliższych latach, że w play-offach ze Wschodu grałoby np. sześć, a nie osiem drużyn.

Wyobrażacie sobie właścicieli, którzy walczyć będą o 7. i 8. miejsce na Wschodzie, że oddadzą miejsce w play-offach drużynom z Zachodu tylko dlatego, że tamci mają lepszy bilans? Możemy być pewni, że to się nie wydarzy.

Poza tym Wschód mógłby powiedzieć „nie chcemy grać przeciwko zespołom z Zachodu”, bo to by oznaczało, że nawet drużyna z 3. miejsca na Wschodzie trafi na mocną ekipę Zachodu, a nie na 6. miejsce ze swojej konferencji.

Co jest możliwe, ewentualnie naprawdę ewentualnie, to wzięcie ośmiu drużyn ze Wschodu i ośmiu z Zachodu i rozstawienie ich na podstawie bilansów, ale i tak jest bardzo mało prawdopodobne. Już tłumaczę dlaczego.

To, co mnie najbardziej zastanawia w takich przypadkach to logistyka. Wyobraźmy sobie, że jedna z takich drużyn jak Clippers, Lakers, Blazers czy Warriors trafiaj najpierw na Brooklyn Nets, a potem na Sixers, a następnie jeszcze na Celtics. Lot z Los Angeles do Bostonu trwa 5:20, ale z Bostonu do Los Angeles już 6:20 (bo ziemia się kręci).

Już nawet loty z Los Angeles do Houston trwają trzy godziny, a w drugą stronę 3:30. Mówię o tym i zawsze to podkreślam, bo to są ogromne odległości, które wpływają nie tylko na koszty podróży, ale przede wszystkim zmęczenie zawodników. Podałem oczywiście ekstremalny przykład, że jakaś drużyna trafiłaby w dwóch czy trzech rundach rywala z bardzo daleka, ale to przecież jest możliwe.

Nie bez powodu drużyny Zachodu grają tylko 30 spotkań z drużynami Wschodu z czego 15 na wyjazdach, a 52 z zespołami ze swojej konferencji. I oczywiście na odwrót. Zespoły ze Wschodu udają się na Zachód tylko 15 razy w sezonie, a często jest to rozwiązywane w ten sposób, że drużyna ma tak zwaną serię meczów wyjazdowych i gra np. z zespołami z Los Angeles w tym samym tygodniu, albo nawet dzień po dniu, albo jak ktoś z Zachodu gra w Orlando, to prawie pewne jest, że za dwa dni zagra w Miami itd.

Logistyka jest bardzo ważna w NBA, bo nie tylko generuje koszty, ale też powoduje zmęczenie zawodników. A im gracze bardziej wypoczęci tym są w lepszej dyspozycji i tym większe widowisko potrafią stworzyć.

I też przypominam o systemie, który został w NBA wprowadzony w finałach. Wycofano się z niego, bo jednak uznano, że premiuje zespół niżej rozstawiony, ale przez kilka lat obowiązywał system 2-3-2, czyli dwa mecze u wyżej rozstawionych, a potem trzy u niżej i ewentualne dwa kolejne u wyżej rozstawionych. To miało też pomóc NBA oraz mediom. W konferencjach w play-offach gra się systemem 2-2-1-1-1. Jeśli jest sześć czy siedem spotkań to jest to dużo podróżowania, ale znacznie bliżej, niż np. z Los Angeles do Bostonu.

Dodatkowe wnioski

Scottie Pippen powiedział, że NBA musi wprowadzać zmiany, bo świat się zmienia i wszyscy chcielibyśmy oglądać w finale dwie najlepsze drużyny, ale jeśli mają to być dwie drużyny z jednej konferencji, to „historycznie nie ma to sensu”, bo przecież sztuczny podział w finałach konferencji kończyłby epokę grania o mistrzostwo Wschodu i Zachodu. Amerykanie kochają historię i statystyki. Nie zgodzą się na to.

Warto też zwrócić uwagę na to, że NBA boryka się z problemem jaki zrobił im LeBron James i może stąd te różne propozycje, które czasem wyglądają na akty desperacji?

Nie wiem czy wiecie, ale oglądalność spotkań spadła z powodu jego przeprowadzki na Zachód. Dlatego NBA zdecydowała, że niektóre mecze takich drużyn jak Lakers, Clippers, Warriors czy Blazers zaczynają się pół godziny wcześniej. Różnica czasu między Nowym Jorkiem, a Los Angeles wynosi aż trzy godziny. Sam pamiętam, że kiedy mieszkałem w Chicago, a tam różnica z dalekim Zachodem jest dwie godziny, to mecze zaczynały się o 21:30 i kończyły przed północą, a jak się mieszka w Nowym Jorku, czy w tamtej strefie czasowej, to przed pierwszą w nocy.

Wystarczy też wejść na stronę NBA.comNets i Knicks grają u siebie o godz. 19:00 lokalnego czasu, to znaczy, że w Los Angeles jest 16:00! Strasznie wcześnie. Z drugiej strony, jak Warriors czy Lakers albo Clippers zaczynają u siebie o 19:00 lub 19:30, to w Nowym Jorku jest 22:00 albo 22:30. Różnica ogromna. Dlatego odejście LeBrona na Zachód i mecze z jego udziałem zaczynające się tak późno są dla NBA sporym problemem.

Zmiany stref czasowych, długie podróże, mają też wpływ na zawodników i ich formę.

Kolejnym problemem przy braku podziału na Wschód i Zachód od początku play-offów jest fakt, że nie każde spotkanie można ustawić pod telewizję jak w finałach. Jak kibice z Zachodu mieliby śledzić poczynania ich drużyn na początku play-offów? Gdyby ważne mecze play-offów zaczynały się w tygodniu o godz. 16:00 czasu Zachodniego, bo w NY byłaby np. 19?

Choć niektóre argumenty mogą się wydać śmieszne, to jednak logistyka, podróże, zmęczenie i godziny rozpoczynania spotkań, to bardzo ważne rzeczy, których dziś nie da się rozwiązać unikając poważnych konsekwencji.

Dlatego właśnie NBA nie zmieni sposobu rozgrywania play-offów jeszcze przez wiele lat.

Żeby te wszystkie zmiany weszły w życie, to NBA musi je ustalić z właścicielami klubów, ale też związkiem zawodników, a także stacjami telewizyjnymi. Decyzje będą podejmowane w kwietniu 2020 roku, a mówimy o sezonie 2021/2022.

Dziękuję, że przeczytałeś ten tekst do końca. Jeśli uznasz go za ciekawy, proszę podziel się nim ze swoimi znajomymi.

Zapraszam tradycyjnie do specjalnej grupy dyskusyjnej na Facebooku – jest tam już ponad 2100 osób. Wiele dyskusji było bardzo ciekawych. Dają nowe spojrzenie. Dołączycie?

– Archiwum moich tekstów znajdziesz tutaj.

– Znajdziesz mnie na TwitterzePROBASKET również. PROBASKET jest też na Facebooku i mamy już 35 tysięcy fanów.

– Zapraszam do kontaktu: redakcja [at] probasket . pl

Ten artykuł powstał na podstawie notatek, z których korzystałem podczas nagrywania ostatniego Podcastu PROBASKET. Jeśli wolisz posłuchać tego, co o czym napisałem powyżej, to zapraszam do wysłuchania Podcastu.

Podcastu PROBASKET można słuchać w czterech miejscach:

  1. SoundCloud
  2. YouTube
  3. Podcasty Apple – dawny iTunes
  4. Spotify

Subscribe
Powiadom o
26 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
cormac
cormac
4 grudnia 2019 14:20

zmniejszenie meczów w sezonie – jasne że tak, a kluby z tych 4-5 meczów mniej nie stracą wiele kasy, natomiast jako kibic chce w PO oglądać wypoczętych i w pełni zdrowych graczy anie grających na jakich zastrzykach i pół żywych. Pomysł z awansem do PO ekip z miejsc 9-10 uważam za nie trafiony, ok chodzi o to żeby te ekipy też walczyły o PO ale będzie to nie fair w stosunku do drużyn które są na miejscach 7-8, rzutem na taśmę zajmuje to upragnione 8 miejsce a tu nagle jakaś ekipa z 10 miejsca mająca mniej zwycięstw awansuje twoim kosztem… Czytaj więcej »

SceptoFan
4 grudnia 2019 14:49

Świetny artykuł, dziękuję w imieniu wszystkich malkontentów i własnym.

Robert
Robert
4 grudnia 2019 14:55

Pomysł z mniejszą liczbą meczów i play-inn moim zdaniem całkiem spoko, natomiast ten pseudo puchar w trakcie sezonu to kompletnie przestrzelony pomysł i mam nadzieję, że nie wejdzie w życie.

seba
seba
4 grudnia 2019 15:02

skrócić mecze do 40 minut

Leszek
Leszek
4 grudnia 2019 15:47

Dajcie koszykarzom bronić jak w latach 90 a oglądalność wzrośnie. Przecież teraz nie da się na mecze patrzeć jak Harden rzuca po 20-30 razy na 3 pkt czy wymusza niby faule. Teraz gra jest jakaś dla księżniczek.

gniewkosynrybaka
gniewkosynrybaka
4 grudnia 2019 15:49

Bardzo dobry artykul, dzieki! RS powinien byc skrocony o wiele wiecej niz te 4 mecze, minimum 10-15. No i kwestia pre-season, toz to teraz bezsens przy 82 meczach nie moga sie rozgrzewac na serio juz w sezonie? Jeden z ciekawszych sezonow ktory sledzilem to byl ten z lockout’em 2011, ok 66 gier ladnie zgrabnie to poszlo, dziwne ze liga nie wyciagnela wnioskow juz wtedy. Ale OK, wiem ze to nierealne. Turniej sie nie sprawdzi w US, chociaz wielu kibicow NBA sledzi rownierz college NCAA i March Madness wiec moze cos w tym jest, takie Puchary dla slabszych ;). Te Awanse… Czytaj więcej »

Rudeboy
Rudeboy
4 grudnia 2019 17:01

Ja rozwiązałbym to tak że najwyższe szansę na wysoki wybór w drafcie dawałbym drużynom tuż za playoffs. Czyli nadawał procentowe szansę nie od miejsca 15 do 9 a odwrotnie. Dzięki temu drużyny walczylyby o playoffy a w przypadku niezakwalifikowania się do nich otrzymywały „nagrodę pocieszenia” w postaci dużych szans na wysoki pick i w rezultacie awans w kolejnym roku. Nagradzane byłyby starania do końca a nie tankowanie. Oczywiście wydostanie się z dna byłoby wtedy trudniejsze ale jak dobrze wiemy w drafcie zdarzają się chybione jedynki i perły w drugiej rundzie. Oczywiście pomysł do głębokiej analizy.

swidur
4 grudnia 2019 18:04

playoffy zamiast loterii draftu dla zespołów które nie awansowały do PO o tytuł

Marian Paździoch syn Józefa
Marian Paździoch syn Józefa
4 grudnia 2019 18:05

Dobra a co z poniedziałkowym podcastem? Miało być studio na żywo i też cisza.

Marian Paździoch syn Józefa
Marian Paździoch syn Józefa
5 grudnia 2019 19:26
Odpowiedz  Michał Pacuda

Ale to nie musi być studio jak w TV wystarczy odpalić live tam gdzie nagrywacie podcast. Skoro przy nagrywaniu podcastu nagrywacie też wideo to co za problem zrobić to na żywo z transmisją na YouTube? Koszty w zasadzie żadne.

kolo
kolo
4 grudnia 2019 18:45

dobry tekst. ja myślę że NBA staje się coraz mniej atrakcyjna ze względu na jakąś powtarzalność wydarzeń. można pół meczu nie widzieć a to i tak nie ma wpływu na końcowy wynik.
co innego bejsbol, hokej, czy furbol. tam jedna akcja może decydować o końcowym wyniku.

Marian Paździoch syn Józefa
Marian Paździoch syn Józefa
5 grudnia 2019 12:28
Odpowiedz  kolo

W piłce nożnej czasem jeden „farfocel” na początku może zadecydować o wyniku całego meczu. Albo oglądasz przez 90 minut mecz bez żadnego gola, w którym nic się nie dzieje i obie drużyny oddają po strzale na bramkę czasem nawet niecelnym. Co w tym ciekawego ciekawego i emocjonującego? Albo taki żenujący mecz jak Polska-Japonia na mistrzostwach gdzie prze 15 minut klepią na własnej połowie. W koszykówce przynajmniej nie możesz tak bez sensu klepać bo masz 24 sekundy na akcję inaczej tracisz piłkę.

Bart
Bart
4 grudnia 2019 19:51

W tym sezonie 3 graczy ma rekordowy PER na mecz … rekordowy w całej historii NBA z Jordanem, Chamberlainem itp. (jest to obecnie Gianis, Luka i Harden). W lidze brakuje obrony, a sezon przypomina all-star game – swoją drogą ludzie mają też dość all-star games i oglądalność spada przez totalny brak obrony.
Oglądalność NBA w 2019 spadła o 15-18%.

gniewkosynrybaka
gniewkosynrybaka
7 grudnia 2019 14:45
Odpowiedz  Bart

Moge tylko przyklepac co tu napisales. All Star Game to juz totalna szopka i cyrk, Nie pamietam keidy obejrzalem choc czesc tego smiesznego „meczu”. Jeszcze jako tako konkurs wsadow trzyma poziom no i konkurs za 3 bo tu niewiele mozna zepsuc, ale jak sie postaraja…

Alonzo
Alonzo
4 grudnia 2019 21:06

Rozumowanie Żyda. Skrócę sezon o 4 mecze ale w jego trakcie zorganizuje turniej w którym najlepsze drużyny zagrają więcej meczy niż 4. Silver, czas na emeryturę. Druga sprawa to czas jaki trenerzy maja do dyspozycji. Po 1 czasie dla trenera na kwartę i mecze przestaną trwać 3-3,5 godziny.

Marian Paździoch syn Józefa
Marian Paździoch syn Józefa
5 grudnia 2019 12:39
Odpowiedz  Alonzo

Nie zmniejszą do jednego na kwartę bo ucieknie blisko połowa kasy, która dzisiaj mają z reklam. Będzie płacz wśród właścicieli stacji telewizyjnych, że prawa telewizyjny coraz droższe a wpływy z reklam w czasie meczów mniejsze.

Wojtek
Wojtek
5 grudnia 2019 17:39

Wszystkie te zmiany są bez sensu i nie rozwiąż problemu spadku oglądalności, problemem NBA jest: 1.brak obrony!! mecze wyglądają jak jakieś sparingi 2. absurdalna ilość rzutów za 3 co przypomina sparingowy konkurs trójek 3. Ilość rzutów wolnych oraz gwizdane faule których nie było a co się z tym wiąże ciągłe przerwy w grze i reklamy,co człowieka po prostu zanudza na śmierć. NBA stała się ligą miękkich celebrytów maruderów , którzy biegają z połowy na połowę i radośnie rzucają sobię za trzy zdobywając po 150 pkt w meczu i co?? I ludzie nie mogą na to patrzeć, jeśli kolejne pokolenie w… Czytaj więcej »

Mateusz
Mateusz
6 grudnia 2019 09:10

Wszystko super, a może ktoś zająłby się tym że w wielu meczach zespoły rzucają 130+ punktów co jeszcze jakiś czas temu było realne tylko po dogrywce lub w meczu gwiazd. Ograniczono obronę do minimum i obecnie rzucenie 30 pkt na mecz to żadne osiągnięcie.

TIDDDD
TIDDDD
6 grudnia 2019 11:10

Dallas najlepsze jeszcze im dorzucić paru białasów pozwalniać czarnych i będzie całkiem git, Drużyna Marzeń np. widzę to tak Jokic, Bogdanowic, Rubio, Love Gasola, Fourniera, Redick, Vucevic, Hayward, Saric, Dragic, Adams a zostaje Doncic, Porzingis i Barea

lukas
lukas
7 grudnia 2019 17:42

Zrobić jak w normalnej lidze…każdy z każdym mecz i rewanż…mają tą swoją mniejszą liczbę meczy, a play offy 16 najlepszych drużyn z całej ligi. Wprowadzić tabelę punktową – zwycięstwo 2 pkt, zwycięstwo po dogrywce 1 pkt, porażka 0 pkt. Mecz Gwiazd – zmienić zasady wyboru. Owszem głosy kibiców ważne , ale nie najważniejsze (bo będziemy mieć cyrk pt. centrzy Tacko Fall vs. Sim Bhullar) ale także nie w drugą stronę (vide ASG 93 – spośród 14 najlepszych strzelców NBA w tym sezonie nie zaproszony jedynie Drażen Petrovic bo mieli trenerzy Wschodu do niego jakieś anse). Żeby gwiazdy bardziej zmobilizować do… Czytaj więcej »

Artur
Artur
10 grudnia 2019 16:13

Szanuję za chęć napisania tak obszernego artykułu?.
Jednak niektóre zdania są tak skonstruowane, że trudno zrozumieć ich sens?.
Ogólnie całość na plus (szczególnie dokładna argumentacja punktów) ?