OPOwieści z NBA: Chciałem w każdym meczu być lepszy od czołowych rozgrywających – wywiad z Terrym Porterem

0
1053

W barwach Portland Trail Blazers Terry Porter dwukrotnie meldował się w Finałach NBA. Dwukrotnie musiał również uznać wyższość rywali: Pistons w 1990 roku i Bulls MJ’a w 1992. W Oregonie święcił też największe sukcesy indywidualne, gdzie dwukrotnie wybierano go do Al-Star Game. Po 17 sezonach kariery zawodniczej, ale nie był to rozbrat z NBA. Jako trener przez dwa sezony prowadził Milwaukee Bucks i przez część sezonu Phoenix Suns.


Terry „Gandhi” Porter opowiada o mistrzostwie Bucks z 1971, drodze do bycia koszykarzem, Finałach NBA, grze z Jeromem Kersey’em, Kevinem Garnettem, Stephonem Marburym, byciu trenerem oraz z kim chciałby grać w drużynie w… grze NBA JAM.

Wywiad przeprowadził Przemek Opłocki, który odpowiada za projekt „OPOwieści z NBA”. Poniżej macie linki do mediów społecznościowych Przemka. Lajki czy subskrypcje z pewnością zachęcą go do dalszej pracy. Wywiad jest w wersji tekstowej i najpierw ukazał się w magazynie Magic Basketball.

Facebook

Twitter

Instagram

Youtube

Muszę zaznaczyć, że z Portland Trail Blazers wiążą się jedne z moich najlepszych wspomnień z dzieciństwa. Spędziłem wiele godzin grając w NBA Jam na konsoli Super Nintendo, i Blazers, z tobą i Clydem Drexlerem, było jednym z moich ulubionych zespołów. Obydwoje dunkowaliście, rzucaliście za 3 punkty, oraz robiliście alley-op’y. Szczególnie zapadły mi w pamięci te Drexlerea do Portera. Czy zdarzył się to kiedykolwiek, na przykład podczas treningów?

Nie, dunkowanie było dla mnie stresujące. Jedynie podawałem piłkę, na przykład w postaci alley-opów do Clyde’a. Nie potrafię skakać. W ten sposób regularnie rzucali mi wyzwanie inni gracze.

Wróćmy do wczesnych lat 70., byłeś 8-latkiem, kiedy Milwaukee Bucks wygrało pierwsze i jak dotąd jedyne mistrzostwo NBA. Lewis Alcindor (dzień po tym, jak Bucks wygrało mistrzostwa NBA, zmienił imię i nazwisko na Kareem Abdul-Jabbar), Oscar Robertson, Bod Dandridge. Kto był twoim ulubionym zawodnikiem z tamtej drużyny?

Przede wszystkim miasto było tak podekscytowane fazą  playoff i wygraną mistrzostwa. Pamiętam paradę. Miałem zaledwie 8 lat, ale jak można sobie wyobrazić, nasi nauczyciele rozmawiali o tym, nasi dyrektorzy rozmawiali o tym, mieliśmy świąteczny dzień dla Bucks, moi rodzice rozmawiali o tym w domu. Chcieliśmy pokazać kolory naszego zespołu i wesprzeć ich. Podobał mi się Lew Alcindor i Oscar Robertson, ich osobowość. Obaj byli najlepszymi graczami, ale uwielbiałem wszechstronność Oscara Robertsona, jakim był świetnym strzelcem i podającym, więc lubiłem go oglądać. Zrobił tak wiele dobrych rzeczy na boisku.


18 czerwca 1985 r. był wyjątkowym dniem dla New York Knicks, który z pierwszym numerem wybrali nowego lidera, Patricka Ewinga. To był także wyjątkowy dzień dla ciebie – Portland Trail Blazers wykorzystało 24-ty wybór i wybrał cię. Jak pamiętasz ten dzień?

To dziwne, ludzie uważają to za interesujące, ale kiedy dorastałem, koszykówka nie była moim marzeniem. Marzyłem o byciu zawodowym graczem futbolu amerykańskiego. Miałem wielu kolegów w sąsiedztwie grających w niego, a to był jeszcze bardziej interesujący sport niż koszykówka. A potem, gdy chodziłem do liceum, zdałem sobie sprawę, że nie jestem dobry w tej dyscyplinie (śmiech). Musiałem skupić uwagę i energię na czymś innym, i wybór padł na koszykówkę. Skoncentrowałem się na tym, grałem więcej w koszykówkę, w szkole średniej i college’u. Miałem szczęście. Kiedy byłem w college’u, dali mi szansę. Wybór w drafcie w 1985 roku był dla mnie jedną z najbardziej wyjątkowych chwil. Ktoś, kto poświęcił dużo czasu i energii na grę w koszykówkę, otrzymał najwyższą nagrodę, zostając wybranym w pierwszej rundzie. To było coś, o czym nie śniłem. To również nie było coś, co często zdarzało się Milwaukee. Nie mieliśmy wielu graczy wybranych w drafcie, w porównaniu do największych miast, takich jak Chicago czy Los Angeles, więc było to bardzo ekscytujące dla miasta, dla Uniwersytetu Wisconsin, oraz wszystkich moich przyjaciół i rodziny.

W sezonie 1985-86 w Blazers występowali zawodnicy, którzy odegrali kluczowe role w przyszłości drużyny z Oregonu: ty, Clyde Drexler, Jerome Kersey. Jerome był nawet inspiracją dla naszego redaktora naczelnego do założenia bloga Mercy Mercy Jerome Kersey pokazującego karty z graczami NBA i ich historie. Co było w nim wyjątkowego, w graczu, jak i prywatnej osobie?

Był jednym z tych koszykarzy, którzy mieli po prostu niesamowitą motorykę. Był świetnym sportowcem, a jego wola wygranej była jak u żadnego innego gracza. On, podobnie jak ja, pochodził z małej szkoły, Longwood University, która nie jest podobna do Kentucky, więc oboje musieliśmy pracować ciężej, by nas dostrzeżono. Był zdeterminowany, aby trenować ciężej od każdego, kto grał na jego pozycji. Jedną z rzeczy, które w nim podziwiam: jego etyka pracy i gotowość do gry na tak wysokim poziomie. Grał na 110%, co widać było w jego pakach wykonywanych z niezwykłą siłą.

Czy jako zespół mieliście drużynę lub zawodników z  przeciwnych składów, na mecze z którymi byliście bardziej zmotywowani? Nie wiem, taki John Stockton i Utah Jazz, albo Michael Jordan i jego Bulls.

Kiedy grasz w NBA jesteś zmotywowany by co noc grać przeciwko najlepszym graczom. Wówczas na Zachodzie na mojej pozycji mieliśmy wielu świetnych rozgrywających. Moją motywacją było upewnienie się, że staram się ich uzyskać lepsze wyniki od nich każdej nocy. Tim Hardaway, Kevin Johnson, John Stockton, Magic Johnson. Nie wspomniałem nawet o wschodniej konferencji, gdzie występowali  Isiah Thomas, Mark Price czy Derek Harper. Miałem swoją pracę do wykonania każdej nocy, przygotować się i być naprawdę w szczytowej formie, w przeciwnym razie jeden z tych graczy osiągnąłby lepsze wyniki.

Na przełomie lat 80-tych i 90-tych Portland było na topie. Dwukrotnie meldowaliście się w finałach NBA, trzy razy graliście w finałach konferencji. Byliście blisko wygrania mistrzostwa NBA. Jeżeli porównałbyś tamte dwa finały, z Pistons i Bulls, które były trudniejsze?

Myślę, że obydwa  były bardzo trudne. W latach 80-tych, w 1989 roku, kiedy graliśmy z Detroit Pistons, nasz pierwszy występ w finale, mieliśmy po drodze kilka kontuzji. Buck (Buck Williams) odniósł kontuzje, Duck (Kevin Duckworth) podobnie. Niektóre z tych gier musieliśmy zacząć z młodszymi graczami, jak Cliff Robinson, wówczas debiutant. Mieliśmy trochę więcej wyzwań i nikt nie spodziewał się po tym konkretnym zespole, że będziemy zgraną grupą. Zespół dokonał wymiany w tamtym roku, zamienił Sam’a Bowiego do New Jersey Nets za Buck’a Williamsa, a Buck był tym elementem zespołu, który wzmocnił nas i pomógł wygrać w fazie playoff. To była jego fizyczna obecność i chęć poświęcenia zdobyczy punktowych i aktywności w ofensywie, ponieważ wcześniej był to gracz wykręcający średnio po 20 punktów i 10 zbiórek na mecz jako zawodnik  New Jersey, ale kiedy go dostaliśmy, zmienił się i został graczem na poziomie 10 punktów. Skupił się na obronie, zbiórkach i robieniu brudnej roboty na parkiecie. Zrobił z nas kompletny zespół i mieliśmy mistrzowskie aspiracje. Potem w latach 90-tych, po zasmakowaniu gry w finale po raz pierwszy, byliśmy zdeterminowani, chcieliśmy wrócić i spróbować zdobyć tytuł. Mieliśmy świetny start, ale w 1991 roku przegraliśmy z Lakersami w finałach konferencji zachodniej (2-4), w roku, w którym mieliśmy najlepszy rekord w lidze. Następnie w 1992 roku przegraliśmy w finałach NBA z Chicago (2 -4), który był dla nas jednym z najlepszych pojedynków. Obydwa były dla nas innym doświadczeniem. Byki miały grupę młodych mężczyzn, którzy byli zdeterminowani i skupieni, by wspólnie osiągnąć coś wyjątkowego.

Byłoby nietaktem zapomnieć o trenerze, Rick’u Adelmanie. Jaki był jego styl trenowania: był ojcem, sierżantem, kumplem, czy inny?

Był bardziej jak ojciec. Dawał ci twardą miłość, gdy tego potrzebowałeś. Potrafił zachęcić cię, gdy tego potrzebowałeś. Po prostu wiedział, jak pozwolić nam grać w strukturze, aby mieć swobodę, ale także pociągał nas do odpowiedzialności za to, czego nie wykonaliśmy lub nie zrobiliśmy, rzeczy  które musieliśmy zrobić, aby odnieść sukces. Gdy ktoś nie wykonał zadania w ofensywie, przywołał to i upewnił się, że wszyscy są tego świadomi. Gdy miał miejsce jakiś błąd w obronie, bywał wytrwały w powtarzaniu, aby upewnić się, że wprowadziliśmy jego poprawki w życie i naprawiliśmy błąd.

Jak to zwykle bywa w życiu jest czas na zmiany. Przeniosłeś się do Minneapolis. Podczas czasu spędzonego w Minnesocie Timberwolves byłeś mentorem dla Kevina Garnett’a i Stephana Marbury’ego. Obaj mieli szansę i talent, by zostać graczami formatu All-Star. Obaj to zrobili, ale Kevin został liderem i zdobył przyszłą nominację do Hall of Fame. Czy traktowałeś swoją relację z nimi jak mentora – ucznia?

W tym czasie oboje byli nowicjuszami, dopiero przybywali do ligi, nic o niej nie wiedzieli. Kevin Garnett był jednym z pierwszych licealistów, którzy zostali wybrani w drafcie do NBA. Musiał się wiele nauczyć. Stephan Marbury grał rok w college’u, a potem przyszedł do ligi. Obaj byli bardzo młodzi, a moją rolą był ich mentoring i nauczenie ich profesjonalnej gry. Uwielbiałem obu, ponieważ obaj mieli świetne koszykarskie umysły, ale zawsze chcieli wiedzieć, co mogą zrobić, aby być lepszym, jak to było grać w finałach NBA i jak wyglądają playoffy. Spędziliśmy dużo czasu, kiedy podróżowaliśmy po drodze, a oni zadawali mi pytania. Kevin o graczach, drużynach. Stephan zawsze o rozgrywających i to, co czyni ich świetnymi. To było dwóch młodych mężczyzn, bardzo podekscytowanych grą i mających ciąg do koszykówki.

Razem z Jerome’em mieliście epizod w San Antonio Spurs. Nie w tym samym czasie, nie z takim samym rezultatem, ale, jak myślę, to była dla ciebie dobra lekcja jako przyszłego trenera. Co czyni Spurs wybitną organizacją?

Myślę, że złotymi standardami w San Antonio Spurs są: przywództwo, począwszy od właściciela, Peter’a Holta, treenra Gregg’a Popovicha i generalnego menedżera R.C. Buford’a (od 23 lipca 2019 roku pełniącego funkcję CEO organizacji). Myślę, że cała trójka ma wizję i są w nią bardzo zaangażowani. Każdy z nich ma swoją rolę i dobrze ją odgrywa. Trzy umysły starające się ukształtować charakter, co jest bardzo istotne w przypadku sprowadzanych przez nich graczy. Osoby z bardzo wysokim koszykarskim IQ, bardzo utalentowani. W trenowani wszystko sprowadza się do zespołu, co jest ważniejsze niż indywidualne osobowości. Pop jest zawsze skupiony na piłce. Wydaje mi się, że posiadają wyjątkową zdolność budowania składu, czego przykładem jest ściągnięcie z pierwszym numerem Tima Duncana, czy dalszymi pickami wykorzystanymi na Tony’ego Parkera czy Manu Ginóbili’ego. Byli zdolni zbudować wybitny zespół wokół kluczowych graczy i talentu. Graczy, którzy nie chcieli być w większym miastach, jak LA czy Chicago, i byli szczęśliwi będąc na mniejszym rynku jak San Antonio, z trenerami i mistrzowskim dziedzictwem, licząc na zbudowanie wielkiej trqadycji.  Pop, w odniesieniu do tego, co osiągnął, ma wojskowe korzenie, więc wie czego oczekuje i jak każdy ma grać swoje role, i jeżeli tak się nie dzieje, od razu usłyszysz o tym od razu (śmiech).

W 2003 roku wróciłeś do Milwaukee, tym razem jako trener. Jak opisałbyś swój styl trenowania i relacje z zawodnikami?

Przede wszystkim, gdy masz okazję grać w meczu widzisz go oczami gracza. Relacja trener – gracz jest bardzo ważna, szczególnie na poziomie NBA. Należałem do drużyny mistrzowskiego kalibru i wiem, jak te drużyny zostały zbudowane, co czyniło je wyjątkowymi. Musisz być w stanie przekazać to swoim graczom. W Milwaukee było wielu młodych graczy, ale także facetów, którzy byli bardzo spragnieni sukcesu. Jeden z tych graczy, Michael Redd, grał jakąś rolę, zanim tam dotarłem, i naprawdę myślałem, że nadszedł czas, aby wskoczył na wyższy poziom. Inni grali role, do których zostali powołani, i dlatego odnieśliśmy pewien sukces. Weszliśmy do playoff’s, kiedy nikt się tego nie spodziewał.

To był zupełnie inny skład. Bez Ray’a Allen’a, Sama Cassell’a, Gary’ego Paytona, Anthony’ego Masona. Z nowym liderem, Michaelem Reddem. W 2000 roku został wybrany z 43. wyborem, w drugiej rundzie draftu. Z tobą jako trenerem stał się graczem kalibru All-Star. Co było w nim specjalnego, że stał się jednym z najlepszych strzelców ligi?

Myślę, że na poziomie NBA była to jego umiejętność rzucania i to na wysokiej skuteczności, łapania rzutu, umiejętności wjeżdżania pod kosz, tworzenia przestrzeni i rzucania. Był strzelcem i miał możliwość gry z Ray’em Allenem. Widział go codziennie i grał przeciwko niemu. Grał także z Samem Cassellem i Garym Paytonem i nauczył się od nich, jak grać w tę grę. Kiedy dano mu okazję, kiedy postawiliśmy na przebudowę i start z grupą młodych graczy, świeżą drużyną, był w stanie wziąć to, czego nauczył się od tamtych facetów, zgłosić się do gry i stać się gwiazdą. Gracze zawsze chcą być najlepsi. Kiedy wejdziesz na poziom All-Star czujesz, że osiągasz go poprzez ciężką pracę, a on zdecydowanie pracował na to niezwykle ciężko. Nic nie przychodzi łatwo. Był typem faceta, który uwielbia tę grę, miał wysokie koszykarskie i dzięki temu był świetny.

W sezonie 2008-09 wróciłeś na ławkę trenerską, tym razem w Arizonie. Phoenix Suns mieli w składzie takich graczy jak Steve Nash, Amare Stoudemire, Grant Hill, Shaquille O’Neal. To było pewnie jak trenowanie zespołu podczas All-Star Game. Shaq jest, i był, moim ulubionym graczem. Od zawsze. Z nim i Orlando Magic stawiałem pierwsze kroki w NBA. Był i jest showmanem. Czy w ogóle było możliwe utemperować go?

Lubił trenować Shaq’a. Był zabawnym facetem, ale był jednocześnie poważny. W tym czasie miał pewne trudności związane z pick & roll, ale skupiał się na zabezpieczaniu obręczy w obronie i nadal był bardzo skuteczny ofensywnie. Nadal przeciwnikom było bardzo trudno go upilnować. Mieliśmy All-Stara, kandydata do MVP, Steve’a Nasha, który był świetny w podawaniu piłki i kontrolowaniu gry. Uwielbiałem codzienny humor Shaqa, potrafił rozluźnić wszystkich, ale kiedy musiał być poważny, skupiał się na swojej pracy.

Obecnie prowadzisz klub uniwersytecki (University of Portland). Jakie są różnice pomiędzy trenowaniem na poziomie NBA i drużyny uniwersyteckiej?

Największą różnicą jest wykonywany fach. Na poziomie college’u masz o wiele więcej rzeczy do zrobienia. Musisz zarządzać jako główny trener, masz nauczycieli akademickich, książki, które powinny być na wierzchu, umiejętność komunikowania się i współżycia z resztą grona studenckiego w kampusie, upewnić się, że są to młodzi ludzie z dobrym charakterem, że traktują innych z szacunkiem, dbają o siebie w sposób, który sprawia, że program jest bardzo dumny z ich postawy, a następnie jako personel trenerski musisz poradzić sobie z Działem Sportowym, upewnić się, że wszyscy są po tej samej stronie i na profesjonalnym poziomie, który wygrałeś nie ma tych wszystkich zmiennych, a wszystko, co masz, to trenowanie. To, czym w 100% zajmujesz się na poziomie profesjonalnym, to trenowanie dzieci, trenowanie młodych mężczyzn i staranie się, aby byli w to bardziej zaangażowani. To, co uważasz za bardzo ważne, musisz spróbować, aby stworzyć drużynę, która ma mistrzowskie predyspozycje. Na poziomie college’u masz dzieci ze szkoły średniej, I masz zrozumieć i uczyć je tak wielu rzeczy.

Jakie są wasze plany na sezon 2019-20?

Myślę, że nasz zespół jest w trakcie budowy. Dajemy tym chłopakom szansę na grę w koszykówkę we właściwy sposób. To, nad czym pracujemy w tym roku, to zdolność do rywalizacji każdego wieczora, nastawienie się na wygrywanie meczów, oraz poczucie, że w sumie niektórzy z nich zintensyfikują się i przejmą większą rolę przywódczą w tym roku, zarówno w ataku, jak i obronie.

Czego powinienem tobie życzyć: powrotu do NBA w roli trenera, więcej topowych graczy w uniwersyteckiego zespołu, innych wyzwań?

W trenowaniu poziom nie gra roli, zawsze są wyzwania, jak próbujesz poskładać zespół, w jaki sposób przypisujesz zespołowi wagę konkurowania, aby zrozumieli, jakim błogosławieństwem jest gra w koszykówkę. Na poziomie profesjonalnym grasz, aby zapewnić odpowiedni styl życia dla swojej rodziny i siebie, oraz by osiągnąć sukces. W college’u starasz się przygotować na przyszłość, zdobywając stopień naukowy i zostając absolwentem, a także przygotować się do życia. Jeśli ciężko pracujesz stajesz się wystarczająco dobrym graczem, a przede wszystkim masz pewne perspektywy, ale to nie jest główny cel tutaj. Jesteśmy świadomi przygotowywania dzieci do bycia wspaniałymi liderami i wpływania na kraj i świat we właściwy sposób.

Na koniec chciałbym wrócić do gry NBA Jam. Jeżeli mógłbyś stworzyć w grze własny zespół, kogo byś wybrał do gry u swojego boku, jako drugiego i trzeciego gracza?

I mogę wybrać jakiegokolwiek gracza z różnych generacji?

Tak, masz do dyspozycji wehikuł czasu.

Wehikuł czasu, podoba mi się. Wybrałbym Michael’a Jordana… i Kobe’ego Bryanta.

Postawiłeś na small ball.

Wybrałbym wysokich graczy, ale tych dwóch zawodników byłoby w moim zespole. To jest nowe NBA.

Kto byłby w trójce, z którą chciałbyś się zmierzyć?

Chciałbym zagrać przeciwko trójce: Kobe Bryant, Lebron James i Kawhi Leonard.

Trenerze Porter, bardzo dziękuję za udzielenie wywiadu.




ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here