Oprócz konkretnych dat, kiedy można być pewnym transferów w NBA są też okresy, kiedy wszyscy wiedzą, że raczej nic wielkiego się nie wydarzy. Jesteśmy właśnie w takim momencie. Jedni dokonali zmian, które chcieli, a inni utknęli i czekają aż innym pogorszą się humory. Rozpoczęcie obozów przygotowawczych, czyli okres kilku tygodni przed sezonem, a nawet pierwsze tygodnie rozgrywek, to czas, kiedy żaden duży transfer się nie wydarzy. Tak się przynajmniej wydaje większości dziennikarzy i ekspertów.

Wiadomo, że są takie daty, kiedy dochodzi do wielu transferów. Licząc od zakończenia sezonu pierwsza okazja to Draft. Potem, chwilę później, przychodzi początek lipca i otwarcie okienka transferowego. To wtedy dzieje się najwięcej. W sierpniu większość pracowników wyższego szczebla w NBA idzie na zasłużony urlop i mimo że transfery mogą być dokonywane, to okres jest raczej „martwy„.

We wrześniu wszyscy myślą o nowym sezonie, a w październiku na obozach przygotowawczych wszyscy są zadowoleni i z optymizmem patrzą w przyszłość.

15 grudnia i 15 stycznia może dojść do pewnych ruchów, ale niekoniecznie. Wtedy odblokowywane są opcje transferowe niektórych zawodników. Chodzi o to, że jeśli podpisali latem nowe kontrakty, to mają klauzulę „no trade” do jednego z tych dni.

W lutym jest jeszcze jeden moment, kiedy dochodzi do wielu wymian, to zamknięcie okna transferowego. Wtedy naprawdę bywa gorąco.

Potem aż do czerwca cisza w temacie.

Dlaczego w okresie przedsezonowym tak trudno o transfery? Ponieważ wszyscy czują się świetnie i z optymizmem patrzą w przyszłość. Każdy ma bilans 0-0 i każdy wierzy, że to będzie dla nich dobry sezon.

Dopiero z biegiem czasu, kiedy niektórzy zaczynają sezon niezgodnie z oczekiwaniami, kiedy ktoś doznaje kontuzji, dopiero wtedy menedżerowie zaczynają myśleć o wykonaniu konkretnych ruchów.

Tak będzie też pewnie w tym sezonie. Los Angeles Lakers nie wymienili Russella Westbrooka i pewnie nie zrobią tego przed grudniem. Dadzą sobie czas, zobaczą jak to będzie. Podobnie myśli wiele drużyn. 

Poza tym działa to też w odwrotną stronę. Nikt przed sezonem nie zakłada najgorszego. Ci co mają tankować, to i tak będą to robić, ale nawet takie zespoły jak Orlando Magic, Houston Rockets czy Oklahoma City Thunder nie zakładają, że na pewno będą przegrywać. Biorą to pod uwagę, ale chcą, żeby ich zawodnicy zdobywali doświadczenie, ogrywali się, bo wierzą, że przyjdzie taki moment, kiedy to będzie ich czas. Zobaczcie gdzie jeszcze niedawno byli Memphis Grizzlies czy New Orleans Pelicans. W NBA wszystko dzieje się naprawdę bardzo szybko.

Utah Jazz mogą tu być wyjątkiem. Dopiero spadają na koniec tabeli, dlatego przegrywanie wszystkiego, co się da będzie dla nich nowością. Dla Magic, Rockets i Thunder, to będzie konsekwencja, ale też może się okazać, że już w tym roku jeden z tych zespołów opuści dół tabeli i awansuje o kilka miejsc.

Pisząc, że to działa też w drugą stronę, to będą też drużyny, które w grudniu, a na pewno już w styczniu, spojrzą na tabelę i stwierdzą „jesteśmy w środku, czy walka o play-in ma sens? A może wykonać większe ruchy i pozbyć się jednego czy dwóch dobrych graczy i wejść w tryb przebudowy”? Przebudowa nie zawsze oznacza spadek na koniec tabeli. Czasem wystarczy pozbyć się jednego lub dwóch zawodników, a potem reszta dzieje się już sama.

Dziś tylko Jae Crowder jest na jawnej liście transferowej. Nawet Westbrook jest w zawieszeniu. Wyobraźmy sobie jednak, że w styczniu kilka drużyn dochodzi do wniosku, że walka o play-in ich nie interesuje i że może trzeba spróbować innych rozwiązań? 

Brian Windhorst z ESPN uważa, że takim zespołem mogą być Chicago Bulls, którzy co prawda mają w składzie Zacha LaVine’a, DeMara DeRozana, Nikolę Vucevicia czy Alexa Caruso, ale Lonzo Ball musiał poddać się operacji kolana, a Atlanta Hawks i Cleveland Cavaliers latem pozyskali zawodników All Star (Dejounte Murraya i Donovana Mitchella). 

Gracze Bulls mają czasem problemy z kontuzjami, dlatego przy silniejszym Wschodzie, mocnych rywalach dookoła, może się okazać, że władze Byków zdecyduje się na odważne ruchy. Vucević za rok będzie wolnym agentem, albo trzeba przedłużyć z nim umowę, albo się go pozbyć i dostać coś w zamian. A jeśli znów znakomitego sezonu nie rozegra DeRozan, to też może trafić na rynek transferowy (ma 33 lata i kontrakt ważny na ten i następny sezon).

Takich zespołów, które w połowie rozgrywek stwierdzą, że skoro nie mają szanse na pierwszą szóstkę, to walka o 10-11. miejsce nie ma sensu, może być więcej. 

Oczywiście to też specyfika składu, jaki się posiada. Nawet jeśli z jakiegoś powodu Cavs nie będą wysoko, to wiadomo, że nie oddadzą żadnego ze swoich ważnych graczy (poza Kevinem Lovem, ale on nie jest jednym z liderów). Toronto Raptors będą mieli do oddania Pascala Siakama (jeśli sezon Raptors będzie rozczarowaniem).

To, czy ktoś się zdecyduje na oddanie dobrych zawodników w połowie sezonu zależeć będzie od wielu czynników, takich jak skład czy potencjał.

Wtedy też więcej drużyn może być chętnych na przejęcie wysokiego, ale krótkiego kontraktu Russella Westbrooka. Jeśli Bulls będą zawodzić to, kto wie czy na rynek nie trafi DeRozan. Jeśli dla New York Knicks nie będzie to lepszy sezon, to Julius Randle i jego jeszcze czteroletni kontrakt będzie aż się przeprosił o przejęcie. Chociaż akurat Randle Lakers niewiele pomoże, bo oni potrzebować będą strzelców – graczy na obwód.

Windhorst uważa, że Lakers czekają właśnie na taki moment, kiedy inni będą „chcieli się wyprzedawać„. Zakładają, że dołożą dwa wybory w Drafcie i uda się pozyskać kogoś naprawdę dobrego. To niekoniecznie muszą być Chicago Bulls, to może być zupełnie ktoś inny, ktoś kto nawet nie przychodzi nam dzisiaj do głowy, bo np. kontuzje pokrzyżują jego plany.

Zastanawialiście się, która drużyna w styczniu dojdzie do wniosku, że gra poniżej oczekiwań i zdecyduje się na radykalne ruchy? Macie swoje typy na to, który zespół może to stwierdzić? Może ktoś, kto dziś jest kompletnie nieoczywisty?

Więcej moich artykułów znajdziesz tutaj.

Michał Pacuda – http://twitter.com/Pacuda

Instagram – https://www.instagram.com/pacuda/