Wczorajszy pojedynek Charlotte Hornets z Golden State Warriors dostarczył kibicom mnóstwo emocji. O porażce Wojowników zadecydowała niezwykła sekwencja zdarzeń, których głównymi antybohaterami okazali się Stephen Curry, Kevon Looney i przede wszystkim Draymond Green.


Gdy na 28 sekund przed końcem meczu Warriors przegrywali z gospodarzami dwoma punktami, Kevon Looney spudłował dwa rzuty osobiste. W kolejnym posiadaniu, gdy zapędzony w kozi róg przez Draymonda Greena i Andre Iguadalę Terry Rozier niemal stracił piłkę, szczęśliwie dla Hornets sędziowie odgwizdali rzut sędziowski. Naprzeciw siebie stanęli mierzący 198 cm Green i o 13 centymetrów niższy Rozier. Ku zaskoczeniu wszystkich do piłki wyżej wyskoczył gracz Szerszeni i zbitą przez niego piłkę zebrali Hornets. Warriors musieli faulować, a wykorzystane przez uskrzydlonego pomyślną akcją Roziera osobiste zamknęły mecz. Przegrany przez Greena wyskok przesądził o losach meczu.

Druga w sezonie porażka Golden State Warriors po siedmiu kolejnych zwycięstwach z rzędu stała się faktem. Wyrównany przez większość czasu mecz padł łupem gospodarzy, a szczególny niesmak po wizycie w Karolinie Północnej może mieć główny antybohater najważniejszej akcji meczu Draymond Green.

Wina za porażkę nie leży wyłącznie po stronie Greena. Sprawy dwoma przestrzelonymi osobistymi skomplikował Looney, a część winy przypisać można również Curry’emu, który w ostatnich pięciu minutach meczu spudłował cztery rzuty z rzędu. Gdyby Steph wykorzystał chociaż jeden z nich, losy meczu mogły potoczyć się zupełnie inaczej.

Draymond Green wyjaśniał po meczu, że jego reakcja była opóźniona, gdyż sędzia David Guthrie tuż przed rzutem wciąż mówił. Green dodał jednak ze skruchą, że winę za porażkę bierze na siebie, bo wznowienie z dużo niższym rywalem powinien bezwzględnie wygrać.

W środę 17 listopada o godz. 21:00 zapraszamy na kolejny Podcast PROBASKET Live na YouTubeMichał Pacuda i Krzysztof Sendecki znów będą przez dwie godziny rozmawiać o NBA!