Tegoroczne play-offy NBA przynoszą ogromne emocje — ale coraz częściej mówi się o czymś zupełnie innym niż koszykówka. Przykład? Wprawdzie Minnesota Timberwolves odnieśli przekonujące zwycięstwo 112:96 nad Denver Nuggets w czwartym meczu pierwszej rundy, to jednak radość z wygranej została całkowicie przyćmiona przez kontuzję ich kluczowego obrońcy. Donte DiVincenzo już w pierwszych minutach, bez kontaktu z rywalem, zerwał ścięgno Achillesa i tym samym dołączył do bardzo niepokojącego trendu.
To, co początkowo mogło wydawać się tragicznym zbiegiem okoliczności, coraz częściej wygląda jak coś więcej niż przypadek. Donte DiVincenzo jest bowiem już czwartym zawodnikiem, licząc dwie ostatnie edycje fazy play-off, który padł ofiarą tej konkretnej kontuzji. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych przypadków – poza samą diagnozą – jest numer na koszulce. Jayson Tatum, Damian Lillard, Tyrese Haliburton, podobnie jak koszykarz Minnesota Timberwolves, w momencie odniesienia urazu występowali z numerem „0”.
Zjawisko to zyskało już miano „Klątwy Numeru 0”. Obiektywne prawdopodobieństwo, by czterej kolejni zawodnicy z tym samym numerem doznali tak poważnego urazu w trakcie najważniejszej części sezonu, jest drastycznie niskie, co wywołało już falę spekulacji wśród ekspertów i fanów. Jeden z tych ostatnich zauważył dosadnie: – Nie noś numeru 0, jeśli nie chcesz zerwać ścięgna Achillesa. Inny pisał jeszcze przed diagnozą: – Nie mówcie mi, że to kolejna kontuzja Achillesa. Numer 0 jest naprawdę przeklęty, co do cholery?
Mimo wszystko, do wyjaśnienia tego „fenomenu” nie trzeba zaprzęgać całej metafizycznej aparatury. Jakby nie patrzeć – nawet jeśli mało prawdopodobny – najpewniej wciąż jest to zbieg okoliczności. Choć medycyna sportowa stoi na najwyższym poziomie, urazy ścięgna Achillesa stają się w NBA coraz powszechniejsze, jednak ich korelacja z konkretnym numerem na trykocie budzi autentyczny lęk – stąd komentarze o „klątwie”.
Co ciekawe, w sezonie 2025-26 aż 26 koszykarzy zdecydowało się na to, by nosić na trykocie numer „0”, w tym tacy zawodnicy, jak Bradley Beal, Jonathan Kuminga czy Christian Braun. Niektórzy obserwatorzy z kolei z ulgą wspominają decyzję Russella Westbrooka, który zmienił swój numer, sugerując, że jego agresywny styl gry mógłby uczynić go kolejną ofiarą tego fatum. Wciąż są to jednak zbyt daleko idące wnioski.
Nie zmienia to jednak faktu, że cała sytuacja jest wyjątkowo poważna. Tym bardziej, że dotyczy graczy formatu All-Star. Haliburton doznał swojego urazu w najbardziej dramatycznych okolicznościach – w pierwszej kwarcie siódmego meczu zeszłorocznych Finałów NBA przeciwko Oklahoma City Thunder. Lillard zerwał ścięgno w pierwszej rundzie tych samych play-offów, co ostatecznie doprowadziło do jego odejścia z Milwaukee Bucks i powrotu do Portland Trail Blazers.
Wreszcie Tatum, który ucierpiał w 2025 roku, w meczu przeciwko New York Knicks. On akurat jest jedynym z tego grona, który zdołał już powrócić do pełni formy, notując w obecnych rozgrywkach imponujące średnie na poziomie 23 punktów i 10 zbiórek i prowadząc Boston Celtics do wyniku zdecydowanie powyżej oczekiwań w sezonie, który w założeniu miał być „przejściowym”. Wówczas wszystko jednak wskazywało na to, że JT będzie miał z głowy całą kampanię.
Dla DiVincenzo, który notował co najmniej solidne występy w tegorocznej pierwszej rundzie, tak poważna kontuzja oznacza koniec marzeń o dalszej grze w tym sezonie i początek wielomiesięcznej rehabilitacji. Historia jego poprzedników pokazuje jednak, że powrót na szczyt jest możliwy, choć okupiony ogromnym wysiłkiem. Przykładowo Lillard wciąż liczy na powrót jeszcze w tych play-offach, o ile, rzecz jasna, jego drużyna zdoła awansować do dalszej fazy rozgrywek, natomiast Haliburton planuje być gotowy na rozpoczęcie kolejnego sezonu.
W obliczu tych wydarzeń, środowisko NBA staje przed pytaniem: czy ta seria to jedynie statystyczny ewenement, czy może sygnał do głębszej analizy obciążeń, jakim poddawani są czołowi gracze ligi? Bez względu na to, czy wierzymy w klątwy, jedno jest pewne — kolejny zawodnik z „zerem” na plecach będzie teraz obserwowany uważniej niż kiedykolwiek. I to nie tylko przez rywali.

Czy wiesz, że PROBASKET ma swój kanał na WhatsAppie? Kliknij tutaj i dołącz do obserwowania go, by nie przegapić najnowszych informacji ze świata NBA! A może wolisz korzystać z Google News? Znajdziesz nas też tam, zapraszamy!











