Kingston Flemings przystępuje do Draftu NBA 2026 jako jeden z najciekawszych rozgrywających w swojej klasie. Po bardzo dobrym okresie przygotowań przed draftem w San Antonio 19-letni zawodnik Houston Cougars jest typowany nawet do wyboru w pierwszej dziesiątce. Flemings jest porównywany do De’Aarona Foxa ze względu na imponującą szybkość, pierwszy krok i umiejętność agresywnego atakowania obręczy. Sam zawodnik podkreśla jednak, że w jego grze najważniejsze są kreowanie pozycji kolegom, regularność oraz podejście zespołowe.
Tekst powstał na podstawie rozmowy przeprowadzonej przez SportsBoom. Cytaty i materiał wykorzystane za zgodą SportsBoom.
Jeden z najciekawszych rozgrywających w drafcie
Kingston Flemings jest jednym z czołowych prospektów Draftu NBA 2026, o których pisaliśmy tutaj. Mierzący 193 cm rozgrywający imponuje szybkością, dynamiką w ataku na obręcz i solidnym rzutem z półdystansu. Jest uznawany nie tylko za jednego z najlepszych obrońców w tej klasie, ale również za zawodnika, który może zostać wybrany w pierwszej dziesiątce. Kilka drużyn wybierających w tym zakresie draftu potrzebuje rozgrywającego, wokół którego można budować przyszłość.
Flemings przygotowuje się obecnie do momentu, w którym 23 czerwca podczas draftu usłyszy swoje nazwisko. Za nim są już kolejne etapy procesu przed draftem, w tym Draft Combine oraz indywidualne treningi dla klubów. – Było świetnie. Przygotowywałem się tutaj, w San Antonio, czyli tam, skąd pochodzę. Blisko rodziny, przyjaciół, z trenerami, z którymi pracowałem jeszcze w liceum i wcześniej – powiedział Flemings w indywidualnej rozmowie przeprowadzonej we współpracy z USAA.
– To był świetny czas. Miałem już kilka treningów, pięć workoutów tutaj, i jestem podekscytowany draftem. Po prostu każdego dnia dalej pracuję i staram się być lepszy – dodał.
Przyjaźń z De’Aaronem Foxem
Flemings jest bliskim znajomym De’Aarona Foxa, rozgrywającego San Antonio Spurs, który niedawno poprowadził drużynę do Finałów NBA. Sam Flemings pochodzi z okolic San Antonio, a porównania do Foxa pojawiają się przede wszystkim ze względu na ich szybki pierwszy krok i dynamikę w ataku na kosz.
Zapytany o najlepszą radę, jaką otrzymał od Foxa, Flemings odpowiedział, że chodzi przede wszystkim o regularność i konsekwencję. – Myślę, że chodzi po prostu o bycie konsekwentnym – powiedział Flemings.
– Pracuj dalej. Ludzie w internecie będą gadać, ale oni nie wiedzą, przez co przechodzisz. Nie wiedzą, ile pracy w to wkładasz. Dlatego naprawdę chodzi o to, żeby pozostać wiernym sobie i dalej robić swoje. Koniec końców wszyscy jesteśmy ludźmi. Trzeba po prostu wychodzić na parkiet, pracować i robić to, co kochamy – dodał.
Flemings przyznał również, że jego agent przekazał mu, iż powinien spodziewać się wyboru mniej więcej między czwartym a dziesiątym numerem draftu. W tym zakresie wybiera kilka drużyn, które mogą potrzebować rozgrywającego na lata. Wśród nich są m.in. Brooklyn Nets z szóstym numerem oraz Milwaukee Bucks z dziesiątym wyborem.
19-letni obrońca podkreśla, że dorastając, nie wzorował się tylko na jednym zawodniku. Inspirowało go wielu rozgrywających. – Patrzyłem na wielu obrońców – powiedział Flemings. – Derrick Rose, D’Aaron Fox, Tyrese Maxey, Cason Wallace. Myślę, że wszyscy ci zawodnicy są naprawdę dobrzy. Wielu z nich pochodzi z Teksasu. Bardzo podoba mi się to, jak wykorzystują szybkość. Nie są przesadnie dużymi rozgrywającymi, ale używają swojej dynamiki, żeby atakować obręcz, kreować dla kolegów i po prostu są świetnymi zawodnikami – dodał.
„Moim zadaniem jest ułatwiać życie innym”
W rozmowie z Flemingsem szybko widać, że jak na nastolatka, który ma za sobą tylko jeden sezon w NCAA w barwach Houston Cougars, jest zawodnikiem bardzo dojrzałym. Gdy został zapytany o swoją największą zaletę, nie wskazał konkretnej indywidualnej umiejętności. Zamiast tego wymienił cechę, która pomaga całej drużynie.
– Największa zaleta? Myślę, że znajdowanie kolegów i czytanie gry – powiedział Flemings. – Na pewno. To, jak widzę parkiet, jak atakuję obręcz i jak dzięki temu tworzę kąty do podań. To zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką robię – dodał.
Flemings podkreślił, że kiedy jest na parkiecie, w pierwszej kolejności myśli o tym, jak włączyć do gry kolegów i sprawić, żeby byli lepsi.
– Kiedy jestem na boisku, myślę, że moim zadaniem jako rozgrywającego jest ułatwiać życie wszystkim innym. Ściągnąć na siebie dwóch obrońców, żeby kolega miał łatwiejszą sytuację, gdy obrońca musi do niego doskakiwać, albo gdy łapie piłkę i od razu rzuca. Cokolwiek mogę zrobić, żeby to ułatwić. Myślę, że na tym polega praca rozgrywającego i właśnie na tym skupiam się w trakcie meczu. Czy chodzi o zdobywanie punktów, czy o ułatwianie życia kolegom, czy o podanie piłki w każdy możliwy sposób chcę to robić – powiedział Flemings.
Praca nad ciałem przed NBA
Flemings podczas NBA Draft Combine ważył 83kg. Przyznaje, że jednym z najważniejszych elementów jego pracy przed przejściem do NBA jest wzmocnienie ciała. Sam zawodnik uważa, że dojście do poziomu około 91kg, byłoby dobrym punktem wyjścia przy jego wzroście.
– Widzę, że na kolejnym poziomie moje ciało musi być silniejsze – powiedział Flemings.
– Wszyscy są tam silniejsi, wszyscy są więksi. To są dorośli mężczyźni. Muszę dalej stawać się silniejszy, żebym mógł być skuteczny w ataku i w obronie. Chcę używać ciała, dalej wykorzystywać barki, żeby przebijać się w ataku, a potem używać klatki piersiowej, żeby utrzymywać pozycję w obronie – dodał.
Od niedocenianego rekruta do zawodnika z pierwszej dziesiątki?
W historii Flemingsa ciekawy jest jednak nie tylko jego styl gry, ale też droga, którą przeszedł. Dziś mówi się o nim jako o jednym z najlepszych rozgrywających w drafcie i potencjalnym wyborze z pierwszej dziesiątki. Jeszcze niedawno nie był jednak nazwiskiem, które od początku sezonu pojawiało się na szczycie wszystkich prognoz.
Nie chodzi o to, że Flemings był anonimowy. Już w liceum uchodził za bardzo dobrego zawodnika, był wysoko oceniany w rankingach i miał oferty z mocnych programów uniwersyteckich. Różnica polegała raczej na skali rozgłosu. Nie był promowany tak intensywnie jak część największych nazwisk z rocznika i sam przyznawał, że nie zawsze miał taką ekspozycję, jak zawodnicy regularnie występujący w najbardziej prestiżowych młodzieżowych rozgrywkach.
– Nie byłem do końca pomijany w rekrutacji, ale po prostu nie byłem zbyt znany, bo nie grałem w takich ligach jak EYBL czy adidas – mówił Flemings w rozmowie w programie All The Smoke.
To sprawiło, że musiał przebijać się inaczej. Nie przez medialny szum, lecz przez codzienną pracę i rywalizację. W Houston, pod okiem wymagającego Kelvina Sampsona, trafił do programu, w którym niczego nie dostaje się za darmo. Każdy trening miał być dla niego okazją, by udowodnić, że należy do najlepszych.
W tej historii ważną rolę odegrał też jego ojciec. Flemings opowiadał, że jako strażak pracował na 24-godzinnych zmianach, a mimo to potrafił zabierać syna na treningi o 5:30 rano. To od niego miał usłyszeć zdanie, które dobrze tłumaczy jego podejście do gry.
– Mój tata zawsze powtarzał: „Nie mogą uciekać wiecznie” – wspominał Flemings.
Chodziło o prostą rzecz: jeśli ktoś jest wyżej notowany, bardziej znany albo częściej zapraszany na największe turnieje, to i tak w końcu trzeba będzie stanąć z nim na jednym parkiecie. Wtedy nie liczy się reputacja, tylko to, kto jest lepszy tu i teraz.
Dlatego jego awans w oczach skautów robi tak duże wrażenie. Flemings nie wszedł do NCAA jako gotowy produkt medialny, wokół którego od miesięcy budowano narrację przyszłej gwiazdy NBA. Wszedł jako utalentowany, ale wciąż niedoceniany zawodnik, który musiał szybko udowodnić, że jego gra przekłada się na najwyższy poziom akademicki.
I właśnie to zrobił. Po jednym sezonie w Houston nie jest już tylko ciekawym prospektem. Jest jednym z najbardziej dynamicznych obrońców w drafcie, zawodnikiem szybkim, z charakterem, instynktem do kreowania gry i mentalnością kogoś, kto przez lata musiał gonić bardziej rozpoznawalnych rywali.
W przypadku Flemingsa najciekawsze jest więc to, że jego historia nie pasuje do prostego schematu kolejnego wielkiego talentu. To raczej opowieść o zawodniku, który miał talent, ale musiał dołożyć do niego cierpliwość, pracę i odporność. Teraz, gdy NBA patrzy na niego zupełnie inaczej, można powiedzieć, że dogonił tych, którzy wcześniej byli przed nim. I chyba właśnie o to chodziło w słowach jego ojca: nie mogli uciekać wiecznie.









