Chicago Bulls po raz pierwszy od sezonu 2007-2008 nie awansowali do fazy play-off w NBA. Krytyka ze strony kibiców motywuje zarząd Bulls do poważnych zmian wewnątrz klubu. Zresztą –  jak to jest możliwe, że drużyna, która nie tak dawno była najlepsza w Konferencji Wschodniej, teraz nie gra chociażby w fazie play-off?


Dwudziestego ósmego marca ubiegłego roku, trener Chicago Tom Thibodeau został zwolniony ze swojej posady. W taki sposób zakończyła się pewna epoka zespołu Bulls. Thibodeau był trenerem, który w swoim debiutanckim sezonie został okrzyknięty szkoleniowcem roku. Trenerem, dzięki któremu Chicago Bulls dwa razy z rzędu wygrali Konferencję Wschodnią. Trenerem, który jest prawdziwym znawcą gry w obronie. Jednak Thibodeau nie został zwolniony z powodu złych wyników drużyny z Illinois, a przez konflikt z generalnym menadżerem Byków – Garem Formanem.

Fred Hoiberg, były koszykarz drużyny z Chicago i ex-trener uniwersyteckiej drużyny Iowa State, został ogłoszony nowym szkoleniowcem mistrzów NBA z sezonu 97/98. Zatrudnienie osoby bez doświadczenia w pracy w NBA było odważnym i bardzo ryzykownym krokiem, który kibice Chicago przyjęli z mieszanymi uczuciami. Chodziły słuchy, że Hoiberg jest wygodnym dla kierownictwa człowiekiem, gdyż można nim łatwo kierować – inaczej niż miało to miejsce podczas współpracy z Thibodeau.

Mecze przedsezonowe pokazały, że Hoiberg planuje zmienić i urozmaicać atak. Taki krok wydawał się dość logiczny, a przez wielu sympatyków Bulls, był on od pewnego czasu prognozowany. Przez ostatnie lata Chicago było jedną z najlepiej broniących ekip w NBA, jednak znacznie gorzej miała się ich sytuacja po drugiej stronie parkietu. Hoiberg miał przewagę nad Thibodeau – posiadał dwóch, bardzo groźnych zawodników obwodowych. Od najmłodszego MVP w dziejach, Derricka Rose’a, kontuzje trzymały się z daleka, dzięki czemu nowy trener ekipy z United Center mógł z niego korzystać przez cały sezon.  Tymczasem młody Jimmy Butler rozwijał się w błyskawicznym tempie, stając się powoli naturalnym liderem „Byków”.

Pierwszą połowę sezonu zasadniczego Chicago zakończyło  z bilansem 24-17, dzięki czemu Byki zajmowały pozycję w najlepszej czwórce Konferencji Wschodniej. Podopieczni Hoiberga grali efektywną koszykówkę: atak zawsze prowadził Rose albo Butler. Obrona radziła sobie nieźle, jednak nie była aż tak dobra jak za czasów Toma Thibodeau.

Chyba nikt wtedy nie mógł sobie nawet pomyśleć, że Bulls nie awansują do play-off. Jednak od początku 2016 roku zaczął się prawdziwy koszmar dla kibiców Byków. Zawodnicy ciągle łapali kolejne kontuzje: w styczniu Noah doznał urazu barku, który zakończył jego sezon; później Mirotić opuścił trzy tygodnie gry z powodu wycięcia wyrostka robaczkowego. Z kolei  na początku lutego, Butler uszkodził kolano w meczu z Nuggets i nie był zdolny grać przez blisko miesiąc.

Po kontuzji Joakima Noaha, ekipę Bulls trudno było poznać. Wiadomo, że Francuz to prawdziwe serce drużyny z Illinois, człowiek, który swymi emocjami i pasją motywuje kolegów i straszy rywali. Natomiast nikt chyba nie oczekiwał, że jego nieobecność aż tak wpłynie na grę zespołu. Z powodu braku Joakima, drużyna Byków straciła nie tylko charakter, ale też wolę zwycięstwa. Nie dość, że podopieczni Hoiberga zaczęli przegrywać grę na tablicach, to nieobecność Noah spowodowała także dziurę w obronie ekipy z United Center. Poza tym, jego brak uwydatnił wszystkie wady gry Pau Gasola. Bez Francuza, Pau niesamowicie męczył się na bronionej połowie, niekiedy pokazując nawet brak jakiejkolwiek chęci obrony.

Jak już było powiedziane, razem z kontuzją Noaha, Chicago straciło również swój charakter. Tylko w meczach z mocnymi rywalami – jak np.: Cleveland Cavaliers, Toronto Raptors czy Golden State Warriors – Bulls wyraźnie walczyli o zwycięstwo. W spotkaniach z równymi albo słabszymi przeciwnikami, podopieczni Hoiberga grali bez motywacji, jakby wyszli rozegrać sparing. Kontuzja jednego ważnego zawodnika nie może być wymówką. A priori jest to wina trenera, który tak czy inaczej musiał znaleźć motywację dla swoich koszykarzy.

Być może przyczyna takiej gry jest związana z zupełnie innymi, kompletnie przeciwnymi sposobami kierowania zespołem. Podczas meczów, Thibodeau zawsze dawał swoim podopiecznym wskazówki, krzyczał i trzymał dyscyplinę, będąc prawie „dyktatorem” dla swojej drużyny. Hoiberg daje graczom większą swobodę, jednak w przypadku słabej gry, 43-letni Amerykanin nie może sobie poradzić. Nie wie, co powiedzieć swoim zawodnikom, aby ich zmotywować do lepszej gry. Właśnie tutaj widać różnicę między trenerem studentów, a szkoleniowcem dorosłych koszykarzy.

Kolejnym problemem Bulls w obecnym sezonie była bardzo słaba komunikacja pomiędzy Rosem a Butlerem.  Uważam, że potencjał tej pary nie jest mniejszy od duetu Stephen Curry  Klay Thompson, jednak Rose i Butler razem grają zdecydowanie gorzej. Jest to o tyle dziwne, że osobno, każdy z nich mógłby być motorem napędowym dla niejednej drużyny NBA. Najlepszym przykładem może być jeden z ostatnich meczów w sezonie Bulls z Memphis Grizzlies. Obaj koszykarze byli zdrowi i prawie cały mecz grali obok siebie. Ostatecznie, Rose zdobył 12, a Butler zaledwie 5 punktów.

Wszystkie problemy były widoczne jeszcze przed końcem sezonu. Niemniej, Bulls mieli wtedy szanse, żeby awansować do fazy play-off. Mimo posiadania lepszego kalendarza ostatnich spotkań niż przeciwnicy, Byki zaprzepaściły szansę na awans do kolejnej rundy. Chicago najpierw przegrało z  Czarodziejami z Washington, później back-to-back z Knicks, a po porażce z kolejną przeciętną ekipą, Orlando Magic, straciły ostatnią premiowaną awansem pozycję w tabeli. Jak się później okazało, do końca sezonu Bykom nie udało się już powrócić do czołowej ósemki.

Taka końcówka sezonu pokazała prawdziwe oblicze drużyny Hoiberga. Na razie to zespół bez charakteru, który jest słaby w obronie i nie wie, co robić w ataku bez Rose’a i Butlera. Winę za to ponosi nie tyle trener, co kierownictwo klubu, które podjęło decyzję o jego zatrudnieniu.  Kontuzje nie mogą być wymówką, zwłaszcza patrząc na plagę urazów, jaka miała miejsce w drużynie Chicago za czasów Thibodeau. Mimo problemów, tamta drużyna potrafiła awansować do fazy play-off. Tego samego nie może powiedzieć obecny zespół Bulls.

Warto zaznaczyć, że po zakończeniu sezonu, właściciel Chicago Bulls – Jerry Reinsdorf – powiedział, że całkowicie ufa Gary’emu Formanowi i Fredowi Hoibergowi. Ciąg dalszy nastąpi…

Autor: Ihor Moroz

[social title=”Facebook Ihora” subtitle=”” link=”https://www.facebook.com/profile.php?id=100010377491541&fref=hovercard” icon=”fa-facebook”]

[social title=”Obserwuj PROBASKET” subtitle=”” link=”https://twitter.com/probasketpl” icon=”fa-twitter”]

Green: Bez Curry’ego nie jest tak samo


Subscribe
Powiadom o
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Bryan
Bryan
29 kwietnia 2016 18:18

Przecież rok temu Tibs został zwolniony w maju a nie w marcu 🙂 w playoffs jeszcze był z nimi.

Bebok
Bebok
29 kwietnia 2016 20:50

co zrobić ? wywalić trenera ! wywalić rose ! a drużyne budować wokół jedynego lidera : Butlera !

Bartek
Bartek
29 kwietnia 2016 23:18

Rose i Butler mają potencjał taki jak Curry i Thompson? Boże, co za brednie.

Kuba
Kuba
30 kwietnia 2016 10:56

Z tym potencjałem to przewrotnie zgoda.Zmasakrowany kontuzjami Rose z ciągle wielkim ego jest dziś karykaturą siebie sprzed lat i nie równa się dziś z Currym.Z kolei Thompson,który sam siebie określił jako najlepszy SG w lidze jest bardzo przeciętnym zawodnikiem,którego szczęściem jest bycie elementem GSW i jest bardzo,bardzo daleko za Butlerem.Patrząc na Butlera to albo wokół niego należy budować rotację albo dać mu odejść.Sądzę że gdyby nie wyrównanie oferty przez CHI przed bieżącym sezonem to zawinąkby się już tok temu.