LeBron James, Stephen Curry i Kevin Durant jeszcze raz w jednej drużynie? To byłby super Dream Team XXI wieku. A może nowa kadra zbudowana wokół Anthony’ego Edwardsa, Jalena Brunsona i Coopera Flagga? Do Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles pozostały dwa lata, ale Amerykanie już wkrótce muszą obrać kierunek w jakim pójdzie budowa składu. Dziś nie wystarczy jak w 1992 roku w Barcelonie wybrać dwunastu najlepszych i być pewnym zwycięstwa. USA potrzebują drużyny, która będzie w stanie zatrzymać Francję i Victora Wembanyamę.
Oficjalnej kadry oczywiście jeszcze nie ma, ale jest trener. Będzie nim Erik Spoelstra z Miami Heat, który wcześniej poprowadzi reprezentację USA podczas Mistrzostw Świata w 2027 roku, a potem będzie dowodził gwiazdami NBA podczas Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles. Jego asystentami będą J.B. Bickerstaff, Mark Daigneault i Mark Few.
W NBA dwa lata to wieczność, ale USA Basketball nie może czekać z najważniejszymi decyzjami do ostatniej chwili. Wakacje to dobry moment, żeby wrócić do tego tematu. Stacja ESPN przypomniała swoje prognozy sprzed kilku miesięcy, co do składu przeanalizowała możliwe scenariusze. Akcje niektórych zawodników wyraźnie wzrosły po tegorocznych play-offach.
Brunson przed Mitchellem?
Najmocniej wzrosły notowania Jalena Brunsona. Nie znalazł się w pierwszej prognozie ESPN, ale po mistrzostwie Knicks i zdobyciu nagrody MVP finałów trudno dziś wyobrazić sobie dyskusję o kadrze USA bez jego nazwiska.
Brunson daje Amerykanom coś, czego będą potrzebowali po zakończeniu reprezentacyjnej ery LeBrona Jamesa, Stephena Curry’ego i Kevina Duranta. Potrafi uspokoić grę, zdobywać punkty w końcówkach i tworzyć sobie pozycje wtedy, gdy przestają działać przygotowane zagrywki.
Ma również doświadczenie w reprezentacji. W 2023 roku zmienił termin ślubu, żeby wystąpić na mistrzostwach świata. To oczywiście nie gwarantuje miejsca w kadrze, ale dla USA Basketball gotowość do gry i wcześniejsze zaangażowanie zawsze miały znaczenie.
Brunson może dziś wyprzedzać Donovana Mitchella w walce o miejsce pierwszej jedynki, ale Mitchell pozostaje znakomitym koszykarzem i dotarł z Cavaliers do finału konferencji.
W przypadku Brunsona i Mitchella problemem jest to, że są to podobni do siebie zawodnicy. Obaj potrzebują piłki w rękach, nie są wysocy, nie są zaliczani do wybitnych obrońców i najlepiej czują się w roli głównych kreatorów. Przy dwunastoosobowym składzie Amerykanie mogą uznać, że nie uda im się pomieścić ich obu.
Nie wystarczy zebrać gwiazdy
Igrzyska w Paryżu pokazały, że Team USA potrzebuje nie tylko strzelców. Devin Booker zaakceptował mniejszą rolę, Jrue Holiday brał na siebie najtrudniejsze zadania w obronie, a Derrick White miał go w tym wspierać. Dlatego nie zdziwmy się, jeśli obok największych gwiazd NBA na igrzyskach w Los Angeles zobaczymy na przykład Scottiego Barnesa i Jadena McDanielsa.
Barnes daje wszechstronność. Może bronić na kilku pozycjach, zbierać, rozpoczynać szybki atak i pomagać w rozegraniu. Nie potrzebuje również dwudziestu rzutów, żeby mieć wpływ na mecz. W turnieju, w którym zawodnik przyzwyczajony do roli gwiazdy może nagle dostać kilkanaście minut, to ogromna zaleta.
McDaniels pasuje do jeszcze bardziej konkretnego zadania. Może bronić najlepszego obwodowego zawodnika rywali i nie zabierać piłki liderom swojej drużyny. W poprzednim sezonie trafił 41% rzutów za trzy, a w play-offach dostawał zadania związane między innymi z pilnowaniem Jamala Murraya czy De’Aarona Foxa. W tym roku może się okazać jeszcze lepszym graczem i jeszcze bardziej docenianym defensorem.
Jeżeli Anthony Edwards ma pewne miejsce w kadrze, to wspólna gra z McDanielsem w Timberwolves może mieć spore znaczenie. W reprezentacji, która ma tylko kilka tygodni na przygotowania, każda znajomość i relacja jest wartością.
W górę poszły też notowania Bama Adebayo. Pomogły mu problemy zdrowotne Joela Embiida i Anthony’ego Davisa, ale jego kandydatura nie opiera się wyłącznie na słabości konkurencji. Adebayo zdobywał już złote medale w Tokio i Paryżu. Potrafi bronić wysoko, przejmować niższych zawodników po zmianach krycia i podejmować decyzje z piłką. Sam nie zatrzyma Wembanyamy, ale może pozwolić Spoelstrze zmieniać sposób obrony bez dokonywania zmian w składzie.
Wembanyama zmienia kryteria wyboru
Francja zdobyła srebrne medale na dwóch ostatnich turniejach olimpijskich. W Los Angeles Wembanyama będzie miał 24 lata i na pewno będzie jeszcze lepszy niż obecnie. Będzie nie tylko niezwykle wysokim środkowym. On już teraz potrafi atakować z obwodu, rzucać za trzy, kończyć akcje nad obręczą i blokować rzuty, do których większość środkowych nie zdążyłaby nawet wyskoczyć.
Przepisy FIBA dodatkowo zwiększają jego przewagę. Nie obowiązuje w nich zasada trzech sekund w obronie, która jest w NBA. To niewielka różnica na papierze, ale w grze ma ona ogromne znaczenie. Wysoki zawodnik może dłużej pozostawać blisko kosza, a po dotknięciu piłki obręczy może ją legalnie zbić! Dla gracza o zasięgu Wembanyamy są to wymarzone warunki.
Team USA nie znajdzie jednego zawodnika, który go zatrzyma. Potrzebuje raczej kilku różnych odpowiedzi: sprawnego środkowego, gracza zdolnego przeciwstawić mu się fizycznie oraz ustawienia z pięcioma zawodnikami rozciągającymi grę. Dlatego też tak dokładnie analizowane będą kolejne sezony Cheta Holmgrena.
Holmgren miał bardzo dobry sezon i nadal jest jednym z najbardziej utalentowanych amerykańskich wysokich. W finale Konferencji Zachodniej przeciwko Spurs zdobywał jednak tylko 10,7 punktu na mecz, podczas gdy w dwóch wcześniejszych rundach notował średnio 18,6 punktu.
To nie przekreśla jego szans. Do igrzysk pozostały dwa lata. To pokazuje jednak, że USA Basketball nie może automatycznie uznać Holmgrena za gotową odpowiedź na Wembanyamę.
Jeszcze bardziej stracił Jalen Duren. W play-offach zdobywał średnio o 9,3 punktu mniej niż w sezonie zasadniczym, a momentami wyglądał bardzo pasywnie. W pierwszej prognozie ESPN zajmował ostatnie miejsce przeznaczone dla środkowego. Dziś prawdopodobnie by go nie utrzymał.
Jeśli Holmgren i Duren nie rozwieją wątpliwości, otworzy się droga dla Evana Mobleya, Donovana Clingana, Jarretta Allena czy Walkera Kesslera. Nie wszyscy są lepszymi zawodnikami NBA. Mogą jednak lepiej pasować do konkretnego zadania.
Knueppel i White też stracili
W dół poszły również notowania Kona Knueppela. Jego rzut za trzy teoretycznie idealnie pasuje do międzynarodowej koszykówki. Jeszcze w lutym można było traktować go jako niespodziewanego kandydata do kadry, ale słabsza końcówka sezonu sprawiła, że na razie wypadł z pierwszego szeregu. W 2028 roku będzie miał jednak dopiero 22 lata. W jego przypadku nie jest to zamknięcie drogi, lecz przypomnienie, jak duża będzie konkurencja na obwodzie.
Nikłe szanse ma też chyba Derrick White. Mistrz olimpijski z Paryża nadal świetnie broni, ale w poprzednim sezonie trafił tylko 39 proc. rzutów z gry, a podczas igrzysk w Los Angeles będzie miał 34 lata. Jeśli Amerykanie będą szukali specjalisty od obrony na obwodzie, mogą postawić na młodszego i większego McDanielsa, Amena Thompsona albo Stephona Castle’a. White doskonale zna swoją rolę, ale tym razem samo doświadczenie może nie wystarczyć. McDaniels wydaje się tu faworytem nie tylko z uwagi na swoje atuty defensywne, ale też, że łączy obronę z bardzo skutecznym rzutem z dystansu.
Dylan Harper i ostatnia szansa LeBrona
Najciekawszym nazwiskiem z kategorii chyba „jeszcze nie teraz, ale trzeba go obserwować” jest Dylan Harper. W 2028 roku będzie miał 22 lata, a konkurencja wśród rozgrywających i rzucających obrońców może być największa w całej kadrze.
Harper nie jest więc dziś jednym z faworytów, ale jego debiutanckie play-offy i droga Spurs do finału NBA sprawiły, że nie można już całkowicie pomijać jego kandydatury. Kolejne dwa sezony pokażą, czy jest tylko niezwykle utalentowanym młodym zawodnikiem, czy już koszykarzem gotowym pomagać w walce o olimpijskie złoto.
W zupełnie innym miejscu znajduje się LeBron James. Sam wcześniej żartował, że igrzyska w Los Angeles obejrzy z Cabo. Jeśli jednak wypełni dwuletni kontrakt z Philadelphia 76ers, będzie grał jeszcze dwa sezony, to ostatni mecz zagra w kwietniu, maju lub czerwcu 2028 roku, a więc może nawet zaledwie miesiąc przed rozpoczęciem olimpijskiego turnieju.
James będzie miał już wtedy 43 lata. Byłby to jego piąty występ na igrzyskach. Wydaje się to być prawdopodobne, ale nie brzmi też całkowicie absurdalnie. Zwłaszcza że turniej zostanie rozegrany w Los Angeles, gdzie spędził ważną część swojej kariery. Kluczem może być jego zdrowie i forma. Dziś ma 41 lat, ale rocznikowo 42. Dwa lata w tym wieku to może być przepaść.
Mistrzostwa świata będą pierwszą selekcją
Pierwszym prawdziwym sprawdzianem dla kandydatów będą mistrzostwa świata w Katarze w 2027 roku. USA Basketball oficjalnie potwierdziło, że obok Spoelstry w sztabie znajdą się Bickerstaff, Daigneault i Few. To właśnie oni będą sprawdzać, kto akceptuje mniejszą rolę, potrafi dostosować się do przepisów FIBA i pasuje do pozostałych zawodników.
Dobry występ na mistrzostwach świata nie zagwarantuje oczywiście wyjazdu do Los Angeles, ale może go przybliżyć. Z kadry występującej na mundialu w 2023 roku tylko Anthony Edwards i Tyrese Haliburton znaleźli się rok później w składzie olimpijskim.
Turniej w Katarze może jednak pomóc zbudować relacje i hierarchię, których nie da się stworzyć podczas kilkunastu treningów przed igrzyskami.
Ostatni wielki Dream Team?
Igrzyska w Los Angeles aż proszą się o stworzenie kolejnego wielkiego Dream Teamu. Turniej zostanie rozegrany w Stanach Zjednoczonych, więc prestiż, zainteresowanie i presja będą ogromne. Dla największych amerykańskich gwiazd może to być ostatnia szansa, żeby wystąpić razem przed własną publicznością.
Stephen Curry będzie miał wtedy 40 lat, Kevin Durant 39, a LeBron James 43. Jeżeli wszyscy nadal będą grali w NBA i zgłoszą gotowość do występu, to USA Basketball znajdzie się w bardzo trudnym położeniu.
Odrzucenie takich legend byłoby bardzo ryzykowne wizerunkowo. Zabranie ich wszystkich może natomiast utrudnić budowę zespołu gotowego grać z odpowiednią intensywnością przez cały turniej.
Amerykanie muszą zdecydować, w którą stronę pójść. Czy igrzyska w Los Angeles mają być wielkim pożegnaniem pokolenia LeBrona, Curry’ego i Duranta? Czy początkiem nowej reprezentacji budowanej wokół Edwardsa, Brunsona, Tatuma, Cunninghama i Flagga?
A może udałoby się połączyć oba te pomysły?
W 1992 roku do Barcelony można było wysłać największe gwiazdy NBA i założyć, że ogromna przewaga talentu załatwi resztę. To był jednak zupełnie inny świat. Amerykanie byli sto razy lepsi od pozostałych krajów, a obcokrajowiec w NBA był ewenementem. Dziś światowa koszykówka wygląda zupełnie inaczej. Ostatnim MVP sezonu zasadniczego NBA, który był Amerykaninem był James Harden w 2018 roku (jeśli nie liczymy Joela Embiida, chociaż ten ostatnio dostał też paszport USA i był z zespołem na igrzyskach w Paryżu). W każdym razie NBA oraz siła Amerykanów w ostatnich 30 latach bardzo się zmieniła. Francja, Serbia, Kanada czy Niemcy mają znakomitych zawodników i gotowe systemy oraz znacznie większe doświadczenie we wspólnej grze.
Nie wystarczy więc zebrać dwunastu znanych nazwisk i liczyć, że „jakoś się to poukłada„. Ktoś musi pilnować najlepszych obwodowych. Ktoś musi trafiać bez dotykania piłki przez kilka kolejnych akcji. Ktoś musi walczyć z Wembanyamą. Ktoś musi uspokoić grę w końcówce. Ktoś musi też zaakceptować, że jednego dnia zagra 25 minut, a następnego pięć i ktoś musi być „pewniakiem” z dystansu, kiedy rywal spróbuje stanąć strefą.
Do dziś pamiętam jak pojechałem do Niemiec na sparing reprezentacji Stanów Zjednoczonych w 2004 roku tuż przed Igrzyskami w Atenach. Amerykanie wygrali oba mecze, ale z dużymi problemami. Kiedy pytałem Carlosa Boozera czy nie martwi się o różnicę w przepisach, zaśmiał się i przypomniał o gwiazdach, które mają w składzie. Wymienił LeBrona Jamesa, Carmelo Anthony’ego, Allena Iversona, Dwyane’a Wade’a, Stephon Marbury i Tima Duncana. Podjąłem nawet próbę dyskusji przypominając mu różnicę w gwizdaniu (interpretowaniu) błędu kroków, czy zasadzie braku błędu trzech sekund w obronie. Machnął ręką i powiedział, żebym się martwił. To było przed tymi sparingami w Kolonii, w których (ku zdziwieniu wszystkich w Team USA) kilka razy odgwizdano jego kolegom kroki. Potem też widziałem jak ogromnym problemem była dla nich strefa lub zacieśnianie defensywy, które w NBA jest niedozwolone lub dużo trudniejsze.
Od lat trwa dyskusja czy FIBA i NBA nie powinny ujednolicić przepisów. Obie organizacje mogłyby czerpać od drugiej, a skorzystalibyśmy na tym my – kibice.
Wracając jeszcze do młodych gwiazd NBA i reprezentacji USA z 2004 roku. Mało kto dziś pamięta, że w grupie Amerykanie przegrali dwa mecze i zajęli dopiero 4. miejsce na sześć drużyn. W ćwierćfinale wygrali z najlepszym zespołem drugiej grupy – Hiszpanią, ale w półfinale musieli uznać wyższość późniejszych mistrzów – Argentyny. W meczu o brąz wygrali z Litwą, ale do dziś żaden z zawodników nie chce pamiętać o tym turnieju. Dla Amerykanów, którzy mieli zdominować i zachwycać był to turniej upokarzający, którego się po prostu wstydzą. Dlatego też cztery lata później do LeBrona i Carmelo dołączyli Kobe Bryant, Dwight Howard, Jason Kidd i Chris Paul. Amerykanie nie przegrali żadnego meczu i sięgnęli po złoto.
Mając świadomość, że Francja będzie za dwa lata bardzo mocna reprezentacja USA musi się bardzo dobrze przygotować do tego turnieju. Pierwszym krokiem będzie odpowiednia selekcja i strategia. Celem i zarazem wzywaniem, nie będzie zbudowanie najbardziej efektownej kadry w historii, ale stworzenie prawdziwej drużyny, która udźwignie oczekiwania i zdobędzie złoto przed własną publicznością.
USA Basketball nie będzie więc wybierało dwunastu najlepszych koszykarzy. Nie skupi się na gwiazdach i samych nazwiskach. Ten błąd popełnili już kilka razy w ostatnich 30 latach. Będą szukać dwunastu zawodników, którzy najlepiej zagrają razem i znajdą odpowiedź na Victora Wembanyamę.
A Ty kogo byś widział w reprezentacji USA za dwa lata na Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles? Ostatni taniec LeBrona, Curry’ego i Duranta? Czy może jednak młode gwiazdy wspierane przez doświadczonych graczy?
Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, to poleć go proszę znajomym. Znajdziesz mnie na Twitterze oraz Instagramie, a więcej moich artykułów jest tutaj.
Zachęcam też do przeczytania wywiadu ze mną, który ukazał się na portalu pracasport.pl. Opowiadam w nim o historii PROBASKETU, który w tym roku skończył 25 lat oraz o tym jak działamy i jak to możliwe, że udało nam się przetrwać.










