Golden State Warriors próbowali przekonać LeBrona Jamesa, żeby przed końcem kariery zagrał jeszcze u boku Stephena Curry’ego. Nie udało się, a Warriors stanęli przed trudną decyzją: ile są w stanie poświęcić z przyszłości klubu, żeby dać Curry’emu jeszcze jedną, niepewną szansę na mistrzostwo już teraz.
Poprzedni sezon Golden State Warriors zamknęli bilansem 37-45 oraz bez gry w playoffach, Musieli również podjąć bardzo ważną decyzję: oddać ostatnie dostępne wybory draftowe i kontrakt Jimmy’ego Butlera za odważny, drogi transfer, albo zachować to, co mają, i nie budować drużyny na skróty. Po nieudanej próbie ściągnięcia LeBrona Jamesa do San Francisco wybrali tę drugą drogę, a Steve Kerr w rozmowie z Anthonym Slaterem z ESPN tłumaczył to spokojnie – klub musi znać swoje miejsce w lidze, patrzeć dalej niż jeden sezon i czasem uznać, że brak ruchu jest najlepszym możliwym ruchem.
Draymond Green podpisał z Warriors umowę na rok, wartą 27,7 miliona dolarów. To niemal dokładnie tyle, ile wcześniej odłożył na bok, żeby dać klubowi miejsce na większy ruch na rynku transferowym. Ten ruch się nie wydarzył, a Golden State Warriors wróciło do punktu, z którego zaczynało latem, tylko że teraz goni ich czas. Latem 2027 wygasają kontrakty Curry’ego, Butlera i Greena, warte razem około 147,1 miliona dolarów (62,6 mln dla Curry’ego, 56,8 mln dla Butlera, 27,7 mln dla Greena). Kristaps Porziņģis formalnie zostaje na kolejny rok, ale jak podaje „San Francisco Chronicle”, z jego kontraktu na sezon 2027/28 gwarantowane są tylko 3 miliony dolarów.
Warriors zostawili sobie furtkę do naprawdę głębokiej przebudowy, gdyby Curry zdecydował się odejść, zakończyć karierę albo zażądać innych warunków. Mają też opcję ułożenia zespołu wokół niego od nowa, jeśli będzie chciał grać dalej. Cała ta elastyczność ma jednak swoją cenę, którą drużyna prawdopodobnie zapłaci w tym sezonie.
To nie jest też tak, że GSW zostało bez dobrych zawodników. Green pozostaje jednym z najlepszych obrońców w lidze, Butler może być drugim kreatorem gry, a Porziņģis z Alem Horfordem mają dać zespołowi rzuty, których brakowało mu w poprzednich sezonach. Do tego dochodzi Yaxel Lendeborg, który zdążył zaimponować w Summer League i którego Warriors traktują jako element budowany właśnie z myślą o 2027 roku. Żadne z tych nazwisk nie daje jednak gwarancji na sukces. Butler i Green są już po trzydziestce, Curry ma 38 lat, Horford 40, a miniony sezon boleśnie pokazał, że w dzisiejszej lidze samo nazwisko na koszulce nie wystarcza, jeśli zdrowie i forma nie idą z nim w parze. Warriors potrzebowali jednocześnie sprawnego składu i dwóch naprawdę dobrych miesięcy od swojego lidera, a nie dostali ani jednego, ani drugiego w takim stopniu, w jakim liczyli. Gdyby latem postawili wszystko na jedną kartę i oddali przyszłe wybory draftowe za gwiazdę, mogliby zwiększyć swoje szanse na ten jeden konkretny sezon, ale równie dobrze mogliby zostać z bardzo wiekowym składem i bez żadnego pomysłu na przyszłość po Currym. Uznano zatem, że to ryzyko jest zbyt duże.
Cały ten plan ma jednak sens tylko przy jednym założeniu – że Warriors dokładnie wiedzą, czego oczekują od sezonu 2026/27. Jeśli ich celem jest po prostu powrót do play-in, rezygnacja z dużego transferu będzie wyglądała jak zmarnowanie kolejnego roku kariery Curry’ego. Jeśli natomiast klub rzeczywiście wierzy, że Lendeborg, Podziemski i garstka młodszych zawodników mogą uzupełnić zdrowych weteranów na tyle, by powalczyć o coś więcej, wciąż mają szansę zrobić to bez wyprzedaży.










