Kolejna noc pełna emocji za nami. W najciekawiej zapowiadającym się pojedynku Golden State Warriors zdemolowali Chicago Bulls, już w pierwszej połowie odskakując na ponad 30 punktów. Byki w czwartej minucie meczu straciły jednak Zacha Lavine’a. W innym meczu na szczycie Philadelphia 76ers bez problemów pokonali Boston Celtics. Na Florydzie do końca ważyły się losy starcia Miami Heat – Atlanta Hawks. W końcówce zimną krew zachował jednak Jimmy Butler, dzięki czemu gospodarze zdołali odrobić straty i odnieść czwarte z rzędu zwycięstwo.

Indiana Pacers – Phoenix Suns 94:112

Statystyki

  • Obie ekipy spotkały się w tym sezonie po raz pierwszy. Po piętach Phoenix Suns stale depczą Golden State Warriors, a starcie z Indiana Pacers, którzy przegrali 8 z 9 ostatnich pojedynków, było doskonałą okazją, by poprawić swój bilans.
  • Przyjezdni nieco lepiej weszli w mecz i od początku utrzymywali skromne prowadzenie. Dobrze radzili sobie Deandre Ayton i Devin Booker, ale gospodarze, głównie za sprawą Justina Holidaya i Torreya Craiga, trzymali rękę na pulsie i stale utrzymywali swój zespół w zasięgu kilku posiadań (19:23). W drugiej kwarcie obraz gry wyglądał podobnie. Dopiero seria 8:0 w wykonaniu Słońc na zakończenie odsłony pozwoliła im odskoczyć z wynikiem (38:46).
  • Po przerwie wydawało się, że losy spotkania rozstrzygną się momentalnie. Trzy kolejne trafienia Aytona i Bookera sprawiły, że przewaga Phoenix wzrosła do 14 oczek. Na wysokości zadania stanęli jednak wspomniany już Holiday oraz Caris LeVert. Duet ten zdobył w trzeciej „ćwiartce” łącznie 23 punkty i Pacers odrobili straty (66:66).
  • Czwarta kwarta to już jednak całkowita deklasacja. Gospodarze pudłowali rzut za rzutem, trafiając w ostatniej części jedynie 6 z 22 prób z gry, w tym 2 z 14 za trzy. Do bólu skuteczny był natomiast Chris Paul (5/6), którego wspierali głównie Jae Crowder (2/2), Cameron Payne (2/3) i Landry Shamet (2/2). Przewaga podopiecznych Monty’ego Williamsa momentalnie wzrosła (78:96), co rozstrzygnęło kwestię końcowego rezultatu już na ponad 8 minut przed końcową syreną.
  • Pomimo kiepskiej ostatniej kwarty (1 punkt) Devin Booker był dziś najlepszym punktującym po stronie Suns. Obrońca zdobył 35 punktów, 4 zbiórki i 3 asysty, trafiając 6 z 13 rzutów za trzy. Double-double popisał się Deandre Ayton (27 punktów, 12 zbiórek), bliscy byli natomiast Chris Paul (12 punktów, 9 asyst) oraz Jae Crowder (8 punktów, 11 zbiórek). Wchodzący z ławki Cam Payne dołożył 11 oczek.
  • – Mówiąc szczerze, chciałem być dziś agresywny. W pierwszej kwarcie Deandre [Ayton] dominował. Wiedziałem, że stworzy okazje dla innych. [Pacers] sprawili, że był to wyrównany mecz. Kiedy zacząłem się rozpędzać, wydaję mi się, że był remis. Chciałem narzucić im moją energię – mówił po meczu Booker.
  • Po stronie Pacers wyróżniali się przede wszystkim Justin Holiday (25 pkt), Domantas Sabonis (14 punktów, 14 zbiórek, 6 asyst) oraz Caris LeVert (20 punktów, 9 asyst). Co ciekawe, tylko jeden z zawodników gospodarzy zakończył mecz z dodatnim wskaźnikiem +/-. Był to Chris Duarte, zdobywca 7 oczek, 3 zbiórek i 2 przechwytów (+7).

Detroit Pistons – Toronto Raptors 103:87

Statystyki

Philadelphia 76ers – Boston Celtics 111:99

Statystyki

  • Boston Celtics wciąż balansują na krawędzi pomiędzy lokatą gwarantującą udział w turnieju play-in a miejscem poza pierwszą dziesiątką konferencji wschodniej. Każde zwycięstwo jest dla nich zatem na wagę złota, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, iż formę odzyskują ich bezpośredni rywale – New York Knicks. Ekipa z Wielkiego Jabłka wygrała 4 z 5 ostatnich spotkań.
  • Podopieczni Ume Udoki fatalnie weszli jednak w ten mecz i kompletnie nie radzili sobie w ofensywie. Rzut za rzutem pudłował Jaylen Brown, nieskuteczny był też Jayson Tatum, co przy dobrej dyspozycji zawodników Sixers pozwoliło im na imponującą serię 28:2. Kłopoty ze skutecznością miał co prawda Joel Embiid, ale wspierali go Tyrexe Maxey, Seth Curry i Tobias Harris. Gospodarze odskoczyli na 20 oczek i cieszyli się komfortowym prowadzeniem.
  • Pierwsza odsłona w dużej mierze ustawiła to, w jaki sposób wyglądać będzie pozostała część meczu. W drugiej kwarcie Celtics wciąż nie mogli odnaleźć drogi do kosza. Zarówno Tatum, jak i Brown trafili przed przerwą tylko 2 z 10 prób z gry. Dennis Schroder dołożył od siebie 0/4. Philadelphia 76ers nie zwalniali z kolei tempa i stale utrzymywali bezpieczny dystans (55:33).
  • W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Philadelphia wciąż dominowała, choć wyższy bieg wrzucili w końcu Tatum i Brown. Bezpiecznego dystansu pomiędzy drużynami pilnowali jednak Embiid i Maxey, dzięki czemu sympatycy 76ers nie mieli tego wieczoru wielu powodów do zmartwień (83:66). Goście z Bostonu zdołali zmniejszyć przewagę, dopiero kiedy na parkiecie pojawili się gracze drugiego garnituru. Zaimponował wówczas Aaron Nesmith, który w 9 minut zdobył 10 punktów i zanotował 2 przechwyty. Pomimo serii 8:0 pod koniec czwartej kwarty Sixers beziepicznie dowieźli prowadzenie do końcowej syreny.
  • Na sukces Sixers zapracowali dziś przede wszystkim zawodnicy wyjściowej piątki. Joel Embiid popisał się double-double w postaci 25 punktów i 13 zbiórek, do czego dołożył jeszcze 6 asyst. Tyrexe Maxey zanotował z kolei 23 oczka i 5 asyst, po 17 punktów dorzucili z kolei Tobias Harris oraz Seth Curry.
  • Liderzy Boston Celtics przez całą noc mieli problemy ze skutecznością. Jaylen Brown trafił 7 z 18 prób i skompletował 21 punktów. Jaysonowi Tatumowi udało się natomiast wywalczyć double-double w postaci 20 punktów i 11 zbiórek, ale również nie błyszczał w ataku (7/17). Robert Williams III także popisał się podwójną zdobyczą (12 oczek, 14 zbiórek). Na wyróżnienie zasłużył wchodzący z ławki Payton Pritchard, autor 17 punktów.

Charlotte Hornets – Orlando Magic 109:116

Statystyki

Chicago Bulls – Golden State Warriors 96:138

Statystyki

  • Zdecydowanie najciekawiej zapowiadające się spotkanie tej nocy. Choć Golden State Warriors przegrali 4 z 5 poprzednich spotkań, a Stephen Curry nie radzi sobie tak dobrze, jak na początku sezonu, to Wojownicy wciąż są jednym z najlepszych zespołów całej ligi. Chicago Bulls również grają ostatnio w kratkę, ale przed pierwszym gwizdkiem sędziego w dalszym ciągu plasowali się na szczycie konferencji wschodniej.
  • Nie tam sympatycy Byków wobrażali sobie jednak początek tego spotkania. Już w czwartej minucie meczu urazu kolana nabawił się Zach Lavine, przez co opuścił parkiet i nie pojawił się już tej nocy w grze. Dodatkowo w mecz zdecydowanie lepiej weszli goście, którzy prezentowali szczególnie wyśmienitą formę zza łuku. Jordan Poole, który wskoczył do wyjściowej piątki pod nieobecność Klaya Thompsona, trafił 3 trójki, po jednej dołożyli Andrew Wiggins, Otto Potrer Jr. oraz Andre Iguodala, dzięki czemu przewaga Wojowników wzrosła do 9 oczek (28:37).
  • Druga odsłona w dużej mierze przesądziła o losach spotkania. Podopieczni Steve’a Kerra wygrali tę część gry aż 41:19. Bulls nie byli w stanie wstrzelić się zza łuku, mylił się przede wszystkim Coby White, podczas gdy po drugiej stronie parkietu próbę za próbą trafiali Wiggins, Stephen Curry i Jonathan Kuminga. GSW schodzili do szatni z przewagą 31 oczek (47:78).
  • W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Byki wciąż walczyły ze swoimi problemami, podczas gdy Warriors stopniowo powiększali swoje prowadzenie (72:112). Ostatnia odsłona obfitowała już w mniejszą ilość trafień, ale ponownie lepsi byli goście, którzy bez problemów dowieźli komfortowe prowadzenie do ostatniej syreny.
  • Najlepszym punktującym po stronie GSW był tej nocy Jonathan Kuminga, który wchodząc z ławki rezerwowych zdobył 25 punktów (10/12 z gry). Jordan Poole dołożył 22 oczka, a Andrew Wiggins 21. Double-double zanotował Kevon Looney, autor 10 punktów i 12 zbiórek. Stephen Curry zakończył mecz z dorobkiem 19 punktów.
  • Po stronie Bulls najlepiej punktował Coby White, autor 20 oczek. Efektownym double-double popisał się Nikola Vucević, który do 19 punktów i 14 zbiórek dołożył 5 asyst i 3 bloki. Lonzo Ball zdobył z kolei 15 punktów, ale popełnił przy tym 5 strat. DeMar DeRozan dołożył 17 punktów i 7 asyst.
  • – Kilka ostatnich meczów to dla nas z pewnością zbieranie doświadczenia. […] Nikt nie przyjdzie, by nas uratować. To należy do nas. Te dwa mecze [z Warriors i Nets] powinny dać nam wystarczająco motywacji, by poprawić swoją grę, grać twardo. To kolejne wyzwanie, z którym musimy się zmierzyć. Nie możemy po prostu narzekać. […] W obronie i ataku nie jesteśmy teraz sobą – mówił po meczu DeRozan.

Miami Heat – Atlanta Hawks 124:118

Statystyki

  • Od samego początku mecz ten stał na wysokim poziomie. Zdecydowanie lepiej rozpoczęli zawodnicy Miami Heat. Na szczególne wyróżnienie zasłużył wówczas Max Strus, który w pierwszej kwarcie zdobył aż 16 punktów. To m.in. dzięki jego postawie gospodarze stosunkowo szybko objęli 12-punktowe prowadzenie (18:6), które po chwili powiększyli do nawet 17 oczek. Dystans zniwelowali nieco Trae Young i Danilo Gallinari, ale wciąż to Heat znajdowali się w uprzywilejowanej sytuacji (40:30).
  • W drugiej odsłonie role się odwróciły. To Atlanta Hawks najpierw zniwelowali straty, po czym po dłuższej wymianie ciosów rozpoczęli budowę własnej przewagi. Istotna była wówczas skuteczność, z jaką trafiały Jastrzębie (64,7% z gry, 62,5% za trzy). Wspomniany wcześniej duet, wspierany przez Kevina Huertera i De’Andre Huntera, dał swojemu zespołowi skromne prowadzenie do przerwy (64:70).
  • W drugiej połowie przez długi czas goście utrzymywali prowadzenie, a ich przewaga oscylowała w granicy 5-10 oczek. Heat nie powiedzieli jednak jeszcze ostatniego słowa. Cenne trafienia zaliczył Omer Yurtseven, dwie ważne trójki dołożył Tyler Herro, a po rozpoczęciu czwartej odsłony przewaga Atlanty z minuty na minutę topniała. W końcówce zrobiło się naprawdę gorąco i losy spotkania miały się dopiero rozstrzygnąć.
  • Najpierw rzuty osobiste Trae Younga dały Hawks nieznaczną przewagę (116:118). Stan meczu, również z linii, wyrównał P.J. Tucker, po czym kolejne osobiste, tym razem autorstwa Tylera Herro, wprowadziły Miami na prowadzenie. Kiedy Kevin Huerter zaliczył w kolejnej akcji stratę, ciężar gry na swoje barki wziął Jimmy Butler, który po raz kolejny udowodnił, że daleko mu do zwykłego śmiertelnika. Obrońca Heat najpierw minął Huertera bez pomocy zasłony, po czym odbił się jednak w powietrzu od Johna Collinsa. To nie przeszkodziło mu w oddaniu rzutu, który jakimś sposobem odnalazł drogę między obręcz. Goście próbowali jeszcze odpowiedzieć, ale zza łuku mylili się Gallinari i Bogdanović.
  • Jimmy Butler zdobył 23 punkty, 10 asyst i 2 przechwyty. Wchodzący z ławki Tyler Herro zaaplikował rywalom aż 24 oczka. Po 17 punktów dołożyli Omer Yurtseven i P.J. Tucker. Max Strus po pierwszej kwarcie nie zdobył już punktów i zakończył mecz z dorobkiem 16 oczek. Kyle Lowry do 13 punktów dołożył 8 asyst, 4 zbiórki i 2 bloki.
  • Po stronie Hawks najwięcej punktów zdobył dziś Trae Young, autor 24 oczek i 9 asyst. Rozgrywający Jastrzębi nie zaliczy jednak tego występu do udanych. Po zakończonym spotkaniu jego wskaźnik +/- wskazywał kiepskie -20. Jeszcze gorzej pod tym względem wypadł John Collins (-21), choć zdobył tej nocy 16 punktów i 5 zbiórek. Nie radził sobie również Bogdan Bogdanović (-7; 1/7 z gry, w tym 1/6 za trzy; 7 punktów, 5 asyst). Na wyróżnienie zasłużyli natomiast wchodzący z ławki Danilo Gallinari (18 pkt) i Kevin Huerter (15 pkt).

San Antonio Spurs – Cleveland Cavaliers 109:114

Statystyki

  • San Antonio Spurs nie zdołali sprawić niespodzianki, choć przez długi czas wydawało się, że będą w stanie zaskoczyć rywala. Mecz lepiej rozpoczęli jednak Cleveland Cavaliers, którzy na początku drugiej kwarty odskoczyli na 11 oczek (28:39). Gospodarze nie dali jednak za wygraną i chwilę przed przerwą zdołali zniwelować straty, choć do szatni schodzili mimo wszystko z minimalną stratą (59:64). O interesy gości dbali bowiem Evan Mobley i Darius Garland, choć ten drugi miał w drugiej części problemy ze skutecznością.
  • Po przerwie rzut za rzutem trafiał Dejounte Murray, ale w ślad za nim nie poszli jego partnerzy. Cenne trafienia dołożył jednak Keita Bates-Diop, a skuteczność Spurs zza łuku wyniosła wówczas 55,6%. To w połączeniu z problemami Cavs sprawiło, że podopieczni Gregga Popovicha mogli w końcu objąć prowadzenie (86:81) i wszystko znajdowało się w ich rękach.
  • Przyjezdni z Cleveland potrzebowali jednak tego zwycięstwa, by wykorzystać wpadkę Charlotte Hornets i umocnić się na 6. miejscu w tabeli konferencji wschodniej. Ciężar gry na swoje barki wziął wówczas Darius Garland, który w czwartej kwarcie zdobył 14 punktów i niemal w pojedynkę odzyskał dla Cavs prowadzenie (96:101). Spurs walczyli do końca, na 21,5 sekundy przed syreną straty zmniejszył Keldon Johnson. Przy 6 sekundach na zegarze zza łuku trafił Murray, ale z linii nie pomylił się Garland i goście wywożą z Teksasu zwycięstwo.
  • To właśnie Darius Garland znalazł się dziś w świetle reflektorów. Rozgrywający Wine & Gold zakończył mecz z dorobkiem 32 punktów i 8 asyst. Wspierał go m.in. autor double-double w postaci 17 punktów i 16 zbiórek – Jarrett Allen. Evan Mobley dołożył 15 punktów i 6 zbiórek, z kolei wchodzący z ławki Cedi Osman dorzucił 14 oczek.
  • Po stronie Spurs wyróżniał się przede wszystkim fantastyczny w tym sezonie Dejounte Murray, zdobywca 30 punktów, 14 zbiórek i 8 asyst. Keldon Johnson dołożył 18 punktów i 5 zbiórek, a Bryn Forbes 15 punktów. Co ciekawe, Jakob Poeltl zebrał 12 piłek i zablokował 3 rzuty, ale po raz pierwszy w tym sezonie nie zdobył ani jednego punktu.
  • Dla Spurs jest to już piąta z rzędu porażka, a zarazem 9 w 10 ostatnich występach. Gregg Popovich wciąż walczy o pierwsze miejsce na liście trenerów z największą liczbą zwycięstw, do czego potrzebuje jednak kolejnych 11 wygranych w tym sezonie zasadniczym.

Memphis Grizzlies – Dallas Mavericks 85:112

Statystyki

  • Choć przed przerwą pojedynek ten był dosyć wyrównany (55:50), to już wkrótce nikt nie będzie o tym pamiętał. O losach spotkania przesądziła bowiem druga połowa. Po przerwie wyższy bieg wrzucili Luka Doncić i Dorian Finney-Smith. Memphis Grizzlies mieli wówczas spore problemy z odnalezieniem drogi do kosza. Dallas Mavericks wykorzystali niemoc strzelecką rywala i szybko odskoczyli z wynikiem (73:84).
  • Ostatnia część gry to już jednak całkowity pogrom. Grizzlies trafili jedynie 5 z 21 rzutów z gry, w tym 0/8 za trzy. Mavs również nie błyszczeli zza łuku, ale w innych aspektach gry radzili sobie świetnie. Bezbłędy byli Doncić (4/4), Marquese Chriss (3/3), Dwight Powell (2/2) i Jalen Brunson (1/1), co przerodziło się w serię 31:6. Goście z Teksasu odskoczyli na 31-punktów (79:110) i losy spotkania były już wówczas przesądzone.
  • Dallas Mavericks przerwali tym samym imponującą serię zwycięstw Grizzlies, która zwróciła uwagę wszystkich sympatyków koszykówki zza oceanu. Memphis wciąż utrzmują jednak 3. miejsce w tabeli konferencji zachodniej, ale już wkrótce zmierzą się z Chicago Bulls. Byki będą chciały zmazać plamę po kiepskich występach przeciwko Brooklyn Nets i Golden State Warriors.
  • Luka Doncić miał dziś ułatwione zadanie dzięki wsparciu swoich partnerów, ale mimo to zdołał zanotować triple-double w postaci 27 punktów, 12 zbiórek i 10 asyst, choć popełnił przy tym 6 strat. Jalen Brunson i Marquese Chriss dołożyli po 15 punktów, a Dorian Finney-Smith i Dwight Powell (6/6 z gry) po 13. Wchodzący z ławki rezerwowych Tim Hardaway Jr. miał nieco problemów ze skutecznością (5/14), ale zdołał skompletować 16 oczek. Co ciekawe, to Reggie Bullock, który otarł się o podwójną zdobycz (10 punktów, 9 zbiórek), miał tej nocy najlepszy wskaźnik +/- (+31).
  • Po stronie Grizzlies żaden z zawodników nie zdołał przekroczyć bariery 20 punktów. Najwięcej zdobył Ja Morant – 19 oczek, 8 asyst, 5 zbiórek, ale również 8 strat. Desmond Bane dołożył 16 punktów, a wchodzący z ławki Kyle Anderson 12. Ekipa z Memphis będzie chciała o tej nocy jak najszybciej zapomnieć.

Sacramento Kings – Houston Rockets 126:114

Statystyki

  • Po serii pięciu porażek z rzędu Sacramento Kings wracają na odpowiednie tory. Po ograniu Los Angeles Lakers podopieczni Alvina Gentry’ego pokonali minionej nocy niżej notowanych Houston Rockets. Zwycięstwo to nie było jednak formalnością, a ekipa z Kalifornii musiała się napracować, by wywalczyć pozytywny rezultat.
  • Zaczęło się niepokojąco, bo Rakiety dosyć szybko odskoczyły na 11 oczek. Dobrze dysponowany był wówczas Christian Wood, który w pierwszej kwarcie zdobył 15 punktów. W drugiej kwarcie gospodarze odrobili jednak straty, głównie za sprawą Terence’a Davisa i Marvina Bagleya III, dzięki czemu na przerwę schodzili ze skromnym prowadzeniem (65:60).
  • Po przerwie Kings utrzymywali prowadzenie, ale Houston kilkukrotnie zmniejszali stratę, w tym nawet do dwóch oczek (84:82). Gospodarze świetnie rozpoczęli jednak czwartą odsłonę i po serii trafień Hielda, Bagleya, Harrisona Barnesa i Daviona Mitchella wydawało się, że jest już po meczu (110:91). Goście odpowiedzieli jednak 12 punktami z rzędu i znów zrobiło się gorąco. Raz jeszcze jednak Królowie odpowiedzieli serią (116:103) i choć Rakiet ponownie zmniejszyły stratę do 7 oczek, to Sacramento zdołali dowieźć prowadzenie do końcowej syreny.
  • Na szczególne wyróżnienie zasłużył dziś duet De’Aaron Fox (27 punktów, 8 asyst, 6 zbiórek, 2 przechwyty) – Marvin Bagley III (26 punktów, 13 zbiórek). Dobrze wypadli też wchodzący z ławki rezerwowych Buddy Hield (19 pkt) i Terence Davis (14 pkt). Na wysokości zadania stanął też Harrison Barnes, który otarł się o double-double (16 punktów, 9 zbiórek, 6 asyst).
  • Po stronie Rockets wyróżniał się głównie Christian Wood, który po pierwszej kwarcie nieco przygasł, ale zdołał skompletować 26 oczek i 8 zbiórek. Jae’Sean Tate zanotował podwójną zdobycz w postaci 17 punktów i 10 zbiórek. Po 16 punktów zdobyli Eric Gordon i Kevin Porter Jr., a po 11 Jalen Green oraz D.J. Augustin.
  • Kings plasują się obecnie na 10. miejscu w tabeli konferencji zachodniej, czyli ostatnim, gwarantującym udział w turnieju play-in. Tuż za ich plecami plasują się jednak Portland Trail Blazers. Ekipa z Oregonu ma do rozegrania o cztery spotkania więcej, ale przed kolejne kilka tygodni będzie musiała radzić sobie bez Damiana Lillarda.







2 KOMENTARZE

  1. Luka Doncić miał dziś ułatwione zadanie dzięki wsparciu swoich partnerów, ale mimo to zdołał zanotować triple-double w psotaci 27 punktów, 12 zbiórek i 10 asyst,

    Ciekawa logika. Z zapisu wynika, że Doncic z trudem osiąga t-d, gdy na boisku dzięki pomocy partnerów ma łatwiej. Nie analizowałem tego aspektu pod tym kątem, ale kto wie, może Krzysio został odkrywcą.
    Nad literówką nie będę się znęcał.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj