LeBron James, Kyrie Irving i Kevin Love zdobyli razem aż 81 ze 106 punktów Cleveland Cavaliers i zapewnili pierwsze zwycięstwo w serii z Detroit Pistons. Tłoki napsuły trochę krwi swoim rywalom, ale w końcówce nie byli w stanie postawić na swoim i doprowadzić do niespodzianki. Miami Heat natomiast zdobyli 41 punktów w pierwszej kwarcie starcia z Hornets i bardzo szybko zakończyli rywalizację. Bardzo podobnie ułożył się scenariusz w starciu Memphis Grizzlies z San Antoni Spurs, które rozbiło rywala z Tennessee. Na koniec Los Angeles Clippers nie dali szans Portland Trail Blazers.


Detroit Pistons – Cleveland Cavaliers 101:106

Detroit Pistons wrócili do play-offów i zrobili to w bardzo dobrym stylu, bo postawili trudne warunki faworytom Konferencji Wschodniej. Ostatecznie jednak nie udało im się wyrwać zwycięstwa w pierwszym spotkaniu rozgrywanym w Cleveland, ale Cavaliers przechylili szalę wygranej dopiero na finiszu rywalizacji. Jeśli Tłoki podtrzymają taką intensywność, zapowiada nam się naprawdę świetna seria.

LeBron James wszedł w mecz na wysokim biegu i już po pierwszej kwarcie miał na koncie 10 punktów i 4 asysty, a także popisał się buzzer-beaterem, po którym gospodarze objęli prowadzenie 27:25. Przyjezdni natomiast ciągle podtrzymywali świetną formę strzelecką, co w efekcie przełożyło się na 10 celnych trójek z 16 rzutów zza łuku tylko w pierwszej połowie, a także blisko 62-procentową skuteczność z gry.

Ofensywa Cavaliers opierała się przede wszystkim na Wielkiej Trójce. James, Kyrie Irving i Kevin Love w ciągu pierwszych 24 minut zdobyli 44 z 53 punktów Cavaliers.

Podwajany bardzo często LeBron musiał przyjąć rolę kreatora, ale świetnie radził sobie z defensywą rywali i odnajdywał lepiej ustawionych kolegów. Właśnie na początku trzeciej kwarty Kyrie Irving zdobył osiem punktów z rzędu, wyprowadzając tym samym swój zespół na prowadzenie. To nie był jednak ostatni zwrot akcji w tym meczu. Pistons wykorzystali fakt, że LBJ i Kyrie rozpoczęli decydujące 12 minut na ławce i uciekli nawet na siedem oczek. Liderzy gospodarzy musieli więc wrócić na parkiet i ratować sytuacje.

Szybki run pozwolił im znów zbliżyć się do zwycięstwa, choć to rozstrzygało się niemal do ostatnich sekund. Przy stanie 100:96 dla Cavs, James dołożył dwa punkty przewagi lay-upem, chwilę później Reggie Jackson spudłował rzut za trzy, a Kyrie Irving nie pomylił się na linii rzutów wolnych. Przewaga urosła do ośmiu oczek i już jasne było, że pierwsze zwycięstwo w serii trafi na konto najlepszego zespołu wschodu.

Wielka trójka Cavs uzbierała razem aż 81 punktów. Granicę 80 oczek przekroczyli dopiero siódmy raz i są w tych meczach 7-0. LBJ natomiast podtrzymał passę zwycięstw w pierwszym meczu play-offów, jego drużyna nigdy jeszcze nie przegrała w inauguracyjnym spotkaniu tej fazy (11-0). Indywidualnie Irving zdobył 31 punktów (rekord kariery w play-offach), jedne z lepszych zawodów w koszulce Kawalerzystów zaliczył Kevin Love – 28 oczek i 13 zbiórek, a LeBron zapisał obok nazwiska 22 punkty, 11 asyst oraz 6 zbiórek.

Z drugiej strony 21 punktów zdobył Kentavious Caldwell-Pope, 20 oczek dołożył Marcus Morris (ale aż 19 punktów w pierwszej i tylko jeden punkcik w drugiej połowie), a double-double na poziomie 13 punktów i 11 zbiórek zanotował Andre Drummond. Pistons oddali 15 celnych rzutów z dystansu, podczas gdy Cavs w sezonie regularnym pozwalali rywalom na około osiem trójek na mecz, jednak w końcówce podopiecznym Stana Van Gundy’ego zabrakło doświadczenia i nieco szczęścia w pierwszym występie w play-offach od 2009 roku.

Drugi mecz serii w środę, również w Quicken Loans Arena.

[ot-video][/ot-video]

Charlotte Hornets – Miami Heat 91:123

Nie takiego początku play-offów oczekiwał Michael Jordan – właściciel Charlotte Hornets. Ekipa z Północnej Karoliny w pierwszym meczu przegrała znacząco z o wiele lepiej przygotowanymi do tego starcia Miami Heat. Jak Steve Clifford i jego podopieczni odpowiedzą? To może być kluczowe dla ich losów w starciu z doświadczonymi zawodnikami Erika Spoelstry.

Katem drużyny z Północnej Karoliny okazał się weteran Luol Deng. Zawodnik miał bardzo dobrą końcówkę sezonu regularnego. Swoją formę przeniósł już na pierwszą rundę fazy posezonowej notując w pierwszym pojedynku z Hornets 31 punktów (11/13 FG, 4/6 3PT, 5/7 FT), 7 zbiórek oraz przechwyt. Jego dobra forma była elementem zaskoczenia dla defensywy gości.

Czy Deng będzie w stanie to podtrzymać już w spotkaniu nr 2 obu drużyn? Niewykluczone, iż jego produktywność spadnie, co będzie dla Szerszeni szansą na nawiązanie rywalizacji. 21 punktów (9/11 FG), 11 zbiórek oraz 3 bloki dołożył Hassan Whiteside. 16 oczek, 7 zbiórek i 4 asysty zapewnił do siebie lider rotacji – Dwyane Wade.

Po drugiej stronie nie zawiódł jedynie Nicolas Batum – 24 punkty (7/14 FG, 3/7 3PT), 2 przechwyty. Kemba Walker zanotował 19 oczek (6/13 FG, 2/5 3PT), ale nie miał ani jednej asysty. W całym meczu Hornets zanotowali ich zaledwie jedenaście! Heat? Świetnie dzielili się piłką i skończyli z 27 asystami, w tym 10 rozdanymi przez Gorana Dragicia.

Gospodarze tego starcia już w pierwszej kwarcie rzucili 41 punktów, budując 19 punktowe prowadzenie. Po przerwie urosło ono do 34 punktów. Gracze z Charlotte nie prowadzili w tym meczu nawet przez chwilę. Heat przy okazji pobili jeden rekord – liczbę zdobytych punktów w meczu play-offs w historii organizacji (123), a drugi wyrównali – liczba punktów w kwarcie (41).

To znakomity początek dla Spoelstry i jego zawodników. Ekipa z Florydy ma ochotę na finał konferencji. Jeżeli utrzymają obecną dyspozycję, przyjdzie on bardzo szybko. To jednak play-offy, tutaj wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Kolejny mecz pomiędzy ekipami w nocy ze środy na czwartek o 1:00.

Michał Kajzerek

[ot-video][/ot-video]

Portland Trail Blazers – Los Angeles Clippers 95:115

Chris Paul po tym meczu siedzi głęboko w głowie Damiana Lillarda. Prawda jest taka, że Portland Trail Blazers nie mają w swojej rotacji gracza gotowego pokryć lidera Los Angeles Clippers. CP3 pierwszy mecz serii pomiędzy drużynami skończył z dorobkiem 28 punktów (10/19 FG, 2/5 3PT), 11 asyst i 4 przechwytów. Był znakomity we wszystkim co robił.

Lillard z kolei nie potrafił przebić się przez obronę Clippers. Ciągle jednak był najlepszym zawodnikiem swojej drużyny notując 21 oczek (7/17 FG, 3/8 3PT) oraz 8 asyst. Nie dostał za wiele wsparcia od kolegów z pierwszej piątki. C.J. McCollum kryty przez Luca Mbah a Moute miał spore problemy z wykreowaniem czegokolwiek na koźle. Skończył z 9 punktami z 11 rzutów. Jedynie Gerald Henderson z ławki ciągnął momentami drużynę – 16 punktów z 12 rzutów.

Bardzo dokładnie w pierwszym meczu tej serii zarysowała się przewaga doświadczenia po stronie podopiecznych Doca Riversa, zwłaszcza po bronionej stronie parkietu. DeAndre Jordan straszył swoimi ramiona pod obręczą. Skończył spotkanie z 4 blokami i nie bał się switchów ani Lillarda, ani McColluma. W ataku z kolei swoją wszechstronnością popisał się Blake Griffin kończąc z 19 punktami, 12 zbiórkami i 6 asystami.

Griffin powoli zrzuca rdzę i choć są momenty, w których mógłby zachować się lepiej, Clippers mają bilans 6-0 od jego powrotu na ligowe parkiety. Stanowił ogromny problem dla dziurawej obrony graczy Terry’ego Stottsa. To właśnie w tym elemencie Blazers muszą poszukać usprawnień przed spotkaniem nr 2 w Staples Center. Muszą sobie jednak odpowiedzieć na pytanie – cz są w stanie jakkolwiek zatrzymać Jordana i Griffina?

Michał Kajzerek

[ot-video][/ot-video]

Memphis Grizzlies – San Antonio Spurs 74:106

[ot-video][/ot-video]



Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Sławomir
Sławomir
18 kwietnia 2016 17:39

Big 3 oby tak dalej fajny meczyk