Jak co roku o tej porze roku licznie powstają tak zwane „power rankingi”, które mają odzwierciedlać, przewidywać rzeczywisty układ sił w nadchodzącym sezonie NBA. Oczywiście są to jedynie uporządkowane opinie i interpretacje poszczególnych mediów, a nie obiektywny obraz ligi. Z jednej strony można uznać to za ich wadę, bo takie zestawienia nigdy nie będą w pełni miarodajne. Z drugiej właśnie ta subiektywność sprawia, że mogą być świetnym punktem wyjścia do dyskusji wśród fanów najlepszej koszykarskiej ligi świata.
Na wstępnie warto zaznaczyć, że power ranking nie odpowiada na pytanie „kto jest najlepszy?”, tylko „kto dziś wygląda najlepiej i komu najbardziej ufamy na przyszłość?”. To ważne rozróżnienie. Bilans mówi, co już się wydarzyło, a omawiana hierarchia próbuje ocenić, ile z tego wynika z rzeczywistej jakości zespołu, a ile z terminarza, formy, kontuzji czy sytuacji losowych. Porównaliśmy zestawienia przygotowane przez ESPN, The Athletic, CBS, New York Post i kilka innych.
Czy numerem jeden zawsze powinien być mistrz NBA?
Pierwsze pytanie brzmi: czy liderem takiego zestawienia ma prawo być ktoś inny niż aktualny mistrz NBA? Z jednej strony trudno dyskutować z faktem, że na końcu poprzedniego sezonu to właśnie mistrzowie byli najlepsi. Z drugiej — nie odnosząc się nawet konkretnie do ostatnich finałów — droga do tytułu może zostać ułatwiona przez kontuzję gwiazdy rywala czy wyjątkowo korzystny układ drabinki. Do tego od kilku lat mistrz NBA zmienia się praktycznie co sezon.
Power rankingi powstają już po większości letnich ruchów transferowych, dlatego autorzy mają pełne prawo uznać, że któryś z zespołów na papierze stał się mocniejszy od obrońców tytułu. Nawet jeśli New York Knicks nie znajdowali się na pierwszym miejscu danego rankingu, niemal zawsze pozostawali w ścisłej czołówce. Pytanie brzmi więc: kto ich wyprzedzał?
Najczęściej byli to San Antonio Spurs. Założenie jest proste: ich młodzi liderzy są o rok starsi, bogatsi o doświadczenia z poprzednich rozgrywek, a jednocześnie skład został wzmocniony między innymi Tobiasem Harrisem. Trudno znaleźć przekonujący argument, dlaczego Spurs mieliby być słabsi niż przed rokiem albo nawet zatrzymać się w miejscu. Oczekiwany jest kolejny krok naprzód zespołu, który już wcześniej należał do ligowej czołówki — i dokładnie to odzwierciedlają rankingi umieszczające San Antonio na samym szczycie.
Oklahoma City Thunder najczęściej pojawiają się natomiast na trzeciej lub czwartej pozycji. Ich notowania nieco spadły. Klub obniżył koszty, ale nie rozbił przy tym głównego trzonu zespołu. Mistrzowie z sezonu 2024/25 nadal dysponują ogromną jakością. W NBA pamięć kibiców i dziennikarzy bywa jednak krótka, a kolejne sezony bardzo szybko tworzą nowe narracje.
Super drużyna w Filadelfii
Do ścisłej czołówki wskoczyli także Philadelphia 76ers, którzy w oczach wielu obserwatorów wyrośli na pełnoprawnego pretendenta do mistrzostwa. Ich oceny są jednak nieco ostrożniejsze, niż można było się spodziewać po pierwszej fali entuzjazmu związanej z pozyskaniem Jaylena Browna, a następnie LeBrona Jamesa.
Największym znakiem zapytania pozostaje zdrowie i to, ile spotkań w praktyce będzie w stanie wspólnie rozegrać piątka Maxey – VJ Edgecombe – Brown – LeBron – Embiid. Do tego dochodzi kwestia pogodzenia kilku zawodników najlepiej czujących się z piłką w rękach i w izolacji. Najlepszym kreatorem gry tego zespołu pozostaje przecież 41-letni LeBron. Potencjał jest ogromny, ale liczba niewiadomych również.
Drugi garnitur
Minnesota Timberwolves, Cleveland Cavaliers i Detroit Pistons często wymieniają się miejscami i najczęściej tworzą coś w rodzaju drugiego szeregu za ścisłą elitą.
Minnesota jest szczególnie ekscytująca ze względu na duet obwodowych Anthony Edwards – LaMelo Ball, ale jednocześnie pozostaje jedną z większych zagadek. Cavaliers po przedłużeniu umowy z Jamesem Hardenem oraz pozyskaniu Peytona Watsona przynajmniej na papierze nie wyglądają słabiej niż przed rokiem.
W przypadku Detroit sytuacja jest odwrotna. Pasywne lato oraz niejasna przyszłość Jalena Durena nieco obniżają ich notowania. Nie zmienia to faktu, że Tłoki pozostają młodą, rozwijającą się drużyną, a Cade Cunningham już pokazał, że jest w stanie robić wielkie rzeczy na boisku.
Gdzieś pomiędzy tymi zespołami regularnie przewijają się Los Angeles Lakers, którzy mają za sobą bardzo udane lato. Skład budowany już jednoznacznie wokół Luki Doncicia będzie obciążony ogromnymi oczekiwaniami. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pozostają pozaboiskowe problemy Słoweńca i pytanie, czy w jakikolwiek sposób przełożą się one na jego dyspozycję na parkiecie.
Zwątpienie w Denver czy Houston
Wyraźnie spadły natomiast notowania Denver Nuggets. Stracili Peytona Watsona, a nie odpowiedzieli na to równie znaczącymi wzmocnieniami. Podobnie wygląda sytuacja Houston Rockets, którzy zawiedli w poprzednim sezonie. W ich przypadku kluczowy może okazać się powrót Freda VanVleeta.
Jednocześnie spodziewana jest poprawa takich drużyn jak Dallas Mavericks, Portland Trail Blazers czy Utah Jazz. Do tego grona można zaliczyć również Phoenix Suns, choć w ich przypadku poprzeczka została zawieszona wyjątkowo nisko. Bardziej prawdopodobne jest miejsce w środku stawki niż walka o ścisłą czołówkę. Jeśli Suns mają wygrywać częściej, raczej dzięki organizacji, energii i ciężkiej pracy niż przewadze czystego talentu.
Trochę zaskakująco, ale amerykańskie media są znacznie bardziej optymistyczne w ocenach Boston Celtics i Atlanty Hawks, niż mogłoby się wydawać z europejskiej perspektywy. Hawks to dobra drużyna, która po odejściu Trae Younga wchodzi w nową erę. Paul George składa w Bostonie wielkie obietnice, ale dopiero czas zweryfikuje jego słowa. Ciekawie będzie też zobaczyć, jak Jayson Tatum poradzi sobie bez Jaylena Browna u boku.
Czarne konie
Indiana Pacers to jeden z największych punktów spornych pomiędzy poszczególnymi rankingami. W jednym zestawieniu znajdują się w TOP 5, podczas gdy inne umieszczają ich dopiero w okolicach 15. miejsca.
Największą niewiadomą pozostaje powrót Tyrese’a Haliburtona po rocznej przerwie. Historia NBA doskonale pokazuje, że nie każdy zawodnik po tak długiej absencji natychmiast wraca do wcześniejszego poziomu. Jeśli jednak Haliburton odzyska dawną dyspozycję, dodanie Ivicy Zubaca może sprawić, że Indiana będzie personalnie nawet mocniejsza niż dwa lata temu. Problem polega na tym, że konkurencja również nie stała w miejscu, a liga w międzyczasie stała się wyraźnie silniejsza.
Podobnie interesująca jest sytuacja Toronto Raptors po powrocie Kawhia Leonarda. Kanadyjczycy mocno zaryzykowali i właściwie poszli all-in. Ich okno na walkę o najwyższe cele wyraźnie się skróciło po zakontraktowaniu 35-letniego zawodnika z długą historią problemów zdrowotnych. Jednocześnie mówimy przecież o koszykarzu, który, kiedy jest zdrowy, nadal potrafi prezentować poziom zbliżony do MVP.
Miami Heat z Giannisem Antetokounmpo i Bamem Adebayo pod koszem wyglądają niezwykle interesująco, ale już spacing czy głębia składu pozostawiają więcej znaków zapytania. Dlatego odbiór tego zespołu w rankingach jest zaskakująco sceptyczny. Wschód pozostaje słabszą konferencją od Zachodu, ale nawet to nie wystarcza, aby wszyscy automatycznie wpisywali Heat do absolutnej elity.
Rozczarowujące Golden State Warriors
Wyraźnie niżej oceniane są natomiast Golden State Warriors i Los Angeles Clippers. Ci drudzy nadal mogą jeszcze zaskoczyć — podobnie jak Phoenix Suns w poprzednim sezonie — ale przynajmniej długoterminowo kierunek ich projektu wydaje się dziś dużo bardziej czytelny.
Warriors znajdują się w zupełnie innym miejscu. To już coraz wyraźniejsze wygaszanie wielkiej dynastii Stephena Curry’ego, Draymonda Greena i Steve’a Kerra. Być może właśnie ich pozycja w rankingach najlepiej pokazuje, jak szybko w NBA zmienia się hierarchia. Zespół, który jeszcze kilka lat temu był naturalnym punktem odniesienia dla całej ligi, dziś coraz częściej oceniany jest nie przez pryzmat walki o mistrzostwo, lecz przez pytanie, ile zostało jeszcze z ostatniego rozdziału jednej z najważniejszych dynastii XXI wieku.










