Zawsze musi przyjść ten pierwszy raz – King Szczecin zanotował pierwszą wygraną na wyjeździe, a TBV Start Lublin przegrał swój pierwszy mecz we własnej hali. Zespół z Pomorza zdobył 81 punktów przy 77 rywali.


TBV Start Lublin – King Szczecin 77:81

Gdyby to spotkanie podzielić na teatralne akty, to pierwszy z nich nazywałby się „Lewis-Washington show”. Duet amerykańskich obwodowych zdominował premierową odsłonę – panowie zdobyli 17 z 23 punktów swojego zespołu. Gracze ze Szczecina wiedzieli, że od dyspozycji tej dwójki zależy gra całego Startu, ale niewiele mogli z tym zrobić. Nie kleiła im się gra w ataku, a słabości obrony eksponował wspomniany wyżej duet. Czerwono-czarni zaczęli z wysokiego „c” i pewnie wygrywali 23:14.

Drugą kwartę od skutecznej trójkowej akcji rozpoczęli gospodarze. Chavaughn Lewis wyłuskał piłkę rywalom, podał do Michaela Gospodarka, a ten zagrał extra pass do Darryla Reynoldsa. Amerykański środkowy zakończył wszystko efektownym wsadem. Szczecinianie mogli za to liczyć na swojego kapitana – Pawła Kikowskiego. To on był jedynym strzelcem zespołu w ciągu pierwszych kilku minut tej partii. Wynik zmieniał się bardzo powoli, bo obie drużyny nie grzeszyły skutecznością. Inicjatywa przechodziła stopniowo w ręce zawodników Kinga, którzy systematycznie odrabiali straty. Przy stanie 32:26 dla miejscowych trener David Dedek poprosił o przerwę na żądanie, żeby nieco uspokoić grę. Efekt był jednak odwrotny do zamierzonego – goście ciągle się zbliżali. Tauras Jogela mocno dawał się we znaki defensywie czerwono-czarnych. Pierwsza połowa zakończyła się rezultatem 34:30 dla Startu.

Koszykarze Kinga zwietrzyli swoją szansę na wyrównanie i starali się ten plan wprowadzić w życie. Lublinianie dobrze się jednak bronili i utrzymywali niewielkie prowadzenie. Przyjezdni naciskali coraz mocniej z każdą upływającą minutą, ale nie potrafili postawić kropki nad „i” – zawodziła ich skuteczność. Z taką samą przypadłością zmagali się zawodnicy Startu. Zmiennicy nie wnosili nowej jakości do gry, a z podstawowych graczy szarpał tylko Chavaughn Lewis. Do remisu po 40 doprowadził rosyjski „wieżowiec” Andriej Diesiatnikow. W kolejnej akcji powtórzył zagranie i dał Kingowi prowadzenie 42:40. David Dedek wyraźnie nie był zachwycony takim przebiegiem spotkania. Trudno mu się dziwić, bo za chwilę dwie „trójki” trafili Paweł Kikowski i Łukasz Diduszko. Zrobiło się 48:43 dla gości.

Szybka wymiana ciosów z pierwszych minut ostatniej kwarty wskazała na nieznaczne zwycięstwo Kinga. Podopieczni Mindaugasa Budzinauskasa nie mieli zamiaru zmarnować tak dobrej szansy na wygraną. Gospodarzom przed oczami stanęła wyjazdowa porażka z Asseco Gdynia – scenariusz był niemal identyczny. Po dobrym początku gra stanęła w miejscu, a czasu na odrabianie strat po prostu zabrakło. W obozie Startu zmobilizowali się jeszcze Amerykanie oraz Uros Mirković, który był niemal niewidoczny przez całe spotkanie. Goście mieli jednak Pawła Kikowskiego. Kapitan stanął na wysokości zadania, a najbardziej symboliczną akcją dla tego meczu był jego europejski przeskok między obrońcami zakończony punktami i faulem – było ciężko, ale opłaciło się.

Autor: Krzysztof Kurasiewicz





ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj