Kto mógł przewidzieć, że po niespełna 40 spotkaniach sezonu zasadniczego Charlotte Hornets będą poważnym kandydatem do bezpośredniego awansu do play-offów. Na ten moment zespół Jamesa Borrego plasuje się na 5. miejscu w konferencji wschodniej z imponującym bilansem 20-18, który przed rozpoczęciem sezonu w Charlotte w ciemno wziąłby chyba każdy. Swoją dotychczasową przygodę w Północnej Karolinie opisał Gordon Hayward.

Kilka dni przed startem rozgrywek swoimi przemyśleniami na temat układu sił w stawce dzielili się niemal wszyscy dziennikarze sportowi zza oceanu. W rankingach ESPN Hornets zostali uplasowani na kolejno 27. i 25. miejscu. Zach Harper z The Athletic uznał natomiast „Szerszenie” za najsłabszą ekipę w NBA. Trudno się jednak dziwić. W przerwanym przez wybuch pandemii sezonie Charlotte zanotowało bilans 23-42 (0.354) – wynik, który w bieżących rozgrywkach plasowałby ich na 13. miejscu. Hornets zdołali co prawda podpisać Gordona Haywarda, ale dla wielu analityków ruch ten wydawał się blokować jedynie swobodę i możliwości Mitcha Kupchaka, generalnego menadżera klubu.

30-letni skrzydłowy wskoczył jednak na wyższym poziom i w Karolinie Północnej przeżywa drugą młodość. W porównaniu do epizodu w Celtics jego gra wygląda agresywniej, a przede wszystkim odważniej. Hayward przewodzi młodemu zespołowi Hornets, zdobywając średnio 21,1 punktu, 5,4 zbiórki, 3,9 asysty oraz 1,4 przechwytu na mecz i jednocześnie zdaje sobie sprawę z niezwykle odpowiedzialnej roli lidera/weterana.

– W Bostonie mieliśmy grupę młodych zawodników i pamiętam, że mówiłem sobie „dziwnie jest być tym starym”. Miałem wtedy 27 albo 28 lat. Teraz, z trzydziestką na karku, mamy obok 19-letniego LaMelo [Balla] i kilku 20-21 latków. W sztabie jest natomiast Ronald Nord, który na uniwersytecie był moim kolegą z pokoju podczas wyjazdów. To sprawia, że czuje się staro. Jednocześnie fajnie jest odgrywać rolę lidera-weterana. Kiedy jesteś młodym graczem w NBA, musisz zacząć budować zwycięskie nawyki. Musisz nauczyć się wygrywać. Sam przez to przeszedłem, podobnie jak chyba większość.*

Nie poruszymy dziś szczegółowo kwestii sportowych osiągnięć Hornets. Swoją uwagę skupmy natomiast na samym Haywardzie. Nie ulega wątpliwości, że w swojej karierze skrzydłowy przeszedł przez naprawdę wiele: od pierwszej opcji w Utah, przez koszmarną kontuzję w meczu otwarcia w Cleveland w 2017 roku, po rolę rezerwowego i kogoś w rodzaju zadaniowca w Celtics. Pomimo drogi pełnej wybojów 30-latek ponownie stał się fundamentalnym elementem zespołu. Hayward dołączył do dobrze spisujących się w poprzednim sezonie Devonte’ Grahama (18,2 punktu i 7,5 asysty na mecz) i Terry’ego Roziara (18,1 punktu na mecz), a także wybranego przez Hornets w drafcie LaMelo Balla. Gruntowne zmiany w składzie i ograniczony czas na przygotowania nie wróżyły wiele dobrego. Skrzydłowy niemal idealnie wpasował się jednak w styl gry organizacji i już w pierwszych trzech spotkaniach zaprezentował solidną koszykówkę, dwukrotnie aplikując przeciwnikowi 28 „oczek”.

– Dla mnie najbardziej imponującą częścią tego, jak szybko się zjednoczyliśmy, jest to, że stało się to tak momentalnie pomimo okoliczności towarzyszących sezonowi. Zazwyczaj jesteś w stanie spędzić całe lato, lub chociaż miesiąc, by rozpocząć ten proces, napędzić nieco grę. W moim przypadku trafiłem do nowego miejsca z nowymi partnerami, nowym sztabem szkoleniowym, nową kulturą i nie miałem czasu na przygotowania. Rozegraliśmy mecze presezonu i rozpoczęliśmy rozgrywki.

Hayward podkreśla również, że choć pomimo trudnych czasów grupie udało się zjednoczyć, to pandemiczne ograniczenia także dały im się znacząco we znaki. Na początku roku NBA odwołała kilka spotkań Hornets ze względu na liczne absencje wywołane m.in. „antycovidowym” protokołem zdrowotnym. W innych spotkaniach James Borrego nie mógł skorzystać z usług kilku istotnych zawodników.

„Szerszenie” nie są jednak jedynym zespołem, który boleśnie odczuł skutki pandemii. W każdym klubie obowiązują bowiem rygorystyczne obostrzenia. Zawodnicy nie mogą spotykać się swobodnie poza areną, w samolocie siedzą z dala od siebie, natomiast w szatni dzieli ich plastikowa szyba. Hayward ubolewa, że pomimo ciepłego przyjęcia nie zdołał jeszcze w pełni poznać nowego miasta.

– Nie mam jeszcze pełnego doświadczenia z Charlotte. Było jednak miło, kiedy mogłem pojeździć po okolicy i odwiedzić kilka miejsc. Robyn [żona zawodnika] się tu podoba, dziewczynom też. Zadomowiły się i kilka tygodni temu rozpoczęły szkołę. Wszystkie dobrze sobie radzą.

Choć Hayward dał poznać się jako zapalony miłośnik gier komputerowych, który każdą wolną chwilę mógłby spędzić z kontrolerem w dłoni, to wiele swojego czasu poświęca również rodzinie. Z tego właśnie powodu szczególnie bolesny był dla niego początek przygody w Charlotte, kiedy stale pozostawał w hotelu. W minionym roku Gordon doczekał się czwartego dziecka, wobec czego rozłąka na dłuższą metę nie wchodziła w grę, a jego rodzina przeniosła się do Karoliny Północnej. Na swoim blogu na podrozdział o rodzinie Hayward wykorzystał prawie 3 tysiące znaków. Mówiąc krótko – wszystko się układa. Czy pozaboiskowe sukcesy i optymistyczne nastawienie skrzydłowego wpłyną na ewentualne triumfy Hornets w perspektywie kilku najbliższych lat? Na odpowiedź musimy jeszcze zaczekać.

– Bycie częścią tego zespołu w Charlotte przez ostatnie cztery miesiące było świetną zabawą. To coś, co wyobrażałem sobie, kiedy decydowałem się tu grać. Jesteśmy bardzo młodą drużyną. Spodziewałem się, że będziemy w stanie rywalizować co wieczór. Każdego dnia, w każdym meczu staramy się być lepsi. […] Zróbcie hałas, Charlotte! – zakończył Hayward.

*Źródła:





2 KOMENTARZE

  1. Mało który zawodnik gra przez swoją karierę bez większej kontuzji. Część kończy przez to karierę. Wydawało się, że Klay Thompson jest odporny na kontuzje. Jak to dopadła to na kilka sezonów. Szkoda, bo GWS byli by wyżej w tabeli. Lubię ten TEAM.

Skomentuj Andrzej Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj