Większość młodych zawodników najlepszej koszykarskiej ligi świata dorastała, wzorując się na LeBronie Jamesie, czy Kobe’m Bryancie. Kyle Kuzma miał to szczęście, że mógł osobiście współpracować z oboma z nich. O początkach wspólnej znajomości z nieżyjącą już niestety legendą Lakers po raz pierwszy opowiedział dla The Players’ Tribune.

Poniżej prezentujemy wam pełną wypowiedź skrzydłowego Lakers:

Od dnia, w którym zostałem jednym z Jeziorowców, miałem tylko jedną rzecz w głowie. Musiałem spotkać się z Kobe’m. Przez całe lato codziennie wydzwaniałem do Roba Pelinki, próbując skontaktować się z Mambą. Wybierałem numer do Roba i mówiłem: „No dalej, pomóż mi. Chce z nim pogadać.” I tak przez kolejne minuty.

Aż w końcu pewnej nocy, kiedy byliśmy w Minnesocie, gdzie następnego dnia rozgrywaliśmy mecz, rozciągając się w moim pokoju hotelowym, dostaję przypadkowego smsa.  Tak po prostu, ni stąd ni zowąd: „Jo, tu Bean (drugie imię Kobe’go). Chodźmy na kolację. W niedzielę, kiedy wrócicie.”-

To jest Kobe….. piszący smsy na mój telefon. Co tu się ***** dzieje?

Zawsze jestem punktualny, ale dzisiaj przyszedłem 15 minut za wcześnie. Siedzę przez chwilę, aż pojawia się jego ochrona. Wchodzą i mówią: „Hej. Kobe już tu prawie jest. Właśnie parkuje.” Więc siedzę przy stole i po prostu czekam. –

Mamy dwa stoły, bo jeden stół jest dla mnie i Kobe’go, a drugi dla jego trzech czy czterech jego ochroniarzy. Ja po prostu siedzę sam przy stole i czekam na niego. Rozmawiam przez telefon, nie mogę doczekać się tej kolacji, popijam wodę, myślę o tym, jak to będzie. I wtedy jeden z ochroniarzy wstaje od swojego stolika. Podchodzi do mnie i mówi: „Hej. Kobe właśnie zaparkował. Będzie za dwie minuty.” Ja na to, „Dobra, spoko.” Ale w środku jestem po prostu cholernie spocony, i nawet nie wiem dlaczego.

Nagle wchodzi Kobe i jest dosłownie jak Mojżesz, przed którym rozstępuje się ocean. Wszyscy w restauracji po prostu na niego patrzą. A on podchodzi do mojego stolika i mówi: „Kuz, what up man?”. Po prostu zupełnie wyluzowany. A ja na to, „O *****, Kobe zna moje imię”. –

Rozmawialiśmy po prostu o życiu, koszykówce, o tym jak dorastałem i jak on dorastał. O wzlotach i upadkach jego kariery. Rozmawialiśmy o jego życiu biznesowym. O rzeczach, które naprawdę na niego wpłynęły.

Fajną rzeczą w Kobe’m było to, że zawsze starał się czegoś uczyć. Zawsze chcał zdobywać wiedzę i czerpać ją ze wszystkiego. On nie siedział tylko i odpowiadał na pytania. On zadawał je mnie. Na przykład: „Jak ukształtowało cię twoje wychowanie? Jak myślisz, czy to pomaga ci w profesjonalnej karierze? ” Rzeczy tego typu. Nie musiał tego robić, ale robił. To była dla mnie naprawdę fajna noc. To wspomnienie, które staje się dla mnie coraz ważniejsze i wyjątkowe w miarę upływu czasu.

Na wspólnym treningu mówił mi: W porządku, zrobimy teraz to, teraz tamto. Po 25 powtórzeń. Zazwyczaj jesteś na siłowni i robisz 10, 12. My robiliśmy po 25 wszystkiego. Po tym dniu byłem strasznie zmęczony i skończyłem z tym. Myślałem, że to był najgorszy trening w moim życiu.

Następnego dnia wpadłem do Roba Pelinki, a on mówi: „Kobe powiedział, że mieliście świetny trening. Powiedział, że jesteś w naprawdę dobrej formie”. A ja na to, że nie ma mowy, żeby to powiedział. Będę opowiadał moim wnukom o tym, jak Kobe powiedział, że jestem w formie. Takie rzeczy trzyma się przy sobie. Jestem i zawsze będę mu za to wdzięczny. – zakończył.








ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj