Nie dotknie tej serii syndrom paryski. Ciekawy to syndrom, polega on na psychicznym załamaniu spowodowanym rozczarowaniem turysty, którego wyobrażony na podstawie zdjęć i filmów obraz stolicy Francji nagle kontrastuje z jej prawdziwym obliczem. Nie jest to już pejzaż bajeczny, a turysta taki dostać może ataku paniki, trudności z oddychaniem i potoku łez, ot pamiątka z wyjazdu na wakacje do najpiękniejszego miasta świata. Ponoć Japończycy są w tym najlepsi. W przypadku tych finałów oczekiwania jednak nie przerosły rzeczywistości. Nie zawiedliśmy się i nie zawiedziemy już w tej serii.

Są rzeczy, w które trzeba wierzyć, są rzeczy, w które można wierzyć, są i takie nie do uwierzenia. Nie ma zaś w zmaganiach Boston Celtics z Golden State Warriors rzeczy, w które wierzyć nie wypada. A w sumie, czy w ramach sportowej koszykarskiej rywalizacji może nie wypadać w coś wierzyć? Czy się kibicuje, czy obiektywnie spogląda na schemat zagrywek. Czy entuzjazmu wybuchami okrasza nocne trafienia Jaysona Tatuma bądź Stephena Curry’ego, czy ze stoickim spokojem jak na szachistów przystało, przygląda się kolejnym pomysłom Steva Kerra lub Ime Udoki, przekładanym z procesów myślowych na parkietowe, słuchając przy tym Jeffa Van Gundy’ego. Niewiele może dzielić w czasie tych finałów, ot jedynie sympatia lub jej brak dla którejś ze stron. Albo też późna pora rozgrywania meczów. Albo wczesna. No właśnie, to może dzielić. Ale łączy jedno, warto wierzyć, bo wiara czyni cuda, a Bóg rzuca piłkę nie po to, żeby pisać na jej temat doktorat, ale żeby rzucać nią do kosza. Ortodoksyjność basketu sięga 3 metrów i 5 centymetrów.

Jakby prześledzić tak kilka haseł reklamowych pojawiających się wokół ligi NBA na przestrzeni ostatnich dekad, pomijając nowożytne, uporczywe wciskanie nam YoutubeTV, kilka lat temu jednym z nich było „Be a witness”. Innym było „Anything’s possible”. A dziś słyszę w TV „O My… Greatness”. Wszystko w końcu zmierza do uznania tego, że w naszym ukochanym sporcie rządzi coś więcej niż szereg reguł i zasad, zbiór uporządkowanej, precyzyjnie określonej formy. Bo tak jak w życiu, wszystko w teorii zgadza się do czasu, kiedy nie spotka się ona z praktyką. Tak jest i w koszykówce od lat, dekad, od zarania przez Jamesa Naismith’a jej dziejów. Nie można powstrzymać żywiołu sportu, nie można przewidzieć w szerokiej skali co przyniesie kolejny dzień walki o mistrzowski tytuł. Pięknie śpiewa zespół Myslovitz w „Scenariuszu dla moich sąsiadów”, że „wieczorem przed mym domem, wystawię ekran i obejrzę film”. A na genialnej płycie „Miłość w czasach popkultury” słyszymy, że „wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę i dyskutują o amerykańskich filmach”. Teraz mamy czasy nie popkultury a koszkultury i wieczorem wystawiam ekran i oglądam mecz. A dyskutujemy o amerykańskich meczach. Nie wiem, co przyniesie ów wieczór, ale cieszę się jak dziecko w hurtowni cukierków na to, co mnie czeka. Czemu zaś warto wierzyć? Pamiętamy przecież finały 2019 roku, kiedy Golden State Warriors zostali zdziesiątkowani kontuzjami, kiedy Klay Thompson opuszczał parkiet niesiony przez kolegów. Nie było już „splash brothers”. Historia zawisła na włosku, po takich kontuzjach się nie wraca. A na domiar wszystkiego, co złe, bo siła złego na jednego, Kevin Durant postanowił przenieść swoje talenty na Brooklyn. Kto by wtedy pomyślał, że niespełniona „jedynka” draftu postanowi stać się reinkarnacją Shauna Livingstona tylko na poziomie o kilka pięter wyższych. Wyższych, bo wysoka jest kultura gry. I kultura w ogóle tych dwojga zawodników, i ich niby inne, a wspólne dzieje, gdzie Livingston za czasów Los Angeles Clippers doznał kontuzji, której przyczyna na zapisie video powinna być cenzurowana, po której nie miał prawa już nie tylko grać, ale nawet chodzić normalnie. A Andrew Wiggins doznał kontuzji mentalnej, niespełniony, przewartościowany, niewarty swojej ceny, taka równia pochyła do chińskiej ligi, skąd już się nie wraca. Poddali się? Nic z tych rzeczy, jeden ma pierścienie, drugi o nie walczy. A Klay to po prostu koszykarskie zmartwychwstanie. Nie może nie cieszyć, nawet fanów Bostonu. Tak obiektywnie oczywiście.

A jeśli chodzi o Boston. Tak subiektywnie oczywiście. Ileż można znosić tak niebotycznie poważnej marki tak nieziemskie upokorzenia, porażki, odpadanie, ciągłe systematyczne odpadanie z play-offs? A w tym sezonie to w jego połowie chyba nawet ledwo do tych play-offs się załapywanie. W 2010 roku Ray Allen trafił w jednym z meczów 8 trójek w połowie. W jednej połowie meczu! A później Boston prowadząc 3-2 grał u siebie, przegrał sromotnie i mecz nr 7, tak, ten mecz został już dotknięty syndromem paryskim, przegrał w Los Angeles marzenia o mistrzostwie. Później Cleveland, Miami, Milwaukee. Zawsze ktoś zabierał te marzenia. Pokolenia się zmieniały, reminiscencja, bezwolne wspomnienia pozostały. Paul Pierce kiedyś, Ray Allen, Kevin Garnett zostali zastąpieni Tatumem, Smartem, Brownem. Wspomnienia odżyły, są dziś na parkietach. Czesław Niemen chyba to nucił. „I na parkietach i na mostach”. Tak, te finały to zdecydowanie motyw mostu i parkietu. I zielonej koniczyny rzecz jasna. Bo jak nie wierzyć w koszykarskie cuda, kiedy najlepszy zawodnik serii pudłuje 9 rzutów za trzy, wszystkie rzuty za trzy, kiedy obłożoną klątwą trzecią kwartę wygrywają Bostończycy a mecz można uznać za w pełni kontrolowany w czwartej jego części przez Warriors, mimo tego, że przed chwilą stracili 16 punktów przewagi. Dalibyście wiarę?

Więc jedno hasło jeszcze zostaje, to od wieków proklamowane, czyli „I love this game”. Niepodważalny slogan bezwarunkowej wiary w to, co jest, było i będzie. Czy to Spalding czy Wilson. Złoto czy zieleń. 3 metry i 5 centymetrów, 45 centymetrów średnicy, jak wzorzec jednostki kilograma w Sevres pod Paryżem, stanowi nienaruszalny filar naszej wiary. Niepodważalna jest miłość w czasach koszkultury.

Autor: Adrian Świetlik








3 KOMENTARZE

Skomentuj Rudeboy Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj