Zanim Jeremy Lin stał się niezmiernie popularny w New York Knicks, czym zdobył sobie ksywkę Linsanity, grał w Golden State Warriors. Zwolnili go po 29 meczach. Teraz wraca do klubu, który dał mu szansę w NBA. Historia zatoczyłą koło, a Lin chce udowodnić, że w dalszym ciągu należy do najlepszej koszykarskiej ligi świata.

Warriors zwolnią Lina przed rozpoczęciem sezonu regularnego, co oznacza, że będzie mógł ona grać w Santa-Cruz – klubie G League związanym z Warriors. Zostanie jednak równocześnie wolnym agentem i będzie mógł podpisać kontrakt z dowolnym klubem NBA.

Jednak nawet taki kontrakt poniekąd łączy obie strony ze sobą. Jeśli Golden State będą potrzebowali kolejnego rozgrywajacego, mają już Stephena Curry’ego, Brad Wanamakera i Nico Manniona, zawsze posiadać będą mieli opcję, aby ściągnąć go do siebie. Oczywiście jeśli zostanie w Santa-Cruz.

W poprzednim sezonie Lin grał w Chinach. Chciał jednak wrócić do NBA. Według doniesień jest tak zdeterminowany do powrotu, że jest gotów grać w G League, aby tylko być bliżej NBA. Nie jest wykluczone, że znajdzie pracę, ale będzie to z pewnością trudne. Ma już 32 lata, a w trakcie pobytu w Toronto Raptors nie spisywał się najlepiej.








ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj