W piątkowy wieczór w hali Mortgage Matchup Center, pośród wiwatów kibiców Phoenix Suns i przygnębiającej ciszy na ławce gości, dobiegł końca nie tylko sezon Golden State Warriors, ale być może jedna z najbardziej spektakularnych epok w historii współczesnej koszykówki. Porażka 96:111 w turnieju play-in przypieczętowała los drużyny, która przez ostatnią dekadę definiowała standardy NBA, pozostawiając fanów i ekspertów z jednym, palącym pytaniem: co dalej?
Obraz, który na długo zapadnie w pamięć kibicom z Bay Area, nie dotyczył jednak wyniku na tablicy, lecz wydarzeń z ostatnich sekund meczu. Trener Steve Kerr, architekt czterech tytułów mistrzowskich, objął swoich dwóch najbardziej zaufanych żołnierzy – Stephena Curry’ego i Draymonda Greena.
– Nie wiem, co wydarzy się dalej, ale kocham was nad życie. Dziękuję – takie, przepełnione wdzięcznością, słowa wystosował szkoleniowiec Golden State Warriors pod adresem swoich podopiecznych w geście, który wyglądał jak ostateczne pożegnanie. Ten emocjonalny moment zamknął dwunasty wspólny rok tej legendarnej trójki, która od 2014 roku poprowadziła zespół do sześciu występów w Finałach NBA.
Mecz z Phoenix Suns był brutalnym podsumowaniem trudnego sezonu, w którym Warriors legitymowali się bilansem 37-45. Curry, który dwa dni wcześniej niemal w pojedynkę wyrwał zwycięstwo w starciu z Los Angeles Clippers, tym razem sprawiał wrażenie zawodnika, zupełnie pozbawionego energii. Zdobył zaledwie 17 punktów, trafiając 4/16 rzutów z gry. Problemy kadrowe, w tym zerwanie więzadeł krzyżowych u Jimmy’ego Butlera oraz przewlekłe kłopoty samego Stepha z kolanem, okazały się przeszkodą nie do przeskoczenia dla nieuchronnie starzejącej się ekipy z San Francisco.
Największy znak zapytania wisi obecnie nad nazwiskiem trenera. Kontrakt Kerra wygasa wraz z końcem tego lata, a on sam nie ukrywa, że rozważa różne scenariusze. Podczas pomeczowej konferencji prasowej szkoleniowiec z niezwykłą szczerością odniósł się do swojej sytuacji zawodowej, mówiąc: – Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Trenowanie wciąż sprawia mi frajdę, ale wiem, jak to wygląda. Każda taka robota ma swoją datę ważności. Jest pewien moment, który mija, a potem przychodzi czas na świeżą energię i nowe podejście.
Mimo niepewności co do przyszłości w roli trenera Warriors, 60-latek wykluczył możliwość objęcia jakiejkolwiek innej drużyny w NBA. Podkreślił, że jego lojalność wobec Curry’ego jest bezgraniczna, co sugeruje, że albo powróci na ławkę Wojowników, albo zdecyduje się na przerwę od zawodu. Ostateczna decyzja ma zapaść po konsultacjach z właścicielem, Joe Lacobem, i menedżerem, Mikiem Dunleavym Jr-em, które odbędą się w ciągu najbliższych tygodni.
Chociaż dynastia wydaje się chwiać w posadach, filary drużyny nie zamierzają jeszcze schodzić ze sceny. 38-letni Stephen Curry, zapytany o to, ile lat gry widzi jeszcze przed sobą, odpowiedział z charakterystycznym dla siebie uśmiechem: – Kilka, bez dwóch zdań. Czyli więcej niż rok?
– Zdecydowanie tak. Tyle że rozmowy jeszcze się nie zaczęły, więc przed Warriors pracowite lato – stwierdził z kolei, zapytany o ewentualne przedłużenie kontraktu z drużyną.
W podobnym tonie wypowiedział się Draymond, który dysponuje opcją zawodnika na przyszły sezon o wartości 27,6 miliona dolarów. Green również stanowczo uciął spekulacje dotyczące rychłego zawieszenia butów na kołku.
– Nie przechodzę na emeryturę. Mam nadzieję, że zrobiłem wystarczająco dużo, by wciąż móc tu być – powiedział doświadczony skrzydłowy. Defensywny motor napędowy zespołu, mimo burzliwego sezonu i plotek transferowych, zadeklarował tym samym pełną lojalność wobec organizacji, z którą zdobył cztery pierścienie mistrzowskie.
Paradoksalnie, najgorszy od lat wynik sportowy może stać się dla GSW szansą na nowe otwarcie. Dzięki eliminacji z turnieju play-in, ekipa z San Francisco weźmie udział w loterii draftu 2026. Co prawda, jak poinformował już Brett Siegel, szanse na wylosowanie pierwszego numeru wynoszą skromne 2%, jednak prawdopodobieństwo na uzyskanie wyboru w czołowej czwórce oscyluje już w granicach 10%. W drafcie naszpikowanym takimi talentami, jak AJ Dybantsa czy Cameron Boozer, tego typu zastrzyk „świeżej krwi” mógłby znacząco wydłużyć okno mistrzowskie dla Stephena Curry’ego.
Póki co jednak Warriors stoją na rozdrożu. Z jednej strony mamy legendy, które wciąż wierzą w swoją konkurencyjność, z drugiej – trenera otwarcie mówiącego o potrzebie zmian i wygasający termin ważności obecnej formuły. Bez względu na to, jakie decyzje zapadną w gabinetach, jedno pozostaje pewne: era, która zmieniła oblicze współczesnej koszykówki, właśnie weszła w swoją najbardziej krytyczną i być może ostatnią fazę.










