Rick Carlisle może mieć spory problem przed pierwszym meczem w Dallas. Dirk Nowitzki narzeka na ból kolana, natomiast Deron Williams gra pomimo poważnego urazu pleców. Z kolei Stephen Curry nadal nie czuje się wystarczająco komfortowo.


Zaraz po wygranym przez Golden State Warriors meczu nr 2 serii z Houston Rockets, Stephen Curry w rozmowie z przedstawicielami mediów stwierdził, że wróci wtedy, kiedy będzie czuł się na to gotowy. Zespół jest w bezpiecznej sytuacji, więc na ma potrzeby wywierania presji na liderze. Jego zdrowie jest priorytetem na pozostałe części play-offów.

Jeśli teraz miałby podjąć decyzję, to na pewno bym nie zagrał – mówił Curry w środę, gdy Warriors przygotowywali się do spotkania nr 3. – Jutro się jednak może wiele zmienić – dodał. Sztab medyczny wysłał zawodnika na prześwietlenie stopy, które nie wykazało niczego poważnego. Mimo wszystko zawodnik nadal odczuwa lekki ból. Jeśli MVP nie zagra następnej nocy, dostanie siedem dni odpoczynku pomiędzy meczami nr 1 i 4. To sporo jak na pierwszą rundę play-offów.

Znacznie większy ból głowy ma trener Dallas Mavericks. Niewykluczone, że Rick Carlisle w trzecim meczu serii z Oklahomą City Thunder pozostanie bez dwóch liderów rotacji – Dirka Nowitzkiego oraz Derona Williamsa. Ekipa z Teksasu wielokrotnie udowadniała, że potrafi sobie radzić mimo poważnych kłopotów kadrowych. Jednak na tym szczeblu rywalizacji sytuacja wygląda nieco inaczej.

Nowitzki doznał kontuzji prawego kolana w drugim meczu serii. – Nie mogłem nim ruszyć, gdy wysiadałem z samolotu – przyznał. Sztab medyczny czyni cuda, aby postawić go na nogi. Natomiast D-Will ma przepuklinę kręgosłupa i gdyby to był sezon regularny, zawodnik zostałby definitywnie odsunięty od wszelkich aktywności.

Poza grą może pozostać J.J. Barea, który pod koniec sezonu regularnego doznał kontuzji pachwiny. Zawodnik przyznał, że czuje się lepiej, ale nadal nie ma pewności czy będzie gotowy wyjść na parkiet.

fot. Keith Allison, Creative Commons

NBA: Tom Thibodeau bliski Wolves!





1 KOMENTARZ

  1. Warriors nie potrzebują swojego lidera aby gładko przejechać się po bezjajecznych Rockets. Oglądając 2 pierwsze mecze miałem wrażenie że jedynym mężczyzną na parkiecie w czerwonym trykocie jest Beverley. Zabrzmi to może słabo, ale Houston marnują 8 spot na zachodzie. Zakładam że po Jazz mistrzowie przejechali by się z równą łatwością jak po Rockets, ale sądzę, że Utah przynajmniej pokazałoby jaja…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here