Z każdym kolejnym miesiącem sezonu regularnego, coraz więcej osób przekonywało się do słuszności decyzji o zainwestowaniu w Harrisona Barnesa. Problematyczny okres przygotowawczy zrodził wiele niepewności wobec przyszłości zawodnika w Dallas. Jednak sezon choć zostawia wiele do życzenia, to potwierdził, że Barnes z czasem wyrośnie na lidera z krwi i kości.


Latem minionego roku Harrison Barnes zdając sobie sprawę z planów Golden State Warriors, opuścił Oakland, by podpisać 4-letnią umowę za 94 miliony dolarów w Dallas. W nowym zespole skrzydłowy z trzeciej/czwartej ofensywnej opcji miał stać się główną strzelbą w arsenale Ricka Carlisle’a. Wskazywały na to pieniądze, które Mavericks za niego oddali. Po intensywnych finałach z Cleveland Cavaliers, latem Barnes nie miał czasu na odpoczynek z uwagi na reprezentację i wyjazd do Rio. Nie był pierwszorzędną postacią w rotacji Mike’a Krzyżewskiego, ale nie traktował tej przygody jako czas na regenerację.

Zaraz po zakończeniu Igrzysk Olimpijskich przyleciał do Teksasu, by rozpocząć z Mavs przygotowania do sezonu. W siedmiu meczach pre-season, notował na swoje konto średnio 6,9 punktu trafiając… 27% z gry. Obserwatorzy zaczęli kręcić nosem. Czy to pierwsze sygnały wskazujące na błąd popełniony przez zarząd drużyny? Oczywiście wszystko miał zweryfikować sezon regularny, więc wstrzymano się z ogłaszaniem werdyktów i zapewniono Barnesowi przestrzeń do aklimatyzacji. W efekcie zawodnik stał się jedyną pozytywną rzeczą, jaka przytrafiła się drużynie w pierwszej części rozgrywek.

Kontuzje mocno przerzedziły rotację Dallas Mavericks. Rick Carlisle miał związane ręce. Harrison nie wyglądał na szczególnie przejętego kłopotliwym początkiem, skupiał się na odnalezieniu optymalnej roli w zupełnie nowych warunkach. W 14 meczach listopada notował na swoje konto średnio 20,6 punktu, 5,4 zbiórki trafiając 45,7 FG% oraz 25% za trzy. Nie trudno było wskazać najsłabszy element jego gry. Zaczął więc nad nim pracować. W grudniu trafiał już 36,5% z dystansu, a w pięciu meczach stycznia jego liczba zatrzymała się na 52,9%. Styczeń generalnie sprzyja skrzydłowemu. 23,6 punktu, 55,8 FG%, ale ciągle tylko 2 zwycięstwa w ostatnich 5 meczach.

Mavs dopiero niedawno odzyskali Dirka Nowitzkiego, który od początku rozgrywek walczył z kontuzją Achillesa. Do formy wraca także Deron Williams. Rozgrywający potwierdza, że gdy nic mu nie dokucza, to nadal potrafi grać na bardzo wysokim poziomie. W wygranym pojedynku z Phoenix Suns w Meksyku zanotował 23 punkty i 12 asyst trafiając 4/5 za trzy. Nie do końca pewnym punktem pozostaje Wesley Matthews, który od kontuzji Achillesa ciągle nie potrafi odzyskać swojej regularności. W tym sezonie trafia 38,6 FG% i 37,6 3PT%.

Barnes potwierdza swoją wartość grając bardzo pragmatyczną koszykówkę. W Dallas ma więcej obowiązków związanych z grą na piłce i egzekwowaniem akcji, więc siłą rzeczy przenosi część energii na ofensywę. W Oakland jego głównym zadaniem była aktywna pomoc w obronie – głównie tak walczył o swoje minuty. Talent zawodnika był przez to uśpiony, dlatego gdy trafił na rynek wolnych agentów stał się intrygującą, ale zagadkową wartością. Mavs po 39 meczach sezonu mają dopiero 22. obronę w lidze (107,2 punktu tracone na sto posiadań) i obecność Barnesa nie wpływa znacząco na jej jakość (z Barnesem Mavs tracą 106 punktów na sto posiadań). To właśnie efekt zupełnie innego rozłożenia energii przez gracza. Ciągle się przyzwyczaja, ciągle nie pokazał wszystkiego.

NBA: Komisarz przyspieszy końcówki meczów?



Subscribe
Powiadom o
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
swidur
13 stycznia 2017 23:10

Na razie to wydali 94mln i prawdopodobnie przez najbliższe lata nie powąchaja Po

Cikos
Cikos
14 stycznia 2017 00:46

Za wczesnie,zeby oglaszac sukces….

Gregor
Gregor
14 stycznia 2017 09:44

Nie sądzę aby na nim za kilka lat opierała się gra Mavs. Będzie kolejna przebudowa