Gdyby kogokolwiek zapytać o skojarzenia, jakie nasuwają się na myśl o stanie Arizona, można być pewnym kilku odpowiedzi, a mianowicie – Geronimo, Apacze, Pueblo, kaktusy i oczywiście upał. Rzecz jasna, ta lista się nie kończy – ten stan sąsiadujący z Nowym Meksykiem od Wschodu, z Utah od Północy, z Kalifornią i Nevadą od Zachodu i z Meksykiem od Południa, znany jest z pustynnych krajobrazów i z występowania licznych gatunków zwierząt. Wyliczankę należy zacząć od helodermy jadowitej, a zakończyć na kukawce kalifornijskiej i kojocie preriowym, które były pierwowzorami słynnego bajkowego duetu w postaciach błyskawicznego Strusia Pędziwiatra oraz równie inteligentnego co fajtłapowatego kojota Wilusia, przez jaką przewijają się inni przedstawiciele arizońskiej flory i fauny. Pomimo tych wszystkich interesujących faktów Arizona jest znana ze swojego umiłowania do sportu, a w szczególności koszykarskiego klubu ze stolicy, czyli Phoenix Suns. W tej drużynie występowało wielu znakomitych graczy, pojawiających się na czołówkach gazet i w migawkach podsumowujących wydarzenia minionego tygodnia czy miesiąca w National Basketball Association. Jason Kidd, Steve Nash, Shawn Marion, Dan Majerle, a przede wszystkim Charles Barkley – są to personalia znane nie tylko w Phoenix, w swoim czasie nazwiska tych zawodników były zapisane w notesie każdego trenera NBA, cieszyli swoją grą każdego kibica Słońc i świecili naprawdę jasnym blaskiem, niekiedy nawet przyćmiewającym wielkich rywali z Zachodu, czyli Houston Rockets, San Antonio Spurs, Houston Rockets, Utah Jazz i rzecz jasna Los Angeles Lakers. Poza tym, losami Słońc w pierwszej dekadzie XXI wieku interesował się każdy polski kibic koszykarski, gdyż w ich barwach występowało aż trzech Polaków, a byli to Cezary Trybański, Maciej Lampe i Marcin Gortat.


Debiutanckie rozbłyski

Słońca są klubem w wieku średnim — ich debiutancki sezon to kampania 1968/69, podczas gdy pierwsze zespoły w lidze zaczynały swoją działalność pod koniec czwartej dekady dwudziestego wieku. W swoim drugim sezonie zdołały się zakwalifikować do fazy pucharowej i tam były blisko sensacji, lecz ostatecznie odpadły w dywizjalnych bojach z Jeziorowcami, ulegając im w siedmiu meczach. Potem wiodło im się różnie — przez sześć kolejnych lat Suns nie znaleźli się w gronie drużyn uprawnionych do występów w playoffach, a później kwalifikowali się do nich z tylko jednoroczną przerwą w sezonie 1976/1977 – w trakcie całej dekady wystąpili aż dziewięć razy w play-offach.

Tam udało im się tylko raz dojść do Finałów NBA, gdzie w sześciu meczach musieli uznać wyższość Boston Celtics. W pozostałych latach docierali do swojego sufitu, jakim był finał Konferencji Zachodniej, a po sezonie 1984/1985 nastąpił dość pechowy okres, ponieważ przez trzy lata z rzędu zajmowali dziewiąte miejsce na Zachodzie, tak bardzo nielubiane przez koszykarzy. Znamienne w tym wszystkim było to, że w kampanii 1987/1988 Słońca nie miały się czym chwalić, ponieważ skończyły ją w żałosnym stylu — o bilansie 28-54 wszyscy w Arizonie chcieli jak najszybciej zapomnieć. Żeby to zrobić w Phoenix, postanowiono przeprosić się z nowym, starym szkoleniowcem o nazwisku Cotton Fitzsimmons, który w przeszłości zajmował już stanowisko głównego trenera Słońc.

Ten rok w Phoenix był tragiczny również z innego powodu — przed sezonem doszło do skandalu narkotykowego nazwanego Waltergate, z udziałem byłych i obecnych graczy Suns. Dla organizacji było to wstrząsem, co podkreślał Jerry Colangelo, kapitan tonącego okrętu i przyznał, że James Edwards, Jay Humphries, Grant Gondrezick oraz Garfield Heard i Mike Bratz podeptali dobre imię Phoenix Suns. Pancernik Arizona rychło po tym otrzymał kolejną torpedę, gdyż zaledwie cztery miesiące po haniebnym incydencie ze środkami odurzającymi w katastrofie lotniczej kursu Northwest Airlines 255 zginął center Nick Vamos z żoną, a na liście ofiar znalazło się 156 osób.

Po otrzymaniu tej hiobowej wieści Colangelo był zrozpaczony — w ciągu jednego półrocza dostać dwa tak mordercze uderzenia od losu było o wiele za dużo, z trudem powstrzymywał się od wybuchu łez i z jego wypowiedzi płynął nieukojony żal:

Jesteśmy zszokowani, zszokowani i głęboko zasmuceni stratą Nicka Vanosa. To po prostu straszny szok, gdy młody człowiek traci życie w tak młodym wieku. Ostatnio wydawało się, że Nick wchodzi w swoje własne życie, a odebranie mu życia w tym czasie jest tragedią dla jego rodziny, przyjaciół i naszej organizacji.

Zawodnicy, zdawać by się mogło – nie będą w stanie się zmobilizować i w następnej kampanii zagrać lepiej. Tymczasem Fitzsimmons tchnął w drużynę nowego ducha i po zakończeniu fazy zasadniczej fani mogli przecierać oczy ze zdumienia, gdyż Suns kolokwialnie mówiąc rozbłyśli. Wystarczy powiedzieć, że wygrali 55 spotkań, czyli poprawili się o blisko tyle samo, ile przed rokiem. To zaowocowało pewnym miejscem na podium Zachodu i zauważalną poprawą atmosfery w Phoenix.

Życie, a zwłaszcza sport bywają nader rozczarowujące — w play-offach energia słoneczna utrzymywała się na wysokim poziomie, Suns odprawili z kwitkiem zespoły Denver Nuggets i Golden State Warriors, i po cichu w Arizonie zaczęto mówić o powtórce z sezonu 1975/1976, i grze w Finałach NBA. Jednak z graczy nadspodziewanie szybko uszło powietrze i Słońca zostały wyjaśnione przez Lakers, którzy wygrali wszystkie cztery spotkania. Następne lata były do siebie podobne, ponieważ Phoenix prezentowali się, jak należy w sezonie regularnym, a w play-offach odpadali bez walki. W Arizonie stwierdzono, że tak dalej być nie może i zdecydowano o sprowadzeniu koszykarza światowego formatu. Przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich w Barcelonie, 17 czerwca 1992 roku szefowie Phoenix poinformowali, że w szeregach ich zespołu od sezonu 1992/1993 będzie występował ich uczestnik i zarazem złoty medalista — wybór padł na Charlesa Barkleya.

The Round Pound of the Rebound

Sir Charles, Krągły Pagórek Zbiórek, Chuck — tak oto nazywano wielki talent z Alabamy w osobie Barkleya. Kibice do pierwszego meczu nowego sezonu siedzieli jak na szpilkach, nie mogąc się doczekać występu tego zawodnika w barwach ich drużyny. Umiał po prostu wszystko, a pomimo wzrostu poniżej dwóch metrów miał atomowy wyskok dosiężny i w walce o zbiórki skutecznie radził sobie z wyższymi od siebie rywalami. Fanom z Phoenix, zapatrzonym w niego jak w obrazek, niespecjalnie przeszkadzał wyrywny i impulsywny charakter ich idola — słynął z kwiecistych i kontrowersyjnych wywiadów oraz z nagannych postępków takich jak oplucie kilkuletniego dziecka. Ponadto, sam przestrzegał rodziców przed bezkrytycznym zachwytem nad jego osobą i kultem jednostki:

Dam wam dobrą radę — my sportowcy umiemy tylko konkretną rzecz. Jeśli chodzi o mnie, to jest to wrzucanie piłki do kosza. Nie oznacza to, że wasze dzieci mają mnie naśladować i żebym był dla nich autorytetem. Pierwsza sprawa — żadne z nich nie będzie ani Michaelem Jordanem, ani Charlesem Barkleyem. Druga — społeczeństwo potrzebuje nie tylko koszykarzy. Ja z kolei podziwiam żołnierzy, lekarzy, czyli ludzi, którzy służą innym.

Niemniej, Phoenix miało do czynienia ze zjawiskiem dotąd niespotykanym — można było je określić mianem suns-o-manii. Wszyscy szaleli na ich punkcie, grace byli traktowani jak bożyszcza i podejmowani po królewsku, gdziekolwiek by się nie znaleźli. Skład był iście słoneczny, gdyż prócz Barkleya Fitzimmons miał pod swoją komendą Kevina Johnsona, dynamicznego mistrza wsadów Cedrica Ceballosa, Toma Chambersa, Dana Majerle, a ich wszystkich sklejał Danny Ainge. Ci zawodnicy swoją grą obiecywali mistrzostwo i z takimi nadziejami rozpoczęto zmagania w nowej odsłonie 1992/1993.

Było znakomicie — grudniowa seria 14 zwycięstw, 62 wygrane przy 20 porażkach na finiszu, podwójna korona, a więc triumf w dywizji oraz konferencji. Nie było przeciwwskazań, żeby nie myśleć o mistrzowskim pierścieniu, ale oponenci nie spali i byli czujni. Mało brakowało, a Słońca bardzo wcześnie rozpoczęłyby wakacje – w pierwszej rundzie poległy w dwóch spotkaniach, a sposób na nich znaleźli Lakers, wygrywając 107:103 i 86:81. To nie zdziwiło Barkleya, był bowiem zdania, że w play-offach łatwych spotkań nie ma:

Lakers mają zbyt bogatą tradycję żeby położyć się przed nami i prosić o najłagodniejszy wymiar kary. Do tego, mają kilku bardzo dobrych zawodników.

Sama tradycja to za mało – Suns się przełożyli i wygrali trzy mecze z rzędu, a decydujący o awansie do zachodniego półfinału odbył się w America West Arena, przed żywiołowo dopingującymi fanami Phoenix. Nikt nie zawiódł, zarówno gracze, jak i fani, lecz obie grupy musieli się mocno napocić, ponieważ koszykarze z Miasta Aniołów poddali się dopiero po dogrywce. W tym spotkaniu, jak i w całej serii najlepiej rzucał i zbierał Barkley gromadząc 31 punktów i 14 zbiórek, Suns zwyciężając 112:104 przeszli do następnej rundy.

Tam z kolei czekali na nich San Antonio Spurs, co było zapowiedzią klasyku Tex-Mex. Tym razem Słońca w pełni kontrolowały przebieg tej serii, wygrywając wszystkie domowe spotkanie i jedno wyjazdowe, decydujące o tym, kto zagra przeciw Seattle Supersonics, w serii o panowanie na Zachodzie. Ojcem zwycięstwa został nie kto inny jak Barkley, oddając decydujący, celny rzut nad Davidem Robinsonem, dzięki któremu Słońca wygrały 102:100.

W bojach z Sonics koszulka lidera przechodziła z rąk do rąk — raz wygrywali Phoenix, raz Seattle. I znowuż, w America West Arena miało dojść do rozstrzygnięcia, kto wystąpi w wielkim Finale NBA. W drużynie ze stanu Waszyngton bardzo dobrze grali Shawn Kemp i Gary Payton, sprawiając mnóstwo kłopotów rywalom z dalekiego południa. Mecz numer 7 to popis Sir Charlesa, który zdemolował obręcze i tablice, wykręcając 44 punkty i dokładając 24 zbiórki, udowadniając światu, że zarówno on, jak i jego team mają bardzo poważne aspiracje i zamiary do sięgnięcia po najwyższy laur i trofeum.

Aż wreszcie — w jednym narożniku Michael Jordan i jego Chicago Bulls, w drugim Charles Barkley i jego Phoenix Suns. Czy miał być remis pomiędzy przyjaciółmi z golfa i zapiekłymi przeciwnikami z parkietu w mistrzowskich sygnetach? Wszyscy mieli się o tym przekonać. Pierwsze spotkanie zostało rozegrane w samym sercu pustyni 9 czerwca i przed jego rozpoczęciem uczczono minutą ciszy tragicznie zmarłego Dražena Petrovicia. Wspomnienie tej tragedii podziałało demotywująco na gospodarzy pierwszej odsłony Finałów 1993, którzy przegrali 92:100, choć byli w kontakcie z Bykami. Najlepsi po obu stronach barykady byli jak zwykle Jordan i Barkley — ten pierwszy mógł zawstydzić Charlesa, rzucając 31 punktów przy 21 oczkach swojego adwersarza. Barkley nie przejął się tym zanadto i przypomniał, że nie powinno się wyciągać daleko idących wniosków po zaledwie 48 minutach rywalizacji:

Nie dajmy się zwariować. Zobaczymy co będzie po drugim meczu. Jeśli i ten będzie nie po naszej myśli wtedy będzie można zacząć się martwić.

Racja, pierwsze koty za płoty, ale nie było żadnej gwarancji, że uda się odrobić straty. Barkley wprawdzie robił wszystko, żeby tak się stało, ale w opisie drugiego spotkania można wykorzystać sparafrazowane mickiewiczowskie „a imię jego czterdzieści i dwa” – Michael i Charles zremisowali pomiędzy sobą w rozgrywce indywidualnej i obaj zdobyli po 42 punkty. W zespołowej — górą był Jordan, Bulls wygrali 111:108.

Strach zajrzał graczom Phoenix w oczy — teraz musieli udać się do Chicago, na niezwykle trudny i wymagający teren. Mecz numer 3 to był istny dom wariatów — potrzeba było aż trzech dogrywek, żeby poznać zwycięzcę. Ludzie w Chicago Stadium łapali się za głowy, patrząc na to, co wyprawiają koszykarze, trzymający karty przy orderach. Ktoś musiał je w końcu rzucić na stół i powiedzieć pas w tej licytacji — tym razem byli to Bulls. W kluczowych momentach popełniali tragiczne błędy, pozwalając przeciwnikom Arizony na proste layupy i na rzuty z wyskoku. Zostali za to ukarani przez Grzmiącego Dana, ten zawodnik aż sześć razy przymierzył celnie zza łuku i skończył mecz z 28 oczkami. Dzielnie wspierali go zawodnicy z pierwszej piątki, ponieważ każdy zapisał w swoim dorobku dwucyfrową zdobycz punktową, a i dwóch zawodników rezerwy mogło się tym poszczycić. Na równą, stabilną formę zespołu zwrócił uwagę rozgrywający Słońc Kevin Johnson:

Tutaj zadziałało prawo średnich. Wszyscy dobrze punktowali, mieliśmy zbilansowane zdobycze, a ja wreszcie po dwóch słabych występach zanotowałem dobry.

Słońca świeciły jak się patrzy, trener Paul Westphal był zadowolony ze swoich podopiecznych, wszyscy w Suns mogli bez obaw chodzić z podniesionym czołem – wygrana 129:121 w takich okolicznościach jest powodem do chwały.

No cóż, byk został sprowokowany, machina ruszyła — Jordan nie mógł powiedzieć o sobie niczego dobrego — na 10 ostatnich prób w jego wykonaniu tylko jedna znalazła drogę do kosza. Było niemal pewne, że M.J. odbije sobie to z nawiązką. Te przypuszczenia sprawdziły się co do joty, gdyż Jordan znowu przebrał się za Boga i wpakował Słońcom 55 punktów, prowadząc swoją ekipę do zwycięstwa 111:105 w meczu numer 4:

Został już tylko jeden mecz. Nie możemy dopuścić do tego, żeby pierścień wyleciał nam z rąk. W drużynie obowiązuje cały czas stan wojenny.

Jordan za bardzo rozpieszczał swoich kolegów i fanów — ci chyba uwierzyli, że Michael będzie cały czas w dobrej formie. Ten potwierdził te przypuszczenia, dwie piątki w protokole meczowym zastąpiły czwórki, lecz postawa innych była fatalna — tylko Scottie Pippen i John Paxson grali z japońska jako tako, reszta zawodników zdobyła łącznie 23 punkty. To był hańbiący dorobek, zważywszy na to, że tę sumę trzeba było podzielić przez 8 graczy. Nic zatem dziwnego, że Byki przegrały spotkanie numer 5 108:98, a przed Słońcami otworzyła się szansa na wyrównanie stanu serii. Najwięcej dla Phoenix rzucił Dan Majerle, a głównodowodzący Barkley uznał, że jego Słońca ponownie wzeszły:

Zrobiliśmy to dla siebie, dla klubu i dla miasta. Wyszliśmy z głębokiego kanionu i teraz jesteśmy na jego krawędzi.

Pośród piasków Arizony, w America West Arena odbyła się szósta odsłona pojedynku dwóch rewolwerowców o pseudonimach Mike i Chuck. Powietrze było rozgrzane do czerwoności, padał celny strzał za strzałem, ale to Słońca na kilka sekund przed końcowym brzęczykiem były na minimalnym prowadzeniu 98:96, wcześniej odrabiając straty. Piłkę mieli Bulls i to oni mieli przeprowadzić ostatnią akcję, toteż wszystkie wysiłki obrony skupiły się na zatrzymaniu Jordana. Nie pomyślano o pozostałych graczach — Jordan oczywiście zaabsorbował sobą obrońców, następnie podał do Horace’a Granta, a ten wypatrzył Johna Paxsona. Obrońca Byków celnie przymierzył za trzy punkty, obracając wniwecz marzenia Słońc. Wprawdzie Suns mieli jeszcze dosłownie chwilę czasu, lecz na nic to się zdało, Grant przyblokował Johnsona i trzeci tytuł mistrzowski dla Bulls stał się faktem. Rozemocjonowany bohater Paxson odpowiadając na pytania żurnalistów, wyznał, że nie oczekiwał podania i nie przypuszczał, że stanie się najważniejszą osobą tego wieczoru:

Myślałem, że Michael weźmie to na siebie, zdobędzie punkty albo wymusi faul. Tak się jednak złożyło, że piłka dotarła do mnie. W takich sytuacjach po prostu się nie myśli, działa się instynktownie. Łapiesz i rzucasz, to są powtarzalne mechanizmy wypracowane na treningu.

Wśród Słońc zapanowała poruta, nie przyjmowali do wiadomości, że to już koniec. Wszyscy mieli do siebie ogromne pretensje, szczególnie Majerle wyrzucając sobie, że nie przewidział takiego rozwoju wypadków i dopuścił do otwartej pozycji rzutowej Paxsona. Chicago wygrało 99:98 i mogli w euforii wracać do siebie na huczną celebrację.

Pocałunek śmierci

W Phoenix długo nie mogli pojąć, jak to się stało, że mimo tak rewelacyjnej minionej kampanii wszystko wzięło w łeb, tyle trudu poszło na marne. Jednak w głębi duszy znali odpowiedź, co było tego przyczyną. Jordan był w miarę dobrze powstrzymywany, inni gracze też, ale odpuszczono krycie tego, który w teorii nie mógł sprawić większego zagrożenia, czyli Paxsona — i tu był pies pogrzebany. Trener Westphal poruszał to zagadnienie z graczami i w przyszłym sezonie obiecywano sobie, że teraz się uda, wszak Chicago się osłabili, ponieważ Jordan zakończył karierę. Skład pozostał nienaruszony, Słońca jeszcze raz jasno zaświeciły — no, może niezupełnie bowiem osiągnięty po 82 grach bilans był ciut słabszy niż poprzednio. Jednak 56 zwycięstw przy 26 porażkach dawał Suns przewagę własnego parkietu, przynajmniej w pierwszej rundzie play-offów. W tejże Golden State Warriors zostali spaleni przez piekielne promienie arizońskiego słońca, Phoenix wygrali gładko 3-0. Schody i to poważne zaczęły się w drugiej rundzie — tam czekali Houston Rockets, na cele z Hakeemem Olajuwonem i wzmocnieni zawodnikiem o sprężynach zamiast nóg, a tym kimś był Clyde Drexler zwany Szybowcem. Phoenix nie przelękli się mocnego przeciwnika i dwa razy ograli go na jego terenie w hali The Summit — Game 1 zakończyła się rezultatem 91:87, a Game 2 po pięćdziesięciu trzech minutach 124:117.

To byłą spora zaliczka przed nadchodzącymi meczami, następne dwa spotkania miały zostać rozegrane w Phoenix. Gracze Suns mogli być z siebie zadowoleni, Barkley cieszył się ze swojej postawy i kolegów opowiadając kwieciście o atutach Słońc, czyli grze z kontrataku i rzutach za trzy. 

Arizońskie media apelowały o koncentrację i skupienie, lecz efekt był zgoła nieoczekiwany, Słońca poczyniły sobie dokładnie odwrotnie, niż tego chciano. Seria trzech porażek z rzędu w rezultatach 102:118, 96:107 i 86:109 postawiła pod dużym znakiem zapytania losy Suns w tym starciu. Wprawdzie przed własną publicznością potrafili jeszcze wygrać 103:89, ale w Teksasie byli bezradni i zostali pokonani 94:104. Barkley dawał upust swojej frustracji – ból pleców oraz świadomość tego, że znowu musi jechać do domu, zirytowała go tak bardzo, że uderzył z olbrzymią siłą wchodzącego pod kosz Olajuwona. Hakeem był pełen pobłażania dla Charlesa, w końcu nie jest to codzienna sytuacja, że odpada się po siedmiu meczach:

Ja w pełni rozumiem Charlesa. Wprost wychodził ze skóry żeby wygrać ale nie mógł tego robić bo miał nas naprzeciw siebie. Emocje nim targnęły ale nie potępiam go. Nie przesadzajmy, przecież żyję i jestem cały, nie ma tragedii.

Były to nad wyraz wyważone słowa jak na Olajuwona – wprawdzie był daleki od używania słów obraźliwych, lecz kiedy coś szło nie po jego myśli, lubił ponarzekać. Na tamtą chwilę nie miał powodu, Rakiety wygrały i awansowały do boju o prymat na Zachodzie, a Słońca miały o czym rozmyślać.

Nikt w Phoenix nie był pewien, jak to będzie z Barkleyem — przebąkiwano o jego odejściu, czy to do innej drużyny, czy na sportową emeryturę. Ta druga groźba zdawała się bardziej realna, gdyż Barkleyowi niemiłosiernie dokuczały plecy, już w trakcie meczów z Houston. Bywając zagadywany o to, co dalej pozostawiał w niepewności pytających, sam wydawał się nie do końca pewny tego, czy zdrowie mu pozwoli grać w koszykówkę:

Mogę szczerze powiedzieć, że nie wiem, czy jeszcze zagram. Czy to był mój ostatni występ w Phoenix? Nie mam pojęcia, teraz jest za wcześnie o tym mówić. Muszę pogadać z Larrym Birdem, on miał podobny uraz, może po tym będę mądrzejszy.

Sir Charles zdołał do startu nowego sezonu wydobrzeć i nie dał się skusić na potencjalny transfer. Pozostał w Phoenix, którzy mieli nadzieję, że teraz to ich będzie na wierzchu. Faza regularna była bardzo dobra, bilans 59-23 pozwolił wygrać dywizję Pacyfiku i być wiceliderem Zachodu, lecz licznik ulegał wyzerowaniu, wszystko zaczynało się od nowa. Scenariusz ułożył się analogicznie jak przed rokiem — Suns zamietli pod piaskowy dywan Portland Trail Blazers i w drugiej rundzie spotkali się z… Houston Rockets, obrońcami mistrzowskiego trofeum. Każdy w Suns dyszał żądzą zemsty za ubiegłoroczną wpadkę, a i eksperci oraz bukmacherzy dawali więcej szans Słońcom na wygraną — Rakiety osiągnęły, co chciały i było wątpliwe czy starczy motywacji na powstrzymanie wściekłego Barkleya i spółki. Pierwsze dwa spotkania ponownie należały do Phoenix, a różnica polegała na tym, że wygrali je w swojej siedzibie, rok wcześniej ta sztuka udała im się na wyjeździe. Zawodnicy Słońc byli pełni optymizmu, było nie było 130:108 i 118:94 były aż nadto oczywistym pokazem siły i dominacji.

Potem, po dwóch meczach w Teksasie było jeden do jednego i Słońca oddzielał tylko jeden triumf od wyeliminowania Rakiet. Szkoleniowiec Suns Paul Westphal był podekscytowany tym, co się działo z jego drużyną, reakcje chemiczne w Słońcu przebiegały nad wyraz aktywnie:

Jest bardzo dobrze, jedziemy autostradą do finałów, szeroką i pustą.

Niestety, Słońce, z niewiadomych powodów zaczęło przemieniać się w białego karła — najpierw dzwon 97-103 w domu, kiedy to ponad 19 tysięcy ludzi daremnie oczekiwało na relegację Rakiet z play-offów, a potem nastąpił kolejny, już w Teksasie 103:116. Zrobiło się nerwowo jak diabli, lecz to Phoenix byli w uprzywilejowanym położeniu, gdyż mecz ostatni miał się odbyć w ich domowej hali i oni sami obiecali sobie, że nie zawiodą kibiców. Pierwsze dwanaście minut to urzeczywistniło, Suns prowadzili trzynastoma punktami. Przez następne pół godziny było apopleksyjnie, a szczególnie w trzeciej i czwartej kwarcie — najpierw Rockets dogonili Suns, a po wtóre nie zezwolili na odskoczenie swoim oponentom.

Koniec meczu zbliżał się nieubłaganie, kiedy na zegarze pozostało 20 sekund do upływu regulaminowych 48 minut, rezultat wynosił 110:110. Piłkę z własnej połowy wyprowadzał Kenny Smith z Rockets, po kilku chwilach przekazał ją do Roberta Horryego. Ten szybko zorientował się w boiskowych realiach i długim crossowym zagraniem odnalazł czającego się jak wielki pająk w lewym rogu parkietu Mario Elie. Zdawało się, że czas przestał istnieć, kiedy Elie oddawał swoją próbę — okazała się skuteczna, ławka Houston eksplodowała z radości.

Fani Phoenix zobaczyli na własne oczy szatana zagłady, Elie wysłał im pocałunek śmierci, choć ponownie może kłaniać się wieszcz z Nowogródka — on to właśnie napisał Balladę Alpuhara, w której pokonany muzułmański król Almanzor gestem fałszywej miłości wygubił Hiszpanów:

Pocałowaniem wszczepiłem w duszę
Jad, co was będzie pożerać

Pójdźcie i patrzcie na me katusze:
Wy tak musicie umierać!

Te katusze były naturalnie udziałem Phoenix, cała reszta się zgadza. Suns szamocąc się w desperacji, chcieli odwrócić losy spotkania, lecz nie mieli szczęścia, diabeł tkwił w szczegółach, a był nim ten jeden jedyny punkcik, Rakiety wygrały 115:114. Elie spoglądał po hali Suns wzrokiem pełnym dumy:

Co innego, jak sobie trenujesz w parku i oddajesz tysiące takich rzutów, a co innego, kiedy patrzy na ciebie prawie 20 tysięcy ludzi.

Jego koledzy byli wniebowzięci wynikiem i tym rzutem, lecz Olawujonowi zrobiło się bardzo żal pokonanych:

Powiedziałem do Mario, że jest złym człowiekiem. Wystarczyło trafić za dwa, a on wbił im gwoździa za trzy. Ogromnie się cieszę, ale jest mi jednocześnie bardzo przykro, jak widzę jaka atmosfera jest tutaj.

Powtórka z wątpliwej rozrywki, Suns w tym stanie nadawali się tylko na poważną terapię. To było niepojęte — jak doszło do roztrwonienia tego dorobku:

Nie wiem, nie dociera to do mnie. Nie mam słów, to się nie wydarzyło. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem – A.C. Green.

Byliśmy po prostu gorsi. O czym tu mówić, przegrywamy trzy mecze z rzędu, nie mamy tu czego szukać – Kevin Johnson.

Barkley oznajmił wszem wobec być może zbyt pochopnie, że jest to koniec jego występów w NBA, ogarnęło go zwątpienie oraz zniechęcenie i na koniec rzucił krótko:

Muszę się napić. A potem może będę kandydował na gubernatora Alabamy. Jednym życie, drugim śmierć, tylko dlaczego nam dwa razy to samo — zakrzyknięto w całej Arizonie.

To jest sport i jego piękna oraz demoniczna natura, ktoś wygrywa i wchodzi do nieba, ktoś przegrywa i idzie do piekła, aczkolwiek dosłownie i w przenośni Słońca nie musiały postępować nawet kroku w tym kierunku — na dworze ponad 50 stopni, w America West Arena jeszcze więcej a sprawę nastrojów z grzeczności lepiej zostawić w spokoju.

Zaćmienie Słońca Sir Charles uznał, że da sobie jeszcze jedną szansę w Phoenix, ale dotarło do niego, że jeśli chce być posiadaczem pierścienia musi ewakuować się z Arizony – ten zespół spadał coraz niżej. Równiutkie bilansowe 50 procent, czyli 41:41 i wtopa ze Spurs w pierwszej rundzie uzmysłowiły Barkleyowi, że czas pakować manatki. Tak też postąpił i dał nogę na wschód, do Teksasu, gdzie dołączył do wielkiego duetu w osobie Olajuwona i Drexlera. Suns otrzymali w zamian Roberta Horry i Sama Cassella, zaangażowali wolnego agenta Rexa Chapmana, wzięli w drafcie studenta z uczelni Santa Clara o nazwisku Steve Nash i musieli sobie radzić bez Barkleya. Ich początki były kompromitujące – nie mogli wygrać żadnego z pierwszych 14 spotkań, zakopali się głęboko w dole i nie było widać żadnego promyka nadziei na horyzoncie. Zadziałano natychmiast – sprowadzono młodego odważnego trenera, jakim był Danny Ainge, niegdyś gracz Suns a dyrygentem i mózgiem zespołu miał być wzięty z Dallas Mavericks Jason Kidd.

Wiele obiecywano sobie po tym graczu, co podkreślali wspólnie ojciec i syn mafii Colangelo, a więc Jerry i Bryan:

Transfer Jasona był tym, czego potrzebowaliśmy jak ryba wody. Wierzymy, że będzie dobrze.

To okazało się prawdą, magia i inteligencja Kidda odmieniła Phoenix Suns, gdyż z upadku na samo dno w ciągu kilku miesięcy podźwignęli się do siódmego miejsca na Zachodzie. 40-42, a odliczając tragiczny początek 40-28 – to budziło respekt. W playoffach czekali na nich Seattle Supersonics, lecz Słońca były blisko sensacji, prowadząc po trzech meczach 2-1, a grało się do trzech zwycięstw. Mogły przejść do historii we własnym domu, ale klątwa Elie dalej nie została zdjęta, po dogrywce Seattle urwali się ze stryczka i wygrali 122:115.

Ponaddziękowcy w piątym, rozstrzygającym o wszystkim meczu nie pozostawili złudzeń Słońcom i w Key Arena uszczęśliwili swoich fanów, wygrywając 116:92. Mimo to, gracze Phoenix mogli być pełni satysfakcji, znowu awansowali do play-offów, napsuli sporo krwi gospodarzom, a posiadacze i właściciele klubu roztaczali mocarstwowe wizje przed drużyną:

Mamy pomysł i koncepcję na nadchodzące lata.

Tyle że jakieś złośliwe licho systematycznie krzyżowało ich zrealizowanie, wolni agenci lgnęli do Phoenix jak pszczoły do miodu, ale wyników nie było. Faza zasadnicza była zazwyczaj udana, ale pierwsza runda była ścianą, z jednym wyjątkiem — w sezonie 1999/2000 Słońca doszły do półfinału, gdzie nie miały byt dużo do powiedzenia w konfrontacji z Los Angeles Lakers. Wszyscy zastanawiali się, co jest blokadą, przecież Penny Hardaway, Clifford Robinson, Tom Gugliotta, Rodney Rogers byli wtedy zawodnikami o znacznej renomie, a to i tak nie działało. Próbowano sięgać też po sprawdzonych wyjadaczy i zaangażowano Mario Elie, lecz przy tym nie wzięto pod uwagę, że w domu powieszonego nie mówi się o sznurze — publika była przeciwna temu graczowi, a on również nie okazał się zbawcą Słońc, które w ostatnim roku kariery houstońskiego Almanzora w ich barwach utracili zwycięstwo na rzecz Sacramento Kings, mając je na wyciągnięcie ręki. Sezon 2000/2001 i pojedynek z Królami był znakiem, że coś musi ulec zmianie.

Era Nasha

Zmieniło się wówczas, gdy Suns z impetem wyrżnęli w mur, notując w sezonie 2003/2004 słabiutki bilans 29-53. Działacze zobaczyli, że mają u siebie w organizacji Midasa, który może przemienić obecny obraz nędzy w złoto — tym kimś był pochodzący z Italii asystent byłego już trenera Suns, czyli Mike D’Antoni. Nie mając nic do stracenia dali mu absolutnie wolną rękę w prowadzeniu drużyny. Ten od razu zakasał rękawy i zaczął działać — na początek wpoił swoim zawodnikom zasadę 7 seconds or less. Chodziło o to, że optymalnym sposobem gry ofensywnej jest zaskakiwanie rywala tempem rozgrywania akcji, a najlepiej, jeśli atak jest kończony efektownym alley-oopem na kosz rywala. Zawodnicy mieli tyrać coast to coast non stop, rzucać jak najwięcej, nie myśleć o obronie i się przy tym dobrze bawić.

W niedaleko położonym od Phoenix Los Alamos, w stanie Nowy Meksyk doszło do skonstruowania pierwszej bomby jądrowej pod kierownictwem Jacoba Oppenheimera. Sześćdziesiąt lat później z okładem w stolicy Arizony wynaleziono równie mordercze narzędzie, a więc zmodyfikowany zespół Suns. Siła ich rażenia była straszliwa, run and gun w wykonaniu Słońc był porównywalny z temperaturą macierzystej gwiazdy Ziemi, wygrały one 31 z 35 meczów z pierwszej połowy sezonu. Tenże skończyli z rezultatem 62-20, a progres o 33 zwycięstwa był trzecim najlepszym wynikiem w historii ligi. Marion i Amar’e Carsares Stoudemire odbierając podania od Nasha, druzgotali obręcze, grali pięknie, efektownie, ludzie zabijali się o bilety.

Play-offy były pewne, jak dwa plus dwa jest cztery, podobnie jak to, że Suns spalą każdego, kto im wpadnie w ręce. Memphis Grizzlies, Dallas — tylko Mavs stawili opór, wygrywając dwa mecze, ale na tym się skończyło, Phoenix wkroczyli na finałową scenę. San Antonio Spurs zostali ich konkurentem w walce o Finał NBA i tu należało oczekiwać znacznie trudniejszej i wyboistej drogi. Stoudemire zmienił się w mutanta, przeciw Spurs zdobywał, uwaga — średnio 37 punktów natomiast  San Antonio powoli i do bólu realizowali swój plan. Była nim nieustanna defensywa, aczkolwiek mogą temu przeczyć wysokie wyniki i to Phoenix dwukrotnie nie mogli przekroczyć bariery stu punktów. Słońcom udało się wygrać tylko raz, 111:106 na wyjeździe w hali SBC Center i nie weszli do ostatecznej rozgrywki. Marion wiedział, co poszło nie tak:

My mieliśmy zespół na mistrza, tego jestem pewien. Zrobilibyśmy to, ale nasza ławka rezerwowych była za krótka.

W rzeczy samej – jeśli występuje niemal przez całe 48 minut tylko pierwsza piątka, a rezerwowi grają ogony, to na dłuższą metę nie będzie opłacalne. Trenerski signore żyłował do granic możliwości swoich starterów i to go zgubiło, w San Antonio talent był o wiele równomierniej rozłożony, a Suns oddychali rękawami.

W trakcie urlopu zdecydowano o wzmocnieniu backcourtu Suns — do Nasha i Leandro Barbosy doszedł Raja Bell. Los Suns obiecywali sobie, że będą jeszcze lepsi i jeszcze wyżej zajdą, lecz garbaty los pokazał im gest Kozakiewicza, ponieważ Stoudemire przed startem sezonu tak zepsuł sobie lewe kolano, że na parkiecie zobaczono go w trzech ostatnich spotkaniach sezonu. To spowodowało lekkie wyhamowanie, choć mieć taki bilans, jaki mieli Phoenix, chciałby mieć niejeden zespół NBA, 58-24 było bardzo dobrym osiągnięciem. W playoffach na początek musieli pokonać Los Angeles Lakers i udało im się to po siedmiu meczach, a trzeba pamiętać, że tylko jedno spotkanie dzieliło ich od smutnego końca, Jeziorowcy wyszli na prowadzenie 3-1 po thrillerze w dogrywce. Mecz numer 4 był dla Suns niemal dobijający — uznali wyższość rywala w stosunku 98:99, a temat załatwił Kobe Bryant.

Na szczęście płomyczek wiary w triumf nie został w zawodnikach Suns wygaszony, a można powiedzieć, że rozbłysł z większą mocą, niż było to do tej pory, Słońca wygrały trzy spotkania i utarły nosa witającym się z gąską Lakersom. Półfinał Zachodu oznaczał pojedynek z kolejną drużyną z Miasta Aniołów, z Clippers. I z abarotem, szło jak po grudzie, Suns męczyli się siedem gier, lecz ta siódma, być albo nie być, wprawiła w euforię fanów zgromadzonych w nowym domu, czyli US Airways Center. Jej końcówka była klasycznym garbage time, gospodarze wygrali 127:107.

W przedsionku Finałów NBA Słońcom przyszło podejmować Dallas Mavericks. Ta wyczerpująca droga ze czternastoma egzaminami musiała w pewnym momencie odbić się na graczach. D’Antoni w ogóle nie wyciągnął wniosków z ostatniej edycji i ponownie grywał bardzo małą rotacją, złożoną z siedmiu koszykarzy. Mavs tylko na to czekali i mimo że Suns starali się, jak mogli i gryźli nawierzchnię w każdym ze spotkań to Dallas przeszli dalej, będąc lepszymi w całej serii zakończonej 4-2 a Słońca musiały wypić gorzki kielich przegranej 93:102.

Kampania 2006/2007 – nihil novi, Słońca nie przestały rozstawiać przeciwników po kątach. Najpierw zaliczyły serię piętnastu spotkań bez porażki, przerwaną przez Washington Wizards, a lada moment pobili ten rekord, wygrywając ich siedemnaście. Na pewno było czym się szczycić, jednak Steve Nash wskazywał, że śrubowanie rekordów nie jest teraz pryncypium:

Ludzie nie będą o tym mówić, bardziej zajmuje ich to, komu w tym roku przypadnie mistrzostwo. Nikt nie będzie pamiętał, jaką mieliśmy serię, jeśli nie sięgniemy po to, co najważniejsze.

Bilans 61-21 spowodował, że Phoenix zajęli drugie miejsce w tabeli Zachodu i przyszło im podejmować Los Angeles Lakers, a jakże. Obecna edycja przeszła be większego echa, wyżej notowani Suns wygrali 4-1 i mieli sobie poradzić z San Antonio Spurs, odwiecznym wrogiem z Teksasu. Tutaj wyglądało to inaczej – po czterech spotkaniach nie można było wskazać faworyta, chociaż… tenże wyłonił się, a byli to Spurs. Sposób, w jaki tego dokonali, kładzie się skazą na ich wizerunku, takich poukładanych i z zasadami. Rolę główną zagrał Robert Horry, będąc specjalistą od kluczowych momentów, który to skaleczył już wiele drużyn w swojej karierze celnymi rzutami. Teraz zastosował inną metodę – kiedy Steve Nash dryblował z piłką, uderzył go tak mocno biodrem, że Steve wpadł z impetem w reklamy przy bocznej linii, co doprowadziło do eskalacji gigantycznej awantury.

Horry został natychmiast wyrzucony z boiska i zawieszony na dwa mecze, a wolne na jedno spotkanie otrzymali Stoudemire i Boris Diaw. Tego werdyktu nijak nie mógł zrozumieć D’Antoni:

Mamy najpotężniejsze mikroskopy i teleskopy na świecie, kto chce, użyje tych przyrządów i nie znajdzie ani grama sprawiedliwości w tej decyzji […] To nie przynosi korzyści nikomu w NBA.

Ofiara tego zdarzenia czyli Nash nadrabiał miną i próbował nawet żartować:

Chyba próbował wykonać jakiś taniec, coś mu nie wyszło i mnie trafił […] Nerwy i frustracja, to jest sport i jak komuś nie idzie może różnie postępować.

Tak czy siak, sprawiedliwości stało się zadość i Suns wygrali 104:98. Jednak bez odbywających kary przymusowej przerwy Diawa i Stoudemire`a przegrali piąte spotkanie 85:88, ale byli pełni nadziei, gdyż penitenci powrócili na mecz szósty. Układał się on nieźle, ale w trzeciej kwarcie Spurs odjechali na 20 punktów i mimo szaleńczej pogoni za nimi, do której sygnał dał Stoudemire, autor 38 punktów Suns polegli na wyjeździe 106:114.

Po sezonie 2007/2008 pracę stracił D’Antoni. 55-27 i klęska w playoffach sprawiły, że w gabinetach stracili cierpliwość. Na jego miejsce przyszedł duet Terry PorterAlvin Gentry, ale to nic nie dało, Słońca mimo zaangażowania Shaquille’a O’Neala i dodatniego bilansu 46-36 znalazły się za play-offową burtą. Sezon 2009/2010 to jednoosobowe przywództwo Alvina Gentryego, które wyszło Słońcom na zdrowie. Przyzwyczaiły one do swojej mocy w fazie zasadniczej, a teraz nie było już tak olśniewająco, ponieważ 54 wygrane były przyzwoitym rezultatem, aczkolwiek pesymiści nie przypuszczali, że Suns będą cokolwiek znaczyć w playoffach. Jednak mieszanka rutyny z  młodością wypaliła, w składzie byli Grant Hill, Jason Richardson, Jared Dudley, Goran Dragić — najpierw Słońca pokonali Portland w sześciu meczach, a następnie wzięli srogi rewanż na tych, którzy upokarzali ich tak długo, czyli Spurs, wygrywając do zera.

Nash tonował wzniosłe nastroje, uzmysławiając, że przed startem nowego sezonu były inne rokowania:

Według ekspertów mieliśmy być średniakami. Nie oczekiwano od nas fajerwerków […] Nie chcieliśmy opowiadać bajek, ale kiedy zmiażdżyliśmy Spurs, dotarło do mnie, że możemy zagrać w finale

Tymczasem Słońca zameldowały się w Finale Zachodu, na razie. Po dwóch spotkaniach z Lakers wracali do siebie na tarczy i musieli wygrać dwa, żeby zabawa zaczęła się od nowa. To nastąpiło, Stoudemire był najlepiej punktującym graczem w Suns, zdobywając odpowiednio 42 i 21 oczek. Wrócono do punktu wyjścia, ale Jeziorowcy na czele z Bryantem nie dali się przechytrzyć i wygrali mecze numer 5 i 6. Jak wspominał Stoudemire, nikt nie chciał ustąpić:

To było tak: raz my, raz oni. Kiedy rzuciłem 41 punktów…nie, nie to były 42 – wtedy jeszcze bardziej uwierzyłem w to, że przejdziemy dalej. To było możliwe.

Zabrakło trochę szczęścia – być może gdyby Ron Artest nie dobił air balla Kobego Bryanta rywalizacja poszłaby w innym kierunku. Jednak Artest złapał piłkę i trafił do kosza, Lakers wygrali 103:101, a mecz numer 6 był kolejnym ich triumfem nad pozbawionymi morale Suns.

Nad Phoenix słońce zaszło za horyzont – playoffy omijały to miasto przez 10 długich lat aż wreszcie w sezonie 2020/2021 Chris Paul i Devin Booker próbują nawiązywać do wielkich tradycji. Wracając do przeszłości – Słońca były kolejną ekipą, której czegoś zabrakło, żeby być najlepszą drużyną w całym uniwersum. Czego dokładnie – można się spierać, ale w latach dziewięćdziesiątych, kiedy NBA zaczęła nieśmiało gościć na polskich ekranach za pomocą retransmisji i nagrań z kaset VHS wielu zakochało się w tym zespole, jak również w jego odmianie 2.0, którą do licznych zwycięstw prowadził Steve Nash. To był naprawdę dobry czas dla każdego fana Phoenix, a teraz z pewnością przeżywają chwilę radości, ponieważ Suns mogą znaleźć się w Finale NBA po prawie 30 latach – Barkley, Danny Manning i Kevin Johnson zapewne spoglądają z podziwem na grę młodzieży.

Autor: Marek Niewiadomy






6 KOMENTARZE

  1. Super artykuł. Mój ulubiony zespół z NBA. 1993 rok był piękny, ale też era run&gun w latach 2004-2006 byłą fajna, bo słońca tą taktyką wykręcały świetne sezony regularne, ale kompletnie ta taktyka nie dawała rady w playoffach. Obecne Słońca mają coś z magii składu z Barkleyem i KJ, oraz coś właśnie z ery run&gun – podobieństwo Steva Nasha z CP3 jest spore.

  2. Mnie zastanawiają kulisy przejścia Barkleya do Phoenix. Czy 76ers dostali coś w zamian za swojego najlepszego zawodnika? Czy Sir Charles po prostu nie przedłużył ze swoim dotychczasowym klubem kontraktu?

    Poza tym zauważyłem drobną nieścisłość: Clyde Drexler przeszedł do Houston w sezone 1994/95, a nie jak sugeruje tekst 1993/94.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here