Historia Jaya Williamsa powinna służyć za przykład tego, jak kruche potrafi być życie zawodowca. Niezależnie od tego, czy właśnie ukończyłeś swój pierwszy sezon w NBA w barwach Chicago Bulls, czy wraz z Los Angeles Lakers bądź Boston Celtics przez długie lata dominowałeś na parkietach. Na wszystkich czyhają takie same zagrożenia.


Chicago, rok 2003. Jak na warunki „Wietrznego Miasta” pogoda jest niesamowita, a słońce daje się we znaki wszystkim. Jay Williams, pierwszoroczniak Chicago Bulls, powrócił właśnie do swojego apartamentu po wizycie w Durham, gdzie wraz z zawodnikami Uniwersytetu Duke odbył symboliczny trening. Było to jego kolejne spotkanie z legendarnym trenerem Mike’em Krzyzewskim, a także pierwsze z młodym J.J. Redickiem, którego wspomina jako najlepszego gracza w historii Blue Devils.

Powrót okazał się niezwykle wycieńczający. Williams od razu rzucił się na łóżko, by doładować baterię na resztę dnia. Drzemka nie trwała jednak długo. Jeszcze tego samego dnia 21-latek miał odbyć jeden ze słynnych treningów z Jamalem Crawfordem i spotkać się ze swoim agentem, Kevinem Bradburym.

Podczas ćwiczeń Williams poczuł coś dziwnego. Jego nogi nie były tak ciężkie, jak w trakcie minionego sezonu, umożliwiając mu tym samym grę na pełnych obrotach. I choć dopiero zaczynał rozumieć, jak intensywny i wymagający jest kalendarz profesjonalnego gracza, to trening opuścił z pewnością, że kolejny rok będzie należał do niego.

Po kolejnej chwili wytchnienia Jay zarzucił na siebie ulubioną koszulkę z umowy sponsorskiej z Adidasem, po czym opuścił mieszkanie, zmierzając w kierunku garażu z dwoma samochodami, Corvette i Tahoe – karty przetargowej kontraktu z Chevroletem. Młody rozgrywający zdecydował się jednak na wybór czarnej Yamahy R6.

– Kłamałbym mówiąc, że nikt nie ostrzegał mnie przed motorami. Im więcej jednak o tym słyszałem, tym bardziej tego chciałem. Miałem dookoła siebie świtę, która zawsze mówiła mi, co powinienem, a czego nie powinienem robić. W szczególności byli to moi rodzice, którzy mieli swoje zdanie na temat każdej rzeczy. Chciałem… Nie, musiałem podejmować własne decyzje i mieć nieco kontroli nad swoim życiem. Yamaha R6 była tego symbolem – wspomina swój motoryzacyjny zmysł Williams.*

Miłość do jednośladów nie jest niczym złym. Do momentu, w którym człowiek zachowuje zdrowy rozsądek. Tego Jay’owi tamtego dnia zabrakło.

– Nie zawracałem sobie głowy kaskiem. To był piękny dzień i chciałem poczuć nieco Słońca na mojej twarzy. Jeśli mam być szczery, to rzadko kiedy biorę ze sobą kask – opisuje Jay.

Rozmowa z Kevinem była owocna. Drugi sezon Jay’a w NBA napawał ich obu optymizmem. Williams stał bowiem przed życiową szansą, nie wyobrażał sobie porażki. Żadna wpadka nie wchodziła w grę. Przed powrotem do domu Bradbury, podobnie jak wiele innych osób, po raz kolejny ostrzegł 21-latka przed szaleńczą jazdą wspomnianą Yamahą. Na troskliwe „Nie powinieneś tym jeździć” Jay odpowiedział oschłym: „Nie powinienem robić wielu rzeczy”. Kilka minut później niemal wykrwawił się na śmierć.

Williams zamierzał wrócić do domu. Wciąż rozmyślał, czy po krótkim odpoczynku zafundować sobie wieczorem kolejny trening. Upewniwszy się, że wciąż ma na sobie wzrok Kevina, chciał z impetem ruszyć w kierunku apartamentu. Wcześniej dwukrotnie dał znać przechodniom o potędze swojej maszyny. Ta jednak wymknęła się spod kontroli. Williams stracił panowanie nad motorem, który wystrzelił do przodu. 21-latek nie chciał dać za wygraną i nieustępliwie trzymał się Yamahy R6, choć ta utrzymywała się na jezdni już tylko jednym kołem. Doszło do nieuniknionego. Zderzenie z krawężnikiem i przydrożnym słupem miało zabrzmieć jak czołowa kolizja dwóch aut. Wówczas było już po wszystkim.

– Pomyślałem sobie wtedy, że to powinno mi się przytrafić. Tego roku stale okłamywałem osoby, na których mi zależało, zdradzałem na prawo i lewo kobietę, którą kochałem. Zafascynowały mnie pieniądze, ten styl życia, nieustanna uwaga, którą otrzymywałem wraz z pojawieniem się w NBA. Zajęło mi rok, by stać się kimś, kogo nie poznawałem.

Kevin był przerażony. To on miał sprawować pieczę nad Jay’em. To w jego ręce David i Althea Williamsowie przekazali opiekę nad synem, który leżąc na ziemi z poważnymi urazami, rozpaczliwie krzyczał „wszystko zmarnowałem!”.

Kiedy Jay obudził się po zabiegu, nie do końca zdawał sobie sprawę z powagę sytuacji. Starając się uporządkować myśli, próbował poruszyć nogami. Nic z tego. Po kilku minutach w pokoju pojawiła się dr Michele Mellett. Williams miał jednak problemy ze swobodnym wypowiedzeniem kilku słów, więc ta pochyliła się nad nim, gdy ten wyszeptał „Czy będę w stanie kiedykolwiek jeszcze zagrać?”. Wygląd jej twarzy dawał jasno do zrozumienia, że w głowie zadaje sobie pytanie „Jak mam mu powiedzieć, że nie mam pojęcia?”.

– Byłem żywy, ale co to miało do rzeczy? Czy chciałem być żywy, gdybym nie mógł nigdy więcej grać, albo nawet chodzić? Odpowiedź brzmi NIE. Wolałbym zginąć w tamtym wypadku, niż żyć z takim przekleństwem. Nie byłem wdzięczny za to, że żyję. Wczoraj mijałem Allena Iversona, a dzisiaj mam na nowo uczyć się, jak chodzić? – wspomina Williams.

Tego dnia życie debiutanta z Chicago zmieniło się nieodwracalnie. Nie był wówczas świadomy, a raczej nie chciał być świadomy tego, że ostatnią grę na parkietach NBA ma już za sobą. 14 punktów i 7 asyst w meczu z Philadelphią i… koniec. Wymowne inwektywy Jay’a w swoim kierunku nie powinny zatem dziwić.

Na miejscu pojawili się jego rodzice. Nie zawsze byli zgodni, sporadycznie w domu dochodziło do przemocy, a część swojego życia nie mieszkali nawet razem, ale tego dnia po prostu musieli tam być. Nieregularne godziny snu i potworne bóle wywołały u młodego Jay’a halucynacje. W końcu zwierzył się swojemu tacie, że zaczyna wariować. Za każdym razem, gdy zamykał oczy, widział słup, w który uderzył. Pewnej nocy zaczął wołać ojca o pomoc, bo myślał, że jego łóżko znajduje się na suficie.

– Wciąż nie wiem, ile miałem operacji po wypadku. Moje lewe kolano było całkowicie przemieszczone, a każde wiązadło zerwane. Ścięgno udowe w pełni oderwało się od kości. Miednica również była uszkodzona, a nerw strzałkowy przerwany.

Po wizycie w szpitalu John Paxson wiedział, co musi zrobić. Cztery dni od felernego wypadku Bulls wybrali w Drafcie Kirka Hinricha, rozgrywającego z Uniwersytetu Kansas, który z czasem wyrósł na solidny punkt zespołu. Williams był już wtedy skreślony. Pomogła mu wizyta trenera Krzyzewskiego, który podniósł go na duchu i zapewnił, że jeszcze kiedyś zagra. Chwilowa ulga nie pozwoliła jednak zapomnieć o bólu, w szczególności psychicznym.

– Jednego wieczoru, kiedy moja mama opuściła pokój, zobaczyłem na nocnej szafce parę nożyczek. Bez chwili namysłu sięgnąłem po nie. To samo w sobie było już osiągnięciem. Fakt, że miałem je w rękach, wydawał się znakiem, że za chwilę mam się zabić. To tak, jakby jakaś boska moc celowo je tam umieściła, by przekazać mi, co powinienem zrobić.

Jay spojrzał na wytatuowany napis „believe” na swoim nadgarstku, po czym próbował wbić nożyczki prosto w niego. Brak sił uratował go przed odebraniem sobie życia. W trakcie rehabilitacji stracił przecież prawie 25 kilogramów. Przy kolejnej próbie przecięcia hasła, które nie miało już dla niego żadnego znaczenia, do pokoju wróciła jego matka. Zszokowana usłyszała, że Jason nie chce już tutaj dłużej być.

Proces rehabilitacji był żmudny i niezwykle trudny. Koszmarny ból wybudzał Williamsa nawet z głębokiego snu. Przez pierwsze kilka tygodni nie był w stanie samodzielnie skorzystać z łazienki czy zmienić pozycji leżącej. Dopiero dwa miesiące i pięć dni po wypadku po raz pierwszy podniósł się z łóżka, choć jedynie na trzy sekundy. Następnie przez długie tygodnie korzystał z wózka inwalidzkiego.

Pewnego dnia, gdy Jay rozpoczął już proces powrotu do częściowej sprawności, czekały go kolejne zajęcia na basenie. Kiedy zobaczył około 70-letnią kobietę, która powoli przemieszczała się w wodzie, jego instynkt sportowca wziął górę. W swojej głowie rzucił jej wyzwanie. Po dwóch okrążeniach było jednak jasne, że chłopak nie ma szans.

– Kiedy już mogłem poczuć jej obecność za sobą, krzyknęła „Z twojej lewej! Mijam z twojej lewej!”. […] Starsza pani w goglach zdublowała mnie co najmniej 10 razy, a kiedy wychodziła z basenu, powiedziała „W porządku, pamiętam swój pierwszy raz w basenie po operacjach”. Byłem wyczerpany, ale uśmiechnąłem się, starając nie powiedzieć niczego niegrzecznego, i pomyślałem „cholera, kobieto, ćwiczę w tym basenie od miesięcy”.

W kwietniu 2005 roku Jay powrócił do Chicago – miasta, które zawiódł i rozczarował na całej linii. Za cel obrał sobie powrót do profesjonalnej koszykówki. W kolejnych latach pracował z Johnem Lucasem, Joe Abunnasarem czy słynnym Timem Groverem. Droga do NBA nie była jednak usłana różami. Williams zaczął mieć wątpliwości.

– Odejść teraz i nie ryzykować nadchodzącej porażki? Nikt nie będzie cię za to winił. I tak zaszedłeś dalej, niż ktokolwiek na twoim miejscu. Albo pracuj dalej, Williams. Zobacz, gdzie to cię poniesie. W ostateczności możesz grać za oceanem.

Decyzja ta miała przynieść wkrótce owoce. Po jednym z pokazów Kevin Bradbury poinformował Jaya, że zainteresowanie prywatną sesją treningową wyrazili skauci Miami Heat i Houston Rockets. Te z uwagi na drobny uraz kostki i piekielnie wycieńczające ćwiczenia nie poszły jednak najlepiej. Po kolejnych miesiącach wyrzeczeń Williams załapał się jednak na treningi z Nets, Raptors, Grizzlies, Suns, Lakers, 76ers, Bucks, Celtics i Cavaliers. To miał być jego czas. Miesiąc później podpisał niegwarantowany kontrakt z New Jersey Nets, gdzie miał powalczyć o miejsce w rotacji. Wybór w Drafcie Marcusa Williamsa, 20-letniego rozgrywającego z Connecticut, nie ułatwił sprawy. Choć Jay był przekonany, że jest od niego lepszy, to nie był w stanie udowodnić tego w meczach przedsezonowych.

22 października 2006 roku stało się nieuniknione. Ówczesny trener Nets, Lawrence Frank, podziękował Williamsowi za współpracę, wychwalając przy tym jego ciężką pracę i zaangażowanie w powrót na parkiet. Jay był na skraju załamania. W kolejnych tygodniach Kevin otrzymywał telefony z Włoch i Rosji. Lukratywny kontrakt przekreśliła jednak kolejna kontuzja.

– Nie mogłem po prostu odpuścić. Miałem obsesję na punkcie sukcesu, nie mogłem się poddać. Miałem tylko 25 lat. To zbyt mało, by w ten sposób zakończyć moją historię.

Nic nie układało się po jego myśli. Mniej więcej w tym samym okresie rozstał się z narzeczoną. Potem zatrzymała go policja, gdy pod wpływem alkoholu prowadził samochód w niebezpieczny sposób. Historia o kiepskim balansie spowodowanym licznymi operacjami nie wzbudziła litości w funkcjonariuszach, którzy po chwili go aresztowali. Dodatkowo w przyszłości kolejna partnerka Jaya miała zdradzić go z jednym z jego najlepszych kumpli.

Jedyną dostępną wówczas opcją okazała się gra dla Austin Toros, zespołu NBA Development League. Dennis Johnson, szkoleniowiec zespołu i dobry znajomy Larry’ego Birda, zapewniał Williamsa, że będzie grał co najmniej 35 minut na mecz. Po raz kolejny plany Jaya pokrzyżowała jednak kontuzja. 52-letni trener, który w tym krótkim czasie zdołał zbudować z rozgrywającym niesamowitą więź, nie zamierzał go jeszcze skreślać. W trakcie kolejnej rehabilitacji stale utrzymywał z nim kontakt i przesyłał taśmy z meczów Toros.

22 lutego 2007 roku spodziewający się kolejnego telefonu kontrolnego Jason dowiedział się, że Dennis Johnson zmarł w wyniku ataku serca. Tego było już za wiele. 25-letni wówczas Williams stracił jedyną osobę, która wierzyła w jego powrót do NBA. Cały jego świat się zawalił. W jednej chwili zdecydował się odwiesić buty na kołek i zakończyć profesjonalną karierę.

W kolejnych latach Jay pracował jako agent sportowy, choć i tam nie wszystko układało się zgodnie z jego oczekiwaniami. W międzyczasie popadł w alkoholizm, a narkotyki, które co miesiąc nabywał w okolicznym pubie, stały się jego codzienną rutyną. Pewnego dnia jedno wydarzenie zmieniło jednak jego sposób myślenia.

– Kiedy zmierzałem w stronę metra, pewien starszy mężczyzna zatrzymał mnie, oparł rękę na moim ramieniu i powiedział „Chłopie, naprawdę spie***eś swoje marzenie”. To nie był jednak koniec. „Wszystkich nas zawiodłeś. Byłeś tym jedynym. Naprawdę mnie skrzywdziłeś”. Moją pierwszą myślą było „Naprawdę Cię skrzywdziłem?”. Nie wiedziałem jak odpowiedzieć, więc potrząsnąłem głową, pozwoliłem mu się wygadać i przeprosiłem. Odszedłem z niedowierzaniem: „Nie mogę uwierzyć, że właśnie przeprosiłem obcą osobę za to, co zrobiłem sobie samemu”.

Jay w końcu się zmienił. Obecnie zajmuje się analizą uczelnianej koszykówki w stacji ESPN, do czego zachęcił go Reed Bergman. Wychowanek Duke miał już okazję komentować spotkania NCAA w trakcie swojej pierwszej rehabilitacji. Teraz jednak był gotów w pełni poświęcić się telewizji, choć myśl o powrocie do gry nigdy go nie opuściła. Wpadki na antenie i nikła wiedza ekspercka nie przeszkodziły mu w wieloletniej karierze. Do końca życia będzie jednak żałował tego, że o jego losie nie zadecydowała słaba forma czy niewystarczający wkład, a jeden głupi wybryk.

*Wszystkie cytaty pochodzą z autobiografii Williamsa: Life Is Not an Accident: A Memoir of Reinvention


Subscribe
Powiadom o
5 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Jaskier
Jaskier
17 maja 2020 08:57

Trzymaj się brachu!.

Matteo
Matteo
18 maja 2020 02:38

Pierwszy komentarz na tej stronie który aż prosi się o napisanie – świetnie się to czyta!

cormac
cormac
18 maja 2020 13:23

więcej takich artykułów a nie w stylu „GSW kontra Lebron” po to tylko żeby wywołać gównoburzę w komentarzach

Sheed
Sheed
18 maja 2020 22:43

Dziadek – bardzo fajny artykuł. Dobra robota!

Pato
Pato
19 maja 2020 11:57

To jeszcze raz, bo usuwaja 🙂
Jay nigdy nie mial odbudowywac dynastii Bulls, nigdy nie bylo wobec niego takich oczekiwan. Byl dobrym prospectem i pasowal do koncepcji procesu odbudowy opartego na mlodych zawodnikach (chwile pozniej przyszli Deng, Hinrich i Gordon i narodzili sie Baby Bulls, fajna druzyna, chociaz niestety bez szczegolnych wynikow).
Jay mial swiat u stop i za swoje zachowanie zaplacil wysoka cene.