Teksas – jest to kowbojska ziemia, poprzecinana licznymi ranczami, rodeami i innymi obiektami kojarzącymi się z mistrzami pistoletu oraz lassa. Zajmuje drugie miejsce w kraju pod względem powierzchni oraz dochodu na osobę. Charakteryzuje się wysokim poziomem życia, surowym i bezwzględnym prawem oraz ogromem możliwości w realizacji kariery zawodowej. Oprócz platform wiertniczych wydobywających ropę naftową, bydła rogatego, restauracji ze stekami i kuchnią Tex-Mex i dżentelmenów z kapeluszami w Teksasie roi się od drużyn sportowych – warunki do jego uprawiania są wręcz wymarzone. Stan Samotnej Gwiazdy jest reprezentowany przez rozmaite zespoły w rozmaitych ligach, zaczynając od futbolu amerykańskiego a kończąc na koszykówce. Sama National Basketball Association ma w swoich szeregach aż trzy teksańskie zespoły – są to Dallas Mavericks, Houston Rockets i najbardziej utytułowani z tej trójcy, San Antonio Spurs. W Ostrogach grało wielu znamienitych koszykarzy ale za absolutne filary, podwaliny pod przyszłe sukcesy i miejscowe ikony uznaje się dwóch graczy mierzących ponad 210 centymetrów wzrostu – Davida Robinsona i Tima Duncana, którzy pod bronioną i atakowaną tablicą byli niezrównani i niemal niemożliwi do zatrzymania.


Na wzór Chrystusa

6 sierpnia 1965 roku w Key West na Florydzie pojawiło się nowe życie – na świat przyszedł David Robinson. Matka – Freda Hayes – była pielęgniarką, a ojciec – Ambrose – oficerem marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych. Bardzo dobrze opiekowali się swoim nowo narodzonym synem, lecz popełnili jeden jedyny błąd, który mógł kosztować życie Davida – pozostawili go bez opieki, co spowodowało, że malec znalazł się w przestrzeni między materacem a ścianą i zaczął się dusić. Jednak opatrzność czuwała nad Robinsonami, gdyż przeprowadzona resuscytacja krążeniowo-oddechowa okazała się skuteczna, a do tego dość długa przerwa w dopływie tlenu nie pozostawiła żadnego uszczerbku na zdrowiu przyszłej gwiazdy NBA. Mało tego – u Davida w trakcie szkolnej edukacji nastąpiła eksplozja rozmaitych talentów. Bardzo szybko nauczył się czytać, pisać i liczyć, był znakomity z matematyki do tego stopnia, że bywał wyznaczany przez nauczyciela do sprawdzania kartkówek, grywał na rozmaitych instrumentach muzycznych, a zwłaszcza na saksofonie i miał smykałkę do majsterkowania i elektroniki. Jakby to nie wystarczyło – wraz z ojcem konstruowali rozmaite przedmioty i trenowali wymowę poszczególnych wyrazów, co miało być pomocne i przydatne w przyszłości, aczkolwiek mały David nie zawsze ochoczo przystawał na te ćwiczenia:

Pytałem się po co to właściwie robimy, a ojciec odpowiadał że to służy zachowaniu koncentracji.

Dyscyplina i chrześcijańskie wychowanie były na pierwszym miejscu w domu Robinsonów, przez co David trzymał się z daleka od kłopotów i nie miał żadnych problemów z prawem, natomiast rówieśnicze otoczenie odbierało go z mieszanymi uczuciami. Młodość musi się wyszumieć, a przyszłej gwiazdy NBA nie pociągały młodzieńcze wygłupy, co spowodowało, że wobec Davida utrzymywano dystans, przechodzący we wrogość:

Do pewnego momentu było całkiem sympatycznie. Niestety, po pewnym czasie zaczynały się prowokacje, zaczepki i bluzgi. Nie grałem w ich grę i dlatego zaczynali mnie nazywać wujem Tomem i zarzucali mi że nie jestem wystarczająco czarny.

W nawiązywaniu relacji nie pomagały rewelacyjne oceny w szkole oraz bezkonfliktowy i spolegliwy charakter Davida. Robinson miewał momenty zwątpienia, czy obrał słuszną drogę, ale w tych chwilach, jak sam podkreślał, pomagała mu wiara w Jezusa. Nie był jednak taki jak on – mimo  rodzicielskiej pieczy i codziennych wizyt w kościele, przytrafił mu się wybryk, którego wstydzi się do dziś. Pewnego dnia, wraz ze znajomym postanowili podwędzić trochę słodyczy z pobliskiego sklepu, lecz szybka reakcja sprzedawcy i manto zaserwowane przez matkę wybiło mu z głowy plany o karierze złodzieja. Ona sama bez ustanku przypominała swojemu synowi o konieczności życia według dziesięciu przykazań, wdzięczności za każdy przeżyty dzień – razem z mężem byli bardzo religijni i starali się zaszczepić wiarę u swoich dzieci:

Bóg był dla was dobry w tym tygodniu. Wiele mu zawdzięczacie. Wszyscy go potrzebujemy i dzięki niemu możecie nauczyć się czegoś nowego.

Oprócz Jezusa w życiu Davida najważniejszy był oczywiście sport. Baseball, pływanie, futbol amerykański, basket – umiał wiele i miał osiągnąć wiele. Jednak na samym początku łatwo nie było, ponieważ w tej ostatniej dyscyplinie nie czuł się zbyt pewnie, skupiał się tylko na obronie, dostawał niewiele szans na grę i o mały włos, a świat straciłby wielkiego sportowca. Lepiej mu szło z matematyką i w pewnym momencie, po kolejnym rozczarowaniu, na jakiś czas dał sobie spokój z basketem. Temat powrócił w ostatniej klasie liceum, kiedy to wzrost Robinsona przekroczył dwa metry – wprost idealne warunki do gry w kosza. Zauważył to licealny trener Art Payne i dzięki jego sugestiom David zaczął ponownie biegać po parkietach. W porównaniu z przeszłością postęp w jego poczynaniach był tak kolosalny, że przed wyborem studiów po Robinsona zaczęły się ustawiać najlepsze uczelnie w kraju, oferujące najlepsze warunki kształcenia pod względem sportowym, jak i naukowym.

Ku chwale ojczyzny

Służba wojskowa, przeszkolenie wojskowe – wielu młodych ludzi na myśl o spełnieniu obywatelskiego obowiązku myśli tylko o tym, aby się od niego wymigać. W niektórych realiach jest to zupełnie zrozumiałe – w Armii Czerwonej i Cesarskiej Armii Japońskiej przyzwolenie na gnębienie rekrutów sięgało wręcz patologicznych, zwyrodniałych rozmiarów, a słynna diedowszczina nieraz zbierała ponure żniwo i do dziś cieszy się złą sławą. Mimo wszystko, były to skrajne przypadki, jednak w innych armiach było niewiele lepiej, przez co wojsko jako instytucja nie wzbudzało zaufania wśród męskiej części światowej populacji. Trochę inaczej było z Davidem – miał połączyć zdobywanie akademickiej wiedzy wraz z odsłużeniem tego, co należy się krajowi i był zaabsorbowany perspektywami jakie go czekały w Akademii Marynarki Wojennej oraz w Virginia Military Institute w Lexington. Najbardziej zachwycało go zaplecze naukowe Akademii Marynarki w Annapolis, w stanie Maryland:

Widziałem laboratoria i pod względem zaopatrzenia w sprzęt jest to absolutny top. Naprawdę, jest to trudno wyrazić słowami.

Jego ojciec, były oficer US Navy wiedział, że syn będzie musiał podpisać cyrograf, który miał go zobowiązać do pięcioletniej służby. Mogło to kolidować z karierą profesjonalnego koszykarza, a Ambrose widział, że zapał syna do basketu przybierał na sile, niemal na równi z zainteresowaniem liczbami oraz wykresami matematycznymi. Robinson stał wówczas na rozdrożu, ponieważ każdy z rodziców doradzał mu ze swojego punktu widzenia, jak ma postąpić, a on sam nie chciał urazić żadnego z nich. Niemniej, klamka zapadła – David poszedł do Marynarki.

„Nie jest to takie fajne, jak myślałeś” – przeszło przez głowę rekruta Robinsona. Ledwo po zaprzysiężeniu starsi koledzy nowo wcielonych zaczęli się wydzierać wniebogłosy, zmuszając ich do sprawnego i szybkiego wykonywania rozkazów. A to i tak było głupstwo – wykańczający porządek dnia, na który składały się pobudki o godzinie 7:30, liczne wykłady z nawigacji, termodynamiki, fizyki i elektrotechniki, wypruwające wnętrzności zajęcia na wodzie i nie znoszący opieszałości oraz wychowujący poprzez krzyk koszykarski szkoleniowiec Paul Evans przyczyniły się do tego, że Robinson zasypiał na zajęciach. Davida mógł dobić do reszty fakt, że o ile w liceum zdecydowanie wyrastał ponad przeciętność, tak w US Navy był zaledwie jednym z wielu i żeby móc utrzymać się na powierzchni, musiał bez przerwy mieć się na baczności:

W liceum wszystko przychodziło mi bez wysiłku. Na studiach byłem tak przeładowany obowiązkami, że nie było na nic czasu. Trzeba było się cały czas uczyć, żeby nie odstawać od reszty (…) Dostawałem w kość, pływałem dwadzieścia basenów tam i z powrotem, koszykówka nie sprawiała mi żadnej radości. Nazajutrz budziłem się wykończony.

David przeżywał ciężki okres, ale udało mu się go przetrwać. Przełożeni cenili go za inteligencję, zdolności manualne i samodyscyplinę, a i coach Evans spoglądał na niego coraz przychylniej – forma Robinsona niemożebnie rosła. Już na pierwszym roku z żółtodzioba przemienił się w giganta, a jego średnie oscylowały wokół 23.6 punktu, 11.6 zbiórki, 4 bloków oraz 64-procentowej skuteczności rzutów z gry. To nie przeszło bez echa, bowiem o Robinsona zaczęli pytać emisariusze najlepszych zespołów kolegialnych oraz…National Basketball Association, jednak ten nie zaczął bujać w obłokach:

Lubiłem koszykówkę, ale kiedy słyszałem że mógłbym przejść na zawodowstwo kwitowałem to uśmiechem. Basket był dla mnie zajęciem jak każde inne, a moim głównym celem jest ukończenie studiów oraz odsłużenie wojska.

Po kilku latach Robinson zmienił zdanie – jego poziom cały czas wzrastał, Evansa zastąpił jego asystent – Pete Hermann – a Robinson osiągał liczne sukcesy ze swoją drużyną jakimi były coraz lepsze bilanse zespołowe, ustanowił swój prywatny rekord rzucając 50 punktów i doszedł do przekonania, że czas postawić na jedną kartę:

Wcześniej nie miałem pojęcia ile będzie znaczył dla mnie basket. Teraz wiem, że Bóg dał mi siłę, wzrost i muszę to wykorzystać. Wiem także, że dwa lata temu postąpiłbym inaczej.

Przygoda ze studiami powoli dobiegła końca, w 1987 roku David zdobył dyplom ukończenia Akademii Marynarki w Annapolis i na dobre przylgnął do niego przydomek  Admirał. Nie znaczyło to, że armia o nim zapomniała, ponieważ miał w niej spędzić jeszcze dwa lata, a przez kolejne cztery być „w razie czego” na jej zawołanie i odbywać ćwiczenia rezerwy. Jego nową destynacją stałą się baza Kings Bay w stanie Georgia, gdzie był pomocnikiem oficera budowniczego. Wiązało się to z niewielkim żołdem, przebywaniem na statkach i bezwzględne podporządkowanie się przełożonym lecz to nie miało trwać zbyt długo. Póki co Robinsona czekał wyjazd na Igrzyska Panamerykańskie do Indianapolis, na które był wspaniałomyślnie zwolniony i konia z rzędem temu, kto był w stanie pogodzić wymagania trzech hermetycznych światów – nauki, wojska i sportu i wywiązywać się z nich tak dobrze jak David.

Wzloty i upadki

David znalazł się na fali opadającej – w Indianie, wbrew szumnym zapowiedziom, zdobył tylko srebrny medal, a Amerykanie ulegli w finale Brazylii 115:120. Po powrocie do wojska było mu się ciężko odnaleźć, żył w poczuciu winy oraz wstydu. Nie zniechęciło to klubowych włodarzy z NBA – wiedzieli, że Robinson to talent czystej wody i pominięcie go w drafcie będzie wielbłądem, dlatego też prześcigali się w pomysłach, jak przekonać Admirała do gry w swoich drużynach. Najaktywniej działali przedstawiciele San Antonio Spurs, obiecując wysokie wynagrodzenie oraz walkę o najwyższe cele, gdzie zespół miał zostać skonstruowany w taki sposób, żeby jego osią był Robinson. Owszem, w drafcie wybrali go z numerem jeden, lecz to nie było gwarancją, że młody center od razu zasili szeregi dołujących Spurs. Na wszelki wypadek posłużyli się starymi, sprawdzonymi metodami – roztaczali przed Davidem wizje o mianie gigantomachii, pokazywali mu miasto, w którym miał spędzić życie, umożliwili mu przywitanie się z fanami, a także zabrali do klubu golfowego, na rejs statkiem i na zakończenie dnia do najlepszej restauracji w San Antonio. David był ukontentowany takim obrotem sprawy i postanowił że będzie bronił biało-czarno-srebrnych barw, podpisując, opiewający na kwotę 28 milionów dolarów, kontrakt z teksańskim klubem 6 listopada 1987 roku.

Nie tak szybko – powiedziano w marynarce i zaciągnięto hamulec. Admirałowi zostały jeszcze dwa lata służby, ale osiągnął pewną stabilizację, parafując lukratywną umowę i mógł ze spokojem obserwować życiowy kalejdoskop. Po jego kolejnym już przekręceniu padło na stolicę Korei Południowej – tam Robinson, w ramach Igrzysk Olimpijskich Seul 1988, miał zagrać o złoty medal wraz z kolegami z reprezentacji, do której należeli między innymi Dan Majerle, Mitch Richmond i Danny Manning. Wszyscy widzieli w Amerykanach bezdyskusyjnego faworyta do złotego krążka i te spekulacje potwierdzały się do momentu kiedy przyszło im się zmierzyć z reprezentacją Związku Radzieckiego, prowadzoną przez trenerskiego geniusza, Aleksandra Gomielskiego. Jej trzon stanowili wybitni Litwini w osobach Šarūnasa Marčiulionisa, Rimasa Kurtinaitisa, Arvydasa Sabonisa oraz Valdemarasa Chomičiusa, a i inni gracze znali się na swoim rzemiośle. Tutaj przybysze z Ameryki Północnej już nie dali rady i ulegli Sowietom w kolejnej odsłonie zimnej wojny 76:82.

Tylko brązowy medal, porażka z odwiecznym wrogiem, zawiedzione nadzieje graczy, trenerów i fanów – zaczęto się zastanawiać, czy posunięcie z Robinsonem było słuszne i adekwatne. Skoro zawiódł w tak prestiżowej imprezie, to czy da radę podźwignąć Ostrogi do sukcesów – pytali kibice oraz eksperci. Jednak Admirał wykazał się niezłomnością i konsekwencją:

Chcę wszystko poświęcić koszykówce. Albo robi się coś na sto procent albo w ogóle. Muszę się poprawić.

Może aż za bardzo – wtedy zrezygnował ze znajomości z szaleńczo zakochanej w nim Valerie Hoggatt. Tłumaczył jej, że powinna znaleźć sobie kogoś, kto obdarzy ją uczuciem o podobnej mocy i że nie jest w stanie jej tego dać. Ostatecznie, wbrew przeciwnościom, zeszli się ze sobą i stanęli na ślubnym kobiercu, ale od tego momentu skupił się tylko na baskecie, ze znakomitym skutkiem. Jako rookie zanotował średnie, o jakich większość może tylko pomarzyć: 24.3 punktu, 12 zbiórek, 4 bloki i 53 procent celnych rzutów były czymś totalnie oderwanym od rzeczywistości. Dzięki temu otrzymał nagrodę Rookie of the Year i po uniwersum NBA poruszał się jak prawdziwy dowódca okrętu wojennego. Sezon później został laureatem nagrody IBM, określonej na podstawie wzoru komputerowego, mierzącego statystyczny wkład gracza w jego zespół i wszedł na swój najwyższy poziom w karierze biorąc pod uwagę zestawienie dotyczące zbieranych piłek z tablicy, ze średnią równą 13. Kiedy jego trzeci sezon w Spurs dobiegł końca był w stanie zablokować aż 4.5 rzutu rywali na mecz, a w lecie 1992 dostał się do Słynnej Drużyny Marzeń i sięgnął z nią po złoto olimpijskie.

Sukcesy indywidualne to jedno, zaś zespołowe to drugie – nie było im wzajemnie po drodze. Zespół z San Antonio robił to, co do niego należało, z reguły wygrywał w cuglach dywizję Midwest, lecz w fazie pucharowej coś się zacinało i Ostrogi z Robinsonem na czele dochodziły co najwyżej do półfinału Konferencji Zachodniej. Do Davida nie można było mieć absolutnie żadnych zastrzeżeń, bowiem w kampanii 1993/1994 zdobywał blisko 30 oczek w jednym spotkaniu, a w starciu z Los Angeles Clippers, które odbyło się 24 kwietnia 1994 roku, zbombardował niczym morski niszczyciel obręcz drużyny z Miasta Aniołów, zdobywając 71 punktów – tylko sześciu zawodników w dziejach NBA mogło się tym pochwalić.

Dobry, Zły i Hill

Sezon 1994/1995 okazał się najlepszym w dotychczasowej historii, ponieważ Spurs wygrali i dywizję i konferencję z bilansem 62-20, Admirał trzymał rękę na pulsie i pewnie płynął wraz z załogą na wyspę o nazwie Mistrzowski Pierścień. Szefowie Ostróg postarali się o to, żeby kapitan miał swojego adiutanta – do Teksasu przybył ten, któremu boje o najwyższe trofeum nie były obce i nie był straszny żaden rywal, czyli genialny obrońca i król zbiórek, Dennis Rodman. Zdawało się, że odnaleziono brakujące ogniwo i zarazem X-Factor w osobie Dennisa i że ten rok będzie dla San Antonio. Nikt nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo się mylono co do Rodmana – wprawdzie dawał bardzo dużo na parkiecie, natomiast jego zachowanie poza nim pozostawiało wiele do życzenia. Złożyły się na to ekspresyjny i ekstrawagancki styl życia, pomalowane włosy i tatuaże, całkowity brak refleksji i ogłady, frywolne podejście do ustanowionych zasad, a o nieustannych spóźnieniach nie ma potrzeby nawet wspominać, ponieważ było to na porządku dziennym. W Spurs czegoś takiego dotąd nie uświadczono, włodarze i zawodnicy nie wierzyli temu, co widzieli i próbowali wpłynąć na Robaka, żeby się dopasował do ich modelu, ale ten stanął okoniem i dał dobitnie do zrozumienia, że nikt nie będzie go nawracał i reformował:

Kiedy rozpoczynałem karierę ciągle słyszałem – Dennis, zrób to, Dennis zrób tamto, Dennis zachowuj się. Ciągle mnie urabiano i musiałem być taki, jakim inni ludzie chcieli mnie widzieć. Teraz jest tak: jeśli wam się nie podobam to możecie wypie(…)lać. Pokazałem sobie i światu, że można być sobą, a wielu tego nie cierpi.

Rodman widział w swoich współpracownikach, a przede wszystkim w Robinsonie pogrobowców pruskiego drylu, myślących tylko o pracy, karnemu podporządkowywaniu się zwierzchnikowi w osobie coacha Boba Hilla i recytujących formułki z Biblii. To zrozumiałe – szef zespołu, Robinson, i Rodman byli całkowicie przeciwstawnymi osobowościami i na dłuższą metę nie mogły funkcjonować obok siebie.

Basketball: San Antonio Spurs Dennis Rodman #10 w. David Robinson #50 during game. (Photo by Brian Drake/The LIFE Images Collection/Getty Images)

Mimo wszystko, w opisywanym wyżej sezonie Ostrogi doszły do Finałów Zachodu i w derbach Teksasu zostały pokonane przez Houston Rockets, zaś David był pod wrażeniem tego, co wyprawiał jego oponent Hakeem Olajuwon i na zawsze popamiętał jego Dream Shake

Dennisowi nie puszczono płazem jego licznych występków i chciano się go pozbyć. Chicago Bulls wzięli go z pocałowaniem ręki, a w zamian podrzucili Willa Perdue czyli kogoś w rodzaju kukułczego jaja. Jak się okazało później, Byki wiedziały co robią – po kilku latach przerwy wespół z Rodmanem wygrały ligę, a Spurs zostali odesłani do domu w drugiej rundzie playoffs przez znienawidzonych Utah Jazz, o których Robinson mówił, że:

Zdjęcia tych facetów wisiały w naszej szatni i bynajmniej nie po to, abyśmy ich podziwiali. Przeciwnie, te fotografie były wykorzystywane przez kolegów jako tarcze do rzutków.

Należy definitywnie zamknąć sprawę Rodmana komentarzem drugiej strony, a więc Davida Robinsona. On sam w głębi duszy mógł odczuwać rozżalenie, że jego (do niedawna) partnerowi udało się to, czego nie mógł dokonać i można podejrzewać że trawiła go lekka zazdrość. Jednak zachował klasę oraz fason, wyznał, co myśli o Rodmanie i jak według niego Robak oddziaływał na zespół, lecz obyło się bez obelg i inwektyw:

Dennis to skomplikowany facet(…) Myślę, że ze względu na swoje pochodzenie nie zawsze wie jak się wyrazić(…) Przyznaję, był dobry jako koszykarz i jako człowiek, ale w ostatecznym rozrachunku był destrukcyjną siłą. Potrafił wejść do szatni i nie odzywać się do nikogo przez kilka miesięcy. Do tego dochodziło to lekceważące podejście do trenera i do treningów. Bardzo źle wpływał na organizację.

Chichot Rodmana rozbrzmiewał w San Antonio jeszcze przez długi czas – media zarzucały Hillowi i Robinsonowi brak umiejętności personalnych w porównaniu do Michaela Jordana i Phila Jacksona. Oni, w przeciwieństwie do Spurs, byli w stanie zaakceptować Dennisa z całym dobrodziejstwem inwentarza i się z nim dogadać, co się po stokroć opłaciło A Ostrogi znowu zostały wykolegowane z walki o tytuł, tym razem przez Jazz i musieli na później odłożyć plany o podboju NBA.

Los dalej nie oszczędzał teksańskiej ekipy – w sezonie 1996/1997 z powodu koszmarnej kontuzji stopy Admirał rozegrał tylko sześć spotkań, Bob Hill został wyrzucony, a Spurs sięgnęli dna, wygrywając tylko 20 spotkań i przegrywając aż 62. Gdyby bilans był odwrotny – OK, w porządku, lecz rzeczywistość okazała się bezlitosna. Jedynym pozytywem upiornego roku było przechwycenie pierwszego numeru w drafcie. Dzięki temu Ostrogi miały rychło powrócić na właściwe tory, ponieważ w edycji 1997 NBA Draft aż roiło się od perspektywicznych graczy, a człowiekiem mającym zmazać plamę z ubiegłych miesięcy został wysoki zawodnik z Wysp Dziewiczych, Tim Duncan.

Autor: Marek Niewiadomy

To pierwsza część Historii. Na drugą zapraszamy w sobotę w godzinach popołudniowych.





3 KOMENTARZE

  1. Świetnie napisane! Zawsze ceniłem Robinsona za etykę pracy, świetne statystyki, ale nie wiedziałem, że to był mądry facet z umiejętnościami analitycznymi. Mimo, że jestem wielkim fanem Olajuwona bolało mnie jak Robinson dostał w tyłek w 95’. Pzdr

  2. Genialny center i wielki człowiek w przenośni i dosłownie, Duncan go przerósł ale ta dwójka zagościła w moim sercu fana NBA na zawsze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here