Dwight Howard powrócił jak syn marnotrawny do Los Angeles i u boku LeBrona Jamesa zdobył swój pierwszy w karierze tytuł mistrza NBA. Dla środkowego chwile po ostatniej syrenie były jednymi z najważniejszych w całym życiu.


To był niezwykle przeładowany emocjami sezon dla Los Angeles Lakers i Dwighta Howarda. Środkowy rozpoczynał rozgrywki 2019/20 jako gracz walczący o miejsce w NBA. Szansę dali mu Lakers, choć początkowo był to ledwie niegwarantowany kontrakt. Dla samego Howarda był to powrót do Los Angeles po sześciu latach – jego pierwsza przygoda z klubem okazała się być totalną katastrofą i potrwała zaledwie jeden rok. Howard opuścił Miasto Aniołów w niesławie.

Sezon 2019/20 był więc szansą na odkupienie i podkoszowy weteran z pewnością swoje winy odkupił. Od samego początku zarażał dobrą energią i stał się ważnym punktem ławki rezerwowych Lakers. Nie inaczej było w bańce w trakcie fazy play-off, mimo że do końca nie było pewne, czy Howard w ogóle się na Florydzie pojawi. Ostatecznie zdecydował się dołączyć do swoich kolegów, a teraz razem z nimi może świętować swój największy sukces w karierze, czyli mistrzostwo NBA.

Howard po ostatniej syrenie dał upust swoim emocjom. – Nigdy nie porzucaj swoich marzeń – mówił w transmisji na żywo w mediach społecznościowych, trzymając w rękach trofeum Larry’ego O’Briena. Już 2009 roku był tego bardzo blisko, ale w finałach jego Orlando Magic musieli uznać wyższość Lakers. Kolejne lata przynosiły głównie rozczarowanie i mało kto spodziewał się, że Howard wskrzesi jeszcze swoją karierę. 34-latek przeszedł bardzo długą drogę, aby móc wreszcie nazwać się mistrzem.

Follow @PROBASKET


Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments