Michael Jordan szczerze go nie znosił, ale nie mógł zaprzeczyć temu, że był jednym z najlepszych w swoim fachu. Po Jerrym Krause pozostało nieodparte wspomnienie. Teraz Chicago Bulls mają nowego sternika, który otwarcie mówi o chęci nawiązania do wielkich sukcesów drużyny Byków.


Zepsute korzenie

Gar Forman opuścił stanowisko generalnego menadżera drużyny po 22 latach pracy. Jeżeli w trakcie ponad dwóch dekad możesz pochwalić się zaledwie dwoma trafionymi wyborami draftu, to znaczy, że większość tego czasu po prostu przespałeś. W loterii 2008 roku trafiło im się jak ślepej kurze ziarno. Bulls mieli 1,7% szans na wylosowanie 1. picku w drafcie. To była jedna z największych niespodzianek w historii loterii. Forman i John Paxson popełniliby zbrodnię, gdyby wówczas nie wybrali z “jedynką” gracza, który wychował się na koszykówce Chicago. Los, jaki spotkał Derricka Rose’a nie spada jednak na ich konto.

Za to nieumiejętne wykorzystanie dobrze wypatrzonego Jimmy’ego Butlera już tak. Wychowanek Marquette był przemyślaną draftową decyzją, ot co. Takie nie zdarzały się Formanowi często. Jednak po 22 latach jasne stało się, że Chicago Bulls potrzebują konkretnej zmiany. Korzenie trzeba było wyrwać, posadzić zupełnie nowe nasiono, które wykiełkuje bez żadnej skazy lat poprzednich. Decyzja o zatrudnieniu Arturasa Karnisovasa została podjęta relatywnie szybko, toteż w środowisku pojawiły się obawy, czy nie za szybko… Jednak recenzje, jakie zbierał za swoją pracę w Denver Nuggets mówiły same za siebie.

Zastał bałagan

Na czym opiera się obecna siła Chicago Bulls? Zach LaVine jawi się jako gracz, który chce być liderem nowego projektu. Bieżący sezon zawodnika pokazał, że stać go naprawdę na wiele, choć można mieć pewnie wątpliwości, co do jego umiejętności przywódczych. Czy udźwignie tę rolę? Karnisovas zapewne będzie chciał się o tym przekonać i da mu stosowną szansę. Nie powinniśmy być jednak zaskoczeni, jeśli ostatecznie uzna, że LaVine jest elementem układanki, który nie pasuje do jego wizji. Kibice w Chicago muszą się przygotować na niepopularne decyzje nowego zarządu. Początek może być naprawdę trudny do przełknięcia, początek zmian rzecz jasna.

Za to w Tomasie Satoranskym Arturas może być wręcz zakochany. To zawodnik wychowany w europejskim systemie wartości, więc wszelkie braki nadrabia tzw. “fundamentals”, czyli cechami, które powinien posiadać każdy gracz na jego pozycji. Nie jestem mimo wszystko przekonany, czy Jim Boylen jest dla niego odpowiednim trenerem. Nie cieszy się dużym szacunkiem swoich graczy, co widać w braku dyscypliny na parkiecie. Sato gra skutecznie wtedy, kiedy zespół podąża za określonym planem i nikt nie łamie zagrywek. Co więc z Boylenem? Jego czas może być policzony, ale Karnisovas już przyznał, że w pierwszej kolejności chce się skupić na zmianach w dziale sportowym. Head-coach ma czas, by zrobić dobre wrażenie.

Duży znak zapytania stoi nad przyszłością Lauriego Markkanena. Fin wrócił do gry po uporaniu się z kontuzją i nie jest tym samym graczem, jakim był jeszcze rok temu. Ma ogromne problemy z tym, by dobrze odnaleźć się w obecnie proponowanej przez Bulls koszykówce. Nowy sternik zapewne da mu szansę, bo to ogromny talent i szkoda byłoby go przedwcześnie skazać na porażkę, niemniej może być gotów handlować nim już latem tego roku (czy kiedykolwiek tam będzie przerwa między sezonami), jeśli któryś z rywali będzie niezdrowo zainteresowany potencjałem, którego w Chicago Markkanenowi pokazać się nie udało. Nie wiadomo, ale Lauri zapowiadał się dobrze, więc kibice byli zapewne rozczarowani.

Zmiany przez draft?

No właśnie… to sprawa zagadkowa, ponieważ w Denver Karnisovas miał ograniczone możliwości, jeśli chodzi o atrakcyjność rynku i salary-cap. Niewielu wolnych agentów było szczególnie zainteresowanych przenosinami do Kolorado. Wybierali większe rynki, zapewniające wyższy standard życia. Jednym z takich jest właśnie Chicago, dlatego pod tym kątem możemy zobaczyć zupełnie innego Karnisovasa. Tym razem wykorzystujące także sprzyjające mu okoliczności, a nie tylko możliwości draftu. Na tym polu bowiem odniósł wiele sukcesów, czego najlepszym przykładem jest Nikola Jokić – niewykluczone, że przyszły MVP ligi.

W Denver trafił także na perełki w postaci Jamala Murraya, Garry’ego Harrisa, Monte Morrisa czy Malika Beasleya. Rok temu zaryzykował stawiając na Michaela Portera Jr’a, który w bieżących rozgrywkach kilka razy potwierdzał, że gdy nie ma problemów zdrowotnych, może być niezawodną ofensywną opcją. Opuszcza więc Denver z poczuciem spełnionego obowiązku. Czy mógł zrobić więcej? Biorąc pod uwagę istniejące ograniczenia, prawdopodobnie nie. Otoczył się także gronem znakomitych skautów, wśród nich Rafał Juć, który nie powinien być zaskoczony, gdy pewnego dnia otrzyma telefon z nowego biura swojego byłego szefa.

Całkiem możliwy jest więc scenariusz, w którym Rafał wkrótce będzie skautował dla Bulls. W międzyczasie Karnisovas wystosował do kibiców ekipy otwarty list, w którym otwarcie pisze o chęci sprowadzenia kolejnego mistrzostwa. Jego praca ma się opierać na stworzeniu komunikacji, balansu składu i kreatywnych decyzjach. Kluczowy jest u niego koncept “zespołu” i płynący z niego sukces. Zbudowanie odpowiedniej kultury będzie jego modus operandi. Kibice Bulls zapewne nie mogą się już doczekać efektów. Karnisovas jeszcze nigdy nie był w takiej sytuacji, mając do dyspozycji takie narzędzia. Naturalna jest więc ciekawość, jak sobie z nimi poradzi i czy na pewno spełni pokładane w nim nadzieje. Wiele bowiem na to wskazuje…

NBA: Lillard chce powrotu Aldridge’a?



Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments