Dwukrotny uczestnik Meczu Gwiazd NBA, Isaiah Thomas, który niedawno rozpoczął nowy etap kariery w roli skauta Boston Celtics, najwyraźniej nie zamierza jeszcze całkowicie rozstawać się z parkietem. 37-latek zdradził, że chciałby spędzić jeden sezon poza Stanami Zjednoczonymi i po raz pierwszy w karierze spróbować swoich sił w koszykówce międzynarodowej. Choć najlepsze lata ma już za sobą, a poważna kontuzja biodra przed laty mocno zahamowała jego karierę, Thomas wciąż wierzy, że może dać z siebie coś na boisku. Jego potencjalny wyjazd za ocean nabiera dodatkowego kontekstu w obliczu niedawnych słów Patricka Beverleya, który przekonywał, że przystosowanie się amerykańskich gwiazd do zagranicznych realiów wcale nie jest takie proste.
Isaiah Thomas niedawno powrócił do Boston Celtics w roli skauta, co wielu odebrało jako początek jego kariery poza boiskiem. Szybko okazało się jednak, że ogień rywalizacji w nim nie zgasł. Koszykarz wyjawił na platformie X, że nowa rola nie oznacza jeszcze końca jego kariery zawodniczej.
– Chcę przez rok pograć za granicą! Chcę zdobyć takie doświadczenie i pokazać chłopakom po drugiej stronie oceanu, na co mnie stać – napisał. W kolejnym wpisie dodał: – Chcę zabrać mój ‘Slow Grind’ do innego kraju i dać tam z siebie wszystko!
Dla Thomasa gra za granicą ma być nie tylko nowym doświadczeniem, ale również okazją do udowodnienia niedowiarkom, że wciąż potrafi być wartościowym rozgrywającym. Na zaczepki dotyczące jego obecnych możliwości odpowiedział z charakterystyczną pewnością siebie.
– Śmieszy mnie, kiedy słyszę: „Nie potrafisz już robić tego, co kiedyś”. Dlaczego miałbym nie potrafić? Tyle że nie zamierzam już grać w ten sam sposób. Jeśli wrócę, będę po prostu rozgrywającym – będę kreował grę na poziomie liderów ligi w asystach i pokażę wam, jakie to łatwe – stwierdził.
Wśród preferowanych kierunków Thomas wymienił australijską ligę NBL oraz portorykańskie rozgrywki BSN. Wszystko wskazuje więc na to, że 37-letni rozgrywający nie zamierza jeszcze na dobre rozstawać się z zawodową koszykówką i naprawdę rozważa kolejną przygodę na parkiecie. Jeśli do niej dojdzie, będzie to kolejny rozdział jego charakterystycznej historii o „Slow Grind” – mozolnym dążeniu do celu mimo przeciwności, które przez lata definiowało jego karierę.
Naturalnie pojawia się więc pytanie, czy zawodnik, który od pewnego czasu nie występuje regularnie na najwyższym poziomie, wciąż może być realnym wzmocnieniem dla profesjonalnego klubu. Thomas po raz ostatni pojawił się na parkietach NBA pod koniec sezonu 2023-24, gdy w barwach Phoenix Suns rozegrał zaledwie sześć spotkań. Na początku 2025 roku zaliczył jeszcze krótki epizod w G-League, reprezentując Salt Lake City Stars. Sam przyznał, że przejście do pracy skauta nie było dla niego łatwe.
– To była trudna zmiana, przede wszystkim dlatego, że nadal wiem, że potrafię grać na wysokim poziomie – tłumaczył.
Thomas niedawno przypomniał jednak, że mimo upływu lat wciąż potrafi dać kibicom prawdziwe show. Pod koniec sierpnia, podczas pokazowego turnieju Ball Don’t Stop Pro-Am w Vancouver, 37-latek zdobył aż 56 punktów, a jego popisy szybko podbiły internet.
Towarzyskie zawody to jednak inna para kaloszy. Międzynarodowe ligi stawiają przed zawodnikami zupełnie inne wymagania w defensywie, ale ofensywny instynkt, rzut i wizja gry Thomasa – przekładające się na średnie 17,5 punktu i 4,8 asysty na mecz w NBA – wciąż są jego ogromnymi atutami. Po drugiej stronie parkietu sytuacja wyglądała już mniej imponująco. Przy wzroście zaledwie 175 centymetrów gra w defensywie zawsze była największym mankamentem rozgrywającego, który przez lata nadrabiał go jednak niezwykłą kreatywnością i łatwością zdobywania punktów.
Ewentualna przeprowadzka Thomasa za granicę będzie jednak oznaczała wejście w zupełnie inny świat koszykówki. Właśnie teraz, gdy 37-latek rozważa taki krok, głos w sprawie zabrał Patrick Beverley. Weteran NBA niedawno także postanowił kontynuować karierę za granicą, podpisując kontrakt z francuskim Boulazac. W programie „Thanalysis Show” prowadzonym przez Thanasisa Antetokounmpo nie owijał jednak w bawełnę, opowiadając o tym, jak trudne może być przestawienie się z NBA na europejskie realia.
– Są dziś w NBA supergwiazdy, które nie mogłyby grać w Europie. Naprawdę. Po prostu nie byłyby w stanie. Przystosowanie się do europejskiej koszykówki jest zupełnie inne. Tutaj wszystko zaczyna się od zespołu. Trener ma kontrolę nad wszystkim. To niemal jak drużyna z college’u, tyle że złożona z dorosłych graczy. Gra dla zespołu zawsze jest ważniejsza niż pojedynczy zawodnik – stwierdził.
Były zawodnik Milwaukee Bucks zaznaczył, że problemem nie jest poziom umiejętności, lecz mentalność i konieczność zaakceptowania zupełnie innych zasad. W Europie zawodnicy muszą pogodzić się z mniej komfortowymi podróżami, dzieleniem pokoi hotelowych z kolegami z drużyny oraz znacznie większym znaczeniem taktyki. Tutaj trener może mieć wpływ na niemal każdy element gry, włącznie z decyzją, by zespół wstrzymał się z oddaniem rzutu aż do ostatnich sekund akcji.
Tymczasem Thomas przez lata przyzwyczaił się do tego, że piłka jest w jego rękach, a ofensywa zespołu często opiera się właśnie na nim. Najlepiej pokazał to sezon 2016/17, gdy jako lider Celtics zdobywał średnio 28,9 punktu na mecz i zajął piąte miejsce w głosowaniu na MVP. Chcąc grać na przykład w Europie – a w Australii czy Portoryko zapewne również – musiałby jednak zaakceptować zupełnie inną rolę.
Niezależnie od tego, jaki kierunek ostatecznie wybierze, same popisy strzeleckie nie wystarczą. 37-latek będzie musiał pokazać, że potrafi podporządkować swój talent drużynie i odnaleźć się w koszykówce, w której system często stoi ponad indywidualnymi umiejętnościami. I właśnie dlatego jego potencjalna zagraniczna przygoda zapowiada się tak interesująco.










