Jonathan Kuminga przez ostatni rok walczył przede wszystkim o jedno – możliwość samodzielnego decydowania o swojej przyszłości. Skrzydłowy nie chciał kolejnego długiego kontraktu, który pozwoliłby Golden State Warriors kontrolować jego karierę, i ostatecznie dopiął swego, stając się niezastrzeżonym wolnym agentem po tym, jak Atlanta Hawks nie wykorzystali opcji w jego umowie. Jednak rzeczywistość sierpniowego rynku NBA okazała się dla 23-latka bolesna: uzyskał upragnioną wolność, ale nie znalazł przy tym finansowego eldorado, na które liczył.
Sytuacja Jonathana Kumingi to klasyczny przykład gracza, który – jak oceniają eksperci – „przelicytował”. Jeszcze niedawno zawodnik celował w kontrakt o średniej wartości rocznej przekraczającej 20 milionów dolarów. Rynek jednak szybko zweryfikował te oczekiwania, a najnowsze doniesienia sugerują, że obecnie realny pułap to okolice 14–16 milionów za sezon. Problem polega na tym, że w nowej erze przepisów CBA większość klubów ma już niemal pełne składy i ograniczone pole manewru finansowego.
– Gdybym był Jonathanem Kumingą, podpisałbym umowę za minimum dla weterana. Zamiast utknąć w trzyletniej umowie, ponownie postawiłbym na siebie i spróbował uzyskać kolejny kontrakt w następnym sezonie – brutalnie podsumował sytuację zawodnika Bobby Marks. Zgodnie z sugestią eksperta ESPN ds. finansów w NBA, w 2027 roku rynek może być znacznie łaskawszy dla zawodników o tego typu profilu.
Najpoważniejszym kandydatem do pozyskania Kumingi pozostają Los Angeles Lakers, którzy po odejściu LeBrona Jamesa i Rui Hachimury desperacko potrzebują atletyzmu na skrzydle. Dzięki szybkości, atletyzmowi i umiejętnościom gry bez piłki były zawodnik Golden State Warriors i Atlanta Hawks dobrze pasowałby do gry obok Luki Doncicia. Problemem mógłby jednak być jego rzut za trzy, który w połączeniu z obecnością Walkera Kesslera może ograniczać spacing.
Na drodze stoją jednak przede wszystkim finanse. Lakers mieli oferować Kumindze około 20 milionów dolarów za dwa lata, lecz przy wyższych oczekiwaniach zawodnika potrzebny byłby sign-and-trade z Atlantą. I właśnie tutaj pojawia się problem. Lakers nie mają już dużego pola manewru ze względu na pierwszy apron, a Hawks oczekują czegoś w zamian za pomoc w przeprowadzeniu transakcji — przede wszystkim odpowiedniej rekompensaty draftowej. Także z tego tytułu negocjacje stanęły w miejscu.
– Lakers spotkali się z Kumingą już w pierwszych godzinach po otwarciu rynku wolnych agentów, przedstawiając mu wizję ważnej roli i dużej liczby minut w zespole z czołówki NBA, który desperacko potrzebuje atletycznego skrzydłowego. Ta perspektywa przypadła mu do gustu, ale oferta sign-and-trade — zarówno pod względem długości kontraktu i pieniędzy, jak i pakietu, który miał trafić do Atlanty — nie satysfakcjonowała wszystkich stron. Lakers nadal są nim zainteresowani, jak wynika z informacji od ligowych źródeł, ale od kilku tygodni nie udało się zrobić żadnego postępu w kierunku finalizacji umowy – podsumował obecną sytuację Anthony Slater z ESPN.
By nie stracić w przyszłości elastyczności finansowej, popularni „Jeziorowcy” muszą ważyć każdy ruch, co mogłoby zagrozić ich zdolności do budowania mistrzowskiego składu wokół Doncicia. Istnieje realne ryzyko, że jeśli klub nie stworzy odpowiedniego otoczenia dla słoweńskiego gwiazdora, ten może w przyszłości rozważyć odejście z Miasta Aniołów.
Dodatkowym cieniem na potencjalnym transferze kładzie się krytyka ze strony Hachimury, który po przejściu do Los Angeles Clippers zasugerował, że struktura gry Lakers ograniczała jego naturalne atuty, sprowadzając go głównie do roli gracza typu „3-and-D”. Dla Kumingi, który najlepiej czuje się w ataku na obręcz i w kontrataku, a wciąż boryka się z niestabilnym rzutem z dystansu, może to być sygnał ostrzegawczy.
Poza tym ekipa z purpurowo-złotej części Los Angeles nie jest jedynym graczem na planszy. Zainteresowanie wykazują również Cleveland Cavaliers, których trener, Kenny Atkinson, ceni potencjał kongijskiego skrzydłowego jeszcze z czasów wspólnej pracy w Warriors. Także Minnesota Timberwolves i Sacramento Kings monitorują sytuację, choć ich oferty finansowe ograniczają się obecnie głównie do minimum dla weterana, co dla ambitnego gracza jest trudne do zaakceptowania.
Najciekawsze jest jednak to, dlaczego zawodnik z takim potencjałem w ogóle znalazł się w tej sytuacji. Kuminga ma zaledwie 23 lata, był siódmym wyborem draftu i ma już mistrzowski pierścień. Jego atletyzmu nie trzeba reklamować – jest szybki, silny, dynamiczny i potrafi atakować obręcz jak niewielu skrzydłowych w NBA. Po pięciu sezonach wciąż pozostaje jednak pytanie, jaką dokładnie rolę może pełnić w drużynie walczącej o najwyższe cele.
W Golden State nie zdołał na stałe zdobyć zaufania Steve’a Kerra, a problemy z grą bez piłki, podejmowaniem decyzji i spacingiem ograniczały jego możliwości. Transfer do Georgii miał być szansą na większą swobodę, ale nie przyniósł przełomu. W 16 meczach dla Hawks Kuminga notował średnio 12,3 punktu i 5,3 zbiórki, a w sześciu spotkaniach play-offów przeciwko późniejszym mistrzom z Nowego Jorku zdobywał 13,7 punktu na mecz. To było za mało, by Atlanta bez wahania zagwarantowała mu ponad 24 miliony dolarów na kolejny sezon.
W związku z powyższym, na początku sierpnia Jonathan znajduje się w paradoksalnej sytuacji. Jest za dobry i za młody, by podpisać umowę jako zwykły rezerwowy, ale jednocześnie nie udowodnił jeszcze, że jest wart ogromnych pieniędzy jako pewny filar drużyny walczącej o tytuł.
– I właśnie w tym tkwi jego problem. Jeśli nie dostanie pieniędzy, których oczekuje, znajdzie się w sytuacji, w której będzie musiał zastanowić się, jak osiągnąć to, czego chce. (…) Na ten moment utknął w martwym punkcie. Wygląda na to, że naprawdę waha się między podpisaniem długoterminowego kontraktu za mniejsze pieniądze a postawieniem na jednoroczną umowę i spróbowaniem swoich sił jeszcze raz za rok – zauważył insider NBA, Keith Smith.
Jeśli saga z Kumingą będzie się przeciągać, Lakers mogą zostać zmuszeni do poszukiwania tańszych alternatyw, takich jak Taylor Hendricks z Memphis Grizzlies, co ostatecznie zamknęłoby 23-latkowi drzwi do najbardziej prestiżowego rynku w lidze. Najbliższe dni pokażą, czy zawodnik zdecyduje się na kolejny ryzykowny „zakład o samego siebie”, czy też zaakceptuje twarde realia obecnego rynku NBA.









