Kolejna seria gier NBA za nami. We wczorajszych spotkaniach New York Knicks pokonali New Orleans Pelicans, ale do rozstrzygnięcia potrzebna była dogrywka, do której rzutem za trzy w końcówce doprowadził Reggie Bullock. W Atlancie Hawks nie bez problemów pokonali Indianę Pacers. Miami Heat pokonali przed własną publicznością Brooklyn Nets, a urazu w czwartej minucie gry nabawił się Kevin Durant. Dziś w nocy Charlotte Hornets wykorzystali nieobecność Damiana Lillarda i pewnie pokonali Portland Trail Blazers. W pojedynku dwóch „tankujących” zespołów Rockets ograli Magic. Osłabieni Toronto Raptors wygrali z Oklahoma City Thunder. Wpadkę zaliczyli natomiast Dallas Mavericks, którzy przegrali u siebie z Sacramento Kings. Na koniec Los Angeles Clippers pokonali Minnesotę Timberwolves, prowadząc w pewnym momencie różnicą nawet 38 punktów.


NEW YORK KNICKS – NEW ORLEANS PELICANS 122:112 (PO DOGRYWCE)

Statystyki na PROBASKET

  • Knicks podeszli do tego spotkania po serii pięciu kolejnych zwycięstw, w tym m.in. z Los Angeles Lakers czy Dallas Mavericks. Przed spotkaniem podopieczni Toma Thibodeau mogli poszczycić się bilansem 30-27, który zapewniał 6. pozycję w tabeli konferencji wschodniej i bezpośredni awans do fazy play-offs. Pelicans (22-34) z kolei wciąż utrzymują się w walce o ostatnie miejsce dające udział w turnieju play-in.
  • W pierwszych minutach gry obie strony miały spore problemy ze skutecznością. Pelicans początkowo opierali się na trafieniach Brandona Ingrama i podkoszowej aktywności Stevena Adamsa. Po stronie Knicks błyszczał RJ Barrett, ale to goście z Nowego Orleanu przez dłuższy czas utrzymywali skromne prowadzenie, udowadniając przy okazji, dlaczego są jedną z najskuteczniejszych ekip pod względem punktów w pomalowanym.
  • Przełomowym momentem drugiej odsłony była seria punktowa 14:2 w wykonaniu Knicks. Świetnie radzili sobie wówczas wchodzący z ławki rezerwowych Derrick Rose i Taj Gibson. Gospodarze odskoczyli na 14 oczek i choć Zion Williamson dwoił się i troił, to Pelicans przegrywali do przerwy 44:57.
  • Przyjezdni wyszli na drugą połowę wyraźnie odmienieni. Wyższy bieg wrzucili wówczas wspomniany Williamson i Eric Bledsoe, dzięki czemu Pels rozpoczęli trzecią odsłonę od serii 13:2. Ostatecznie udało im się wygrać tę część 35:22, dzięki czemu doprowadzili do remisu 79:79 i można powiedzieć, że mecz zaczął się wówczas od nowa.
  • Na 1:30 przed końcem „trójka” Derricka Rose’a zmniejszyła stratę Knicks do trzech oczek. Trafienia z linii Nerlensa Noela doprowadziły po chwili do stanu 101:100. Jedno z ostatnich posiadań NYK zmarnował jednak Immanuel Quickley, który spudłował charakterystyczny dla siebie floater. Gospodarze momentalnie sfaulowali Erica Bledsoe, który pewnie wykorzystał oba osobiste (103:100). W ostatniej akcji błąd popełnił jednak Lonzo Ball, który ruszył w kierunku wbiegającego pod kosz Rose’a, zostawiając tym samym niekrytego Reggiego Bullocka. Ustawiony na czystej pozycji skrzydłowy Knicks trafił zza łuku (103:103) i o końcowym rezultacie miała zadecydować dogrywka. Rozpędzeni gospodarze zdecydowanie lepiej rozpoczęli dodatkowy czas gry. W dalszym ciągu błyszczeli Rose i Julius Randle, którzy w głównej mierze przesądzili o końcowym triumfie ekipy z Wielkiego Jabłka.
  • Prym w szeregach Pelicans wiódł dziś niezastąpiony Zion Williamson, autor 34 punktów, 9 zbiórek, 5 asyst i 2 przechwytów. Dla 20-latka był to pierwszy w karierze mecz w Madison Square Garden. – Nie mogę skłamać, [Nowy Jork] jest chyba moim ulubionym miejscem do gry poza Nowym Orleanem – mówił po meczu Zion. Eric Bledsoe dorzucił 22 oczka, a Brandon Ingram 19. Słabszy występ zaliczył natomiast Lonzo Ball (5 punktów, 7 zbiórek, 2/9 z gry). Po drugiej stronie grę zdominował Julius Randle (33 punkty, 10 zbiórek, 5 asyst, 5 przechwytów). Skrzydłowego skutecznie wspierali Derrick Rose (23 pkt), Taj Gibson (6 punktów, 14 zbiórek), RJ Barrett (18 pkt) i Reggie Bullock (15 pkt).

ATLANTA HAWKS – INDIANA PACERS 129:117

Statystyki na PROBASKET

  • Hawks rozpoczęli to spotkanie z wysokiego „C” i już po kilku minutach gry prowadzili różnicą 20 punktów (30:10). Kapitalnie od samego początku prezentowali się Trae Young, Bogdan Bogdanović, a także Clint Capela, który jeszcze przed przerwą skompletował double-double. Pacers, dotychczas notorycznie pudłujący zza łuku, przebudzili się jednak w samą porę i po serii 8:0 zniwelowali nieco straty. „Jastrzębie” wciąż były stroną przeważającą, ale do przerwy prowadziły już tylko 66:57.
  • Po przerwie strata Indiany sukcesywnie topniała, ale podopieczni Nate’a Bjorkgrena nie byli w stanie objąć prowadzenia. W czwartej kwarcie dzięki świetnej postawie swoich gwiazd – Domantasa Sabonisa i Malcolma Brogdona, a także trafieniom Aarona Holidaya i Edmonda Sumnera Pacers zdołali doprowadzić do remisu 105:105. Wówczas jednak fenomenalny kwartet Hawks po raz kolejny wspiął się na wyżyny swoich umiejętności. Atlanta odskoczyła z wynikiem i dowiozła stosunkowo bezpieczny wynik do końcowej syreny.
  • Dwóch zawodników Hawks zasłużyło dziś na szczególne wyróżnienie. Trae Young zdobył 34 punkty i rozdał 11 asyst, z kolei Clint Capela zanotował łącznie 25 punktów i aż 24 zbiórki, do czego dorzucił również 3 bloki. Po 23 oczka solidarnie dorzucili Bogdan Bogdanovic i Kevin Huerter. Kiepsko dysponowany był natomiast John Collins (8 pkt) oraz gracze rezerwowi.
  • Po stronie Pacers niekwestionowanym liderem był Malcolm Brogdon, autor 29 punktów i 8 asyst. Double-double w postaci 18 oczek i 15 zbiórek dołożył Domantas Sabonis. O podwójną zdobycz otarł się Myles Turner, ale miał spore problemy ze skutecznością (9 punktów, 11 zbiórek, 2/9 z gry). Caris LeVert dorzucił 11 punktów, a T.J. McConnell 18.
  • Tym samym Hawks zrównują się bilansem z Boston Celtics (31-26) i wskakują na 4. miejsce w tabeli konferencji wschodniej. Walczący o jak najlepsze rozstawienie w fazie play-in Pacers tracą dystans do ósmych Charlotte Hornets.

MIAMI HEAT – BROOKLYN NETS 109:107

Statystyki na PROBAKET

  • Brooklyn Nets przyzwyczaili nas w tym sezonie do znaczących braków kadrowych. Tym razem Steve Nash nie mógł skorzystać z usług kontuzjowanego Jamesa Hardena, ale od początku na parkiet wybiegli Kyrie Irving i Kevin Durant. Niestety KD swój występ zakończył już po czterech minutach, kiedy to po ataku na kosz nabawił się najprawdopodobniej urazu lewej nogi. Trevor Ariza wykorzystał wówczas niemoc strzelecką kolegów Duranta i trzema „trójkami” wyprowadził Heat na skromne prowadzenie. Dwukrotnie zza łuku opowiedział szalejący dziś Landry Shamet, ale to gospodarze prowadzili po 12 minutach gry 32:31.
  • Całe spotkanie stało na niezwykle wysokim poziomie, a sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Do przerwy Heat prowadzili 64:60, ale po powrocie na parkiet momentalnie stracili przewagę. Kiedy tylko jedna ze stron próbowała odskoczyć z wynikiem, druga natychmiast niwelowała straty, po czym rezultat ponownie oscylował w granicach remisu. O zwycięstwie miała zadecydować zatem ścisła końcówka.
  • Brooklyn Nets lepiej weszli w ostatnią fazę spotkania i na kilka minut przed syreną prowadzili różnicą pięciu oczek. W najważniejszym momencie na wysokości zadania stanęli jednak Trevor Ariza, którego trafienie zza łuku doprowadziło do stanu 105:107, a także Goran Dragić, który na 43,6s przed końcem doprowadził do remisu. Przyjezdni mogli odskoczyć na trzy punkty, ale zza łuku spudłował Kyrie Irving. Wszystko sprowadziło się zatem do ostatniej akcji Heat. Piłka trafiła w ręce Bama Adebayo, który przechytrzył Jeffa Greena i rzutem z odskoku na równi z syreną dał Miami upragnione zwycięstwo.
  • Pod nieobecność dwóch największych gwiazd Nets ciężar zdobywania punktów na swoje barki wzięli wchodzący z ławki rezerwowych Landry Shamet (30 punktów, 7/12 zza łuku) i Kyrie Irving (20 punktów, 9 asyst). Skromne 12 oczek dorzucił Joe Harris, ale notorycznie pudłował za trzy (2/9). Solidarnie po 8 punktów zdobyli z kolei Jeff Green, Bruce Brown oraz wspominany Kevin Durant, który grał jedynie przez cztery minuty.
  • Po stronie Heat wielki mecz ma za sobą Bam Adebayo. Środkowy ekipy z Florydy zdobył 21 punktów i zebrał 15 piłek. 15 oczek i 9 zbiórek dorzucił Trevor Ariza. Świetnie dysponowani byli również Kendrick Nunn (17 pkt) oraz Goran Dragić (17 pkt). Niezwykle ważne okazało się również double-double Dewayne’a Dedmona (10 punktów, 10 zbiórek).

CHARLOTTE HORNETS – PORTLAND TRAIL BLAZERS 109:101

Statystyki na PROBASKET

  • Mecz zdecydowanie lepiej rozpoczęli zawodnicy Charlotte Hornets, którzy po niespełna 12 minutach gry prowadzili różnicą 25 punktów (43:18). Kapitalnie radził sobie wówczas Terry Rozier, który tylko w pierwszej kwarcie zaaplikował rywalowi 17 oczek i rozdał 6 asyst. Po stronie Blazers kulała skuteczność, w szczególności zza linii 7,24m.
  • W drugiej odsłonie przewaga „Szerszeni” nieco stopniała (65:51), ale po przerwie wyższy bieg ponownie wrzucili Terry Rozier i P.J. Washington. Osłabieni brakiem Damiana Lillarda przyjezdni nie byli w stanie powstrzymać ataków Charlotte, mając przy tym problemy z odnalezieniem odpowiedniego rytmu w ofensywie. Hornets ponownie odskoczyli i bez większych problemów dowieźli zwycięstwo do końcowej syreny, choć Blazers zdołali w końcówce zmniejszyć rozmiary swojej porażki.
  • Hornets zwycięstwo zawdzięczają fenomenalnej postawie Terry’ego Roziera, który w ogólnym rozrachunku zdobył 34 punkty, 10 asyst i 8 zbiórek (7/13 zza łuku). Niezwykle efektywny był również P.J. Washington, który dorzucił 23 oczka i 8 zbiórek z ławki rezerwowych (5/11 za trzy). Miles Bridges dostarczył 15 punktów, Jalen McDaniels 13, a Cody Zeller 8.
  • Po stronie Blazers pod nieobecność Lillarda poszaleć mógł Carmelo Anthony, zdobywca 24 punktów (8/19 z gry, 6/12 zza łuku). C.J. McCollum dorzucił 22 punkty i 6 asyst. Solidne zawody rozegrał również Norman Powell, autor 17 oczek. Portland jako zespół rzucali na kiepskiej skuteczności zarówno z gry (39,6%), jak i zza łuku (10/36; 27,8%).
  • Tym samym Hornets (28-28) wracają do grona zespołów z bilansem na poziomie co najmniej .500 i umacniają się na 8. miejscu w tabeli konferencji wschodniej. Walka o rozstawienie w turnieju play-in zapowiada się niezwykle interesująco. Porażki Blazers (32-24) nie wykorzystali Dallas Mavericks, bezpośredni rywale Portland w walce o miejsce w pierwszej szóstce zachodu.

ORLANDO MAGIC – HOUSTON ROCKETS 110:114

Statystyki na PROBASKET

  • Pojedynek dwóch zespołów z ogona stawki, które myślami są już przy lipcowym drafcie. Zaczęło się od wyrównanej gry i regularnej zamiany prowadzeniem. Dopiero w drugiej kwarcie Orlando Magic zdołali odskoczyć z wynikiem na 12 punktów, w głównej mierze dzięki trafieniom Dwayne’a Bacona i Chumy Okeke.
  • Po przerwie do głosu doszli jednak przyjezdni i to oni przejęli inicjatywę. „Rakiety” utrzymywały się na prowadzeniu przez dłuższy czas, choć w czwartej kwarcie ich przewaga oscylowała w granicach jedynie 3-5 punktów. Gwoździem do trumny Magic był rzut z półdystansu Christiana Wooda, który powiększył przewagę Houston do 5 oczek (110:105). Cole Anthony odpowiedział co prawda zza łuku, ale Kelly Olynyk i Avery Bradley pewnie wykorzystali swoje rzuty osobiste, przypieczętowując tym samym zwycięstwo Rockets.
  • Christian Wood zakończył spotkanie z double-double na poziomie 25 punktów i 10 zbiórek. Równie imponująco zaprezentował się Kelly Olynyk, autor 24 punktów i 7 zbiórek. Kevin Porter Jr. dołożył od siebie 22 oczka i 7 asyst. Tercet Rockets wspierali Armoni Brooks (16 pkt), Jae’Sean Tate (14 pkt), Avery Bradley (7 pkt) i Kenyon Martin Jr. (6 pkt).
  • Po stronie Magic czwarty w tym sezonie mecz z dorobkiem co najmniej 20 punktów zaliczył Dwayne Bacon (22 punkty, 7/14 z gry). – Przez całą trzecią kwartę nie graliśmy w ogóle w obronie – mówił po spotkaniu o przyczynach porażki 25-latek. Po 16 oczek dorzucili Cole Anthony (5/14 z gry, 1/6 zza łuku) i Gary Harris (6/12 z gry). Chuma Okeke dołożył 14 punktów, natomiast double-double na swoje konto zapisał Wendell Carter Jr. (11 punktów, 10 zbiórek).

TORONTO RAPTORS – OKLAHOMA CITY THUNDER 112:106

Statystyki na PROBASKET

  • Do trzeciego z rzędu zwycięstwa zespołu z Kanady poprowadził Chris Boucher, który uzyskał double-double (31 punktów i 12 zbiórek). Kanadyjski skrzydłowy zespołu z Toronto trafił 10 z 16 rzutów z gry (63%), w tym najwięcej trójek (6). Kolejne bardzo dobre spotkanie w barwach Raptors rozegrał Gary Trent Jr. Skrzydłowy Dinozaurów zgromadził na swoim koncie 23 punkty, 5 zbiórek i 5 przechwytów.
  • 15 punktów, 7 zbiórek i 5 asyst zapisał na swoje konto Malachi Flynn, zaś 12 oczek dodał Stanley Johnson. Warto dodać, że w ekipie Nicka Nurse’a z powodu drobnych urazów nie wystąpiło czterech podstawowych zawodników (Anunoby, Siakam, VanVleet i Lowry).
  • Po stronie OKC niekwestionowanym liderem okazał się Luguentz Dort, autor 29 punktów. Obrońca Thunder trafił 9 z 15 rzutów z gry (60%), w tym 5 na 8 za trzy punkty (63%). 16 oczek i 8 zbiórek dołożył Darius Bazley, a 12 punktów padło łupem Kenricha Williamsa. Ciekawą linijką statystyczną zapisał się Aleksej Pokusevski. Serbski skrzydłowy trafił zaledwie 4 z 14 rzutów z gry (29%), ale zgromadził na swoim koncie 8 punktów, 7 zbiórek, 5 asyst i 6 bloków.
  • Toronto Raptors (24-34) dzięki kolejnej wygranej wyprzedzili Chicago Bulls i zajmują obecnie 10. miejsce w konferencji wschodniej. Kolejnym przeciwnikiem Dinozaurów będą Brooklyn Nets.

Autor: Mateusz Malinowski

DALLAS MAVERICKS – SACRAMENTO KINGS 107:121

Statystyki na PROBASKET

  • Podopieczni Luke’a Waltona rzucili aż 45 punktów w drugiej kwarcie, którą wygrali 15 punktami (45:30). Uzyskanie 17 punktowej przewagi po pierwszej połowie (67:50) pozwoliło kontrolować wynik spotkania w dalszej części meczu. Po zmianie stron zespół z Teksasu odrobił część strat wygrywając trzecią kwartę siedmioma punktami (27:20), jednak znakomita postawa starterów Kings, jak i zawodników rezerwowych, nie pozwoliła na jeszcze większe odrobienie strat przez Mavs.
  • Ostatnią odsłonę spotkania Królowie wygrali czterema punktami (34:30), a cały mecz czternastoma. Sacramento Kings poprowadził De’Aaron Fox, autor double-double (30 punktów i 12 asyst). Jeden z liderów Kings trafił 12 z 21 rzutów z gry (57%). Drugim strzelcem zespołu został Harrison Barnes, autor 24 punktów i 5 zbiórek. Obrońca Kings trafił 9 z 14 rzutów (64%).
  • Bardzo dobre spotkanie rozegrał Terence Davis, autor 23 punktów. Rezerwowy Królów był najskuteczniejszym graczem w całym zespole, trafiając 9 z 12 rzutów z gry, co daje 75% skuteczności. Rzucający obrońca Kings ani razu nie pomylił się zza linii 7,24, trafiając 5 oddanych rzutów trzypunktowych. 13 punktów i 5 zbiórek dodał Delon Wright, zaś double-double (12 punktów i 10 zbiórek) uzyskał Hassan Whiteside, dla którego mecz z Mavs był drugim w obecnym sezonie, kiedy to zaczynał spotkanie jako starter.
  • Kings, mimo iż wygrali z wyżej rozstawionymi Mavs, nadal borykają się z problemami zdrowotnymi swoich istotnych zawodników. Kolejne spotkanie (18 z rzędu) opuścił Marvin Bagley (złamana ręka). Natomiast trzeci mecz opuścił już Richaun Holmes (naciągnięcie ścięgna podkolanowego).
  • Po stronie Mavs standardowo najlepszym punktującym został Luka Doncić, który zgromadził 37 punktów (14 na 27 z gry, 52%) i 8 zbiórek. Drugim najlepszym strzelcem został Dorian Finney-Smith (22), który rzucił najwięcej trójek w zespole (6). 20 oczek dodał Jalen Brunson. Słabsze spotkanie rozegrał Kristaps Porzingis, który trafił zaledwie 3 z 14 rzutów z gry (21%), w tym 1/7 za trzy (14%). Łotysz w całym spotkaniu zdobył 9 punktów i 11 zbiórek.
  • Sacramento Kings następne spotkanie rozegrają już jutro. Przeciwnikami Królów będą Minnesota Timberwolves. Dla Królów będzie to mecz szczególny, gdyż po raz pierwszy od 13 miesięcy w Sacramento zawodników przywitają kibice.

Autor: Mateusz Malinowski

LOS ANGELES CLIPPERS – MINNESOTA TIMBERWOLVES 124:105

Statystyki na PROBASKET

  • O losach spotkania przesądziły druga i trzecia kwarta, które Los Angeles Clippers wygrali kolejno 43:27 i 32:16. Przyjezdni z Minneapolis nie byli w stanie znaleźć odpowiedzi na ataki m.in. Paula George’a, który w 27 minut spędzonych na parkiecie skompletował 23 punkty, 7 zbiórek, 5 asyst i 2 przechwyty.
  • W pewnym momencie przewaga podopiecznych Tyronna Lue osiągnęła pułap 38 oczek (104:66) i wówczas było już po meczu. Timberwolves zdołali co prawda wygrać czwartą odsłonę 36:20, ale był to już jedynie proces niwelowania wyraźnej porażki.
  • Oprócz wspomnianego George’a dobre zawody rozegrali Marcus Morris (19 pkt) i Kawhi Leonard, który otarł się o triple-double (15 punktów, 11 zbiórek, 8 asyst). Po 13 punktów dorzucili Reggie Jackson, Ivica Zubac i Luke Kennard. W obliczu wysokiej przewagi szansę na grę otrzymali zawodnicy głębokiej rezerwy, ale żaden z nich nie zrobił większej różnicy.
  • Po stronie Timberwolves najwięcej punktów zdobył Anthony Edwards (23 pkt), który do samego końca będzie walczył o statuetkę dla najlepszego debiutanta tego sezonu. Karl-Anthony Towns dołożył 16 punktów i 5 zbiórek, ale miał wyraźne problemy ze skutecznością (5/15 z gry, 1/6 zza łuku). Naz Reid dołożył 13 oczek, a Jaden McDaniels i wchodzący z ławki rezerwowych D’Angelo Russell po 11.
  • Dla ekipy z Miasta Aniołów jest to już ósme zwycięstwo na przełomie dziewięciu ostatnich pojedynków. Tym samym Clippers (40-19) umacniają się na 3. pozycji w konferencji zachodniej i zwiększają przewagę nad czwartymi Denver Nuggets. Timberwolves (15-43) z kolei w dalszym ciągu plasują się na szarym końcu tabeli.



ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here