Trzy mecze minionej nocy. W pierwszym z nich Spurs nie zostawili suchej nitki na Brooklyn Nets pokonując ich różnicą 27 punktów. W Golden State zacięte spotkanie, jednak koniec końców i tak wygrają Warriors.


BROOKLYN NETS (10-28) – (33-6) SAN ANTONIO SPURS 79:106

Dzień po trzęsieniu ziemi w szeregach drużyny z Brooklynu, przyszło im się mierzyć z chyba najgorszym z możliwych rywali. Nie dość, że stracili swojego pierwszego szkoleniowca, byli na serii dziewięciu kolejnych porażek we własnej hali, to do Barclays Center przyjechali San Antonio Spurs. I przedłużyli tę serię do dziesięciu.

Pierwsza połowa, trzeba przyznać, była jeszcze stosunkowo wyrównana. Nets dość efektywnie pokazywali się w obronie pod okiem nowego trenera Tony’ego Browna. Brook Lopez (18 punktów, 5 zbiórek) walczył pod koszami z LaMarcusem Aldridgem (25 punktów, 11 zbiórek) i była to główna historia dwóch pierwszych kwart. Oba zespoły miały naprawdę przyzwoitą skuteczność z gry w tym okresie.

Po przerwie na parkiecie istniała już tylko jedna drużyna, ponieważ Nets udowodnili dlaczego są najgorszą ofensywą ligi. Gregg Popovich zaczął rotowanie składem, gdyż mógł sobie na to pozwolić i znakomicie zdawał sobie z tego sprawę.

Zdawała sobie z tego sprawę również publiczność zgromadzona w hali, ponieważ w pewnym momencie zaczęli wiwatować, kiedy gracze Spurs byli w kontakcie z piłką. Głównie chodzi tu o ulubieńca wszystkich, Bobana Marjanovica. W 13 minut gry zdobył 13 punktów i był liderem Spurs w tej statystyce po przerwie. Skończył mecz trafiając 5 na 7 rzutów z gry.

Najwięcej czasu na parkiecie w szeregach gości spędził Kawhi Leonard (17 punktów, 8 zbiórek) – 30 minut – a reszta podstawowych graczy ze względu na brak dnia przerwy w grze otrzymała średnio około 24-25 minut od trenera. Rezerwowi Spurs pokazali się dzisiaj ze znakomitej strony, więc nie było żadnej potrzeby, aby forsować zawodników pierwszej piątki.

To świetna drużyna, chyba najlepsza w lidze w tym momencie. Kiedy rozgrywają swoje akcje, widać, że mają je zaplanowane od początku do końca. To jeden z trudniejszych pojedynków w kalendarzu, ale musimy pozostać skupieni, musimy bardziej się komunikować, zwłaszcza w defensywie, a wierzę, że będziemy mogli zacząć wygrywać mecze. – mówił po spotkaniu Joe Johnson.

Dla Nets była to piąta porażka z rzędu i dziesiąta kolejna poniesiona we własnej hali. Spurs z kolei wygrali 14 mecz w sezonie różnicą 20+ punktów. Teraz czeka ich pojedynek back-to-back przeciwko Detroit Pistons, a następnie w nocy z czwartku na piątek w prawdziwym hicie zmierzą się z Cleveland Cavaliers.

GOLDEN STATE WARRIORS (36-2) – (22-16) MIAMI HEAT 111:103

To mógł być pierwszy od niemalże roku mecz, w którym Warriors nie zdołaliby pokonać rywali we własnej hali. Bardzo przeciętny występ podstawowych zawodników gospodarzy sprawił, że Miami Heat przez całe spotkanie mieli mistrzów NBA na wyciągnięcie ręki. Czwarta kwarta w wykonaniu rezerwowych przesądziła jednak o końcowym rezultacie.

Wydawałoby się, że jeżeli zarówno Stephen Curry (31 punktów, 6 asyst, 11/27 z gry), jak i pozostała wyjściowa piątka Warriors ma problemy z trafianiem swoich rzutów, to nie można wyobrazić sobie lepszego momentu, aby pokusić się o ich pokonanie. Heat rozegrali bardzo poprawne spotkanie, jednak zabrakło jednego elementu – być może obecności Hassana Whiteside’a, który nie wystąpił w tym meczu.

W pierwszej połowie goście zaprezentowali się z dobrej strony, serwując kibicom pokaz gry zespołowej. Popełnili zaledwie jedną stratę przez 24 minuty gry i rozdali w tym czasie 17 asyst, o cztery więcej niż rywale. Świetnie w mecz wszedł Chris Bosh (15 punktów, 12 zbiórek), jednak w trzeciej i czwartej ćwiartce zupełnie zniknął.

W drugiej połowie Bosh spudłował wszystkie swoje cztery próby z gry, natomiast Dwyane Wade (20 punktów, 11 asyst) zamienił na punkty tylko 3 z 12 rzutów i Heat pozwolili Warriors złapać drugi oddech i „odjechać” na najwyższe prowadzenie w meczu 92-81.

Po trójce Luola Denga przewaga stopniała do sześciu punktów, a przy kilkudziesięciu sekundach do końca meczu i prowadzeniu gospodarzy właśnie taką różnicą, kapitalną trójką popisał się Curry. Zdecydowała ona o wygranej Warriors, wygranej numer 36 w sezonie i numer 18 we własnej hali w tym sezonie, gdzie dodatkowo są niepokonani od 36 pojedynków.

Interesujące fakty po meczu – Justice Winslow zaliczył swój pierwszy mecz NBA w podstawowym składzie, rozegrał 26 minut, miał 7 punktów i 3 zbiórki. Każdy z pierwszej piątki Warriors miał negatywny wskaźnik +/-, co jest jeszcze bardziej interesujące, ponieważ każdy rezerwowy tego zespołu zanotował w tej statystyce dodatnią liczbę.

Jeśli Warriors nie przegrali takiego pojedynku, to ciężko powiedzieć, kiedy ktokolwiek znajdzie na nich sposób. Drużyna z Oakland jest jednocześnie pierwszym zespołem w historii NBA, który po 38 meczach sezonu, ma na swoim koncie już 36 wygrane.

CHICAGO BULLS (22-14) – (17-19) WASHINGTON WIZARDS 100:114


Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments