Wyniki NBA: 37 punktów Lillarda i 36 Jokicia, Lakers prowadzą z Suns, Bucks znów rozbili Heat

4
7702

Wszystko wskazuje na to, że jedna z najciekawiej zapowiadających się serii na wschodzie zakończy się już po czterech spotkaniach. Milwaukee Bucks po raz kolejny zdemolowali Miami Heat i tym samym są tylko o krok od zwycięstwa 4-0. Swoje spotkanie wygrali również Los Angeles Lakers, którzy obejmują prowadzenie w serii z Phoenix Suns. Świetne zawody rozegrał Anthony Davis, który po raz drugi poprowadził „Jeziorowców” do zwycięstwa. W ostatnim meczu tej nocy nie do zatrzymania był Nikola Jokić. Faworyt do zwycięstwa nagrody MVP sezonu zasadniczego był jednym z głównych architektów dzisiejszego zwycięstwa Denver Nuggets nad Portland Trail Blazers


MIAMI HEAT – MILWAUKEE BUCKS 84:113 (0-3)

Statystyki na PROBASKET

  • Po niezwykle wyrównanym meczu numer jeden Milwaukee Bucks zdemolowali Miami Heat w drugim pojedynku i objęli pewne prowadzenie w serii. Pierwsze starcie na Florydzie mogło zatem w dużej mierze przesądzić o losach serii. By myśleć o nawiązaniu rywalizacji z „Kozłami” Heat musieliby wykorzystać przewagę własnego parkietu i doprowadzić do remisu przed powrotem do Wisconsin. Giannis Antetokounmpo i spółka mieli jednak inne plany.
  • W mecz lepiej weszli zawodnicy Mike’a Budenholzera, którzy wykorzystali kiepską skuteczność Heat w pierwszych minutach (4/19 z gry) i szybko odskoczyli z wynikiem (19:8). Przewaga „Kozłów” mogła być wówczas zdecydowanie większa, ale ci również nie byli w najlepszej dyspozycji, jeśli chodzi o skuteczność zza łuku (3/11 na start). Posuchę strzelecką Miami za trzy przerwały dwie kolejne „trójki” Andre Igoudali i Jimmy’ego Butlera, ale to goście prowadzili po pierwszej kwarcie 26:14.
  • W drugiej kwarcie przyjezdni kontynuowali całkowitą dominację na tablicach, zdecydowanie przeważając do przerwy w zbiórkach (35-21). Choć skuteczność Milwaukee nieco spadła, to przez ofensywną nieporadność Miami ich przewaga jedynie wzrosła (38:20). Sytuację ratował jedynie Butler, który do przerwy zdobył 16 punktów (reszta zespołu – 17 pkt). W międzyczasie Bucks stracili Donte DiVincenzo, który przez uraz pozostałą część meczu oglądał zza linii bocznej. Jego koledzy radzili sobie jednak bardzo dobrze, prowadząc do przerwy 49:36.
  • W drugiej połowie sytuacja nie uległa zmianie, podobnie jak obraz gry. Gospodarze w dalszym ciągu pudłowali na potęgę, choć w pewnym momencie na wyższy poziom wskoczył Bam Adebayo. Środkowy Heat był wyraźnie aktywniejszy w pomalowanym, ale jakiekolwiek nadzieje Heat szybko pokrzyżował Khris Middleton, którego cztery kolejne trafienia w połączeniu z „trójką” PJ Tuckera wyprowadziły Bucks na 20-punktowe prowadzenie (72:52). Podopieczni Erika Spoelstry nie byli w stanie znaleźć odpowiedzi na gości, którzy poprawili swoją skuteczność zza łuku względem pierwszej połowy i po trzeciej odsłonie odskoczyli już na 26 oczek (86:60).
  • Czwarta kwarta była nieco bardziej wyrównana, ale Bucks wciąż spokojnie rozkoszowali się bezpieczną przewagą. Świetnie spisywał się Jrue Holiday, którego współczynnik +/- na koniec spotkania wskazywał +41. W dalszym ciągu na wysokości zadania stawał Middleton, którego trafienie wyprowadziło Milwaukee na 30-punktowe prowadzenie (105:75). Dominacja gości była dziś niezaprzeczalna.
  • Po stronie Bucks najwięcej punktów zdobył dziś wspominany Khris Middleton, autor 22 punktów, 8 zbiórek i 5 asyst. Imponującą linijkę statystyczną zanotował Giannis Antetokounmpo (17 punktów, 17 zbiórek, 5 asyst, 6/12 z gry). Double-double w postaci 19 oczek i 12 asyst dorzucił również Jrue Holiday. Cenne wsparcie dostarczyli natomiast Brook Lopez (13 pkt), Bobby Portis, Bryn Forbes (po 11 pkt) oraz Pat Connaughton (9 pkt).
  • W szeregach Heat przez większość spotkania prym wiódł Jimmy Butler, który skompletował 19 punktów, 8 zbiórek i 6 asyst. W drugiej części meczu wspomagał go Bam Adebayo (17 punktów, 8 zbiórek). Wchodzący z ławki Nemanja Bjelica dorzucił 14 oczek. Żaden z pozostałych zawodników Miami nie przekroczył bariery 10 punktów (Tyler Herro: 9 pkt, 4/10 z gry; Goran Dragić: 8 pkt, 3/14 z gry).
  • Bucks obejmują tym samym prowadzenie 3-0 w serii i już w sobotni wieczór czasu polskiego staną przed szansą zamknięcia rywalizacji w czterech spotkaniach. Heat po raz ostatni przegrali walkę w play-offs 0-4 w 2007 roku przeciwko Chicago Bulls.

LOS ANGELES LAKERS – PHOENIX SUNS 109:95 (2-1)

Statystyki na PROBASKET

  • Dzisiejszy mecz był dla LeBrona Jamesa pierwszym domowym występem w Staples Center w fazie play-offs. 36-latek rozpoczął mecz od „trójki” z odskoku, po czym obie ekipy rozpoczęły zaciętą wymianę ciosów. Przy stanie 14:11 dla Lakers serca sympatyków „Jeziorowców” na moment stanęły. Na parkiet runął bowiem Anthony Davis, który otrzymał cios łokciem w twarz od Deandre Aytona podczas walki o pozycję pod koszem. Skrzydłowy przez dłuższy czas nie podnosił się z parkietu, ale po chwili wrócił do gry. Na trafienia gospodarzy odpowiadali przede wszystkim Mikal Bridges i Devin Booker, a niezwykle aktywny w strefie podkoszowej był wspomniany już Ayton, dzięki czemu po pierwszej kwarcie Suns skromnie prowadzili (28:27).
  • Przed spotkaniem jedną z kluczowych kwestii było zdrowie Chrisa Paula. W pierwszym pojedynku obu ekip 36-latek nabawił się urazu ramienia, czego skutki widoczne były jeszcze w drugim meczu. Dziś CP3 nie wyglądał na w pełni sprawnego, ale mimo to gracze Phoenix radzili sobie solidnie. Do przerwy to jednak Lakers prowadzili 43:40, głównie za sprawą punktów Davisa i Dennisa Schrodera.
  • „Jeziorowcy” dużo lepiej rozpoczęli drugą połowę i po serii 6:0 prowadzili różnicą 9 oczek. Przerwa na żądanie Monty’ego Williamsa nie wytrąciła LAL z równowagi, a ich przewaga stale rosła (67:51). W dalszym ciągu dominował duet Davis – James, który do tamtego momentu zdobył 36 z 67 punktów gospodarzy. Warto również podkreślić, że Lakers lepiej zbierali i popełniali mniej strat. Od drugiej połowy trzeciej kwart musieli oni jednak radzić sobie bez Kentaviousa Caldwella-Pope’a (5 pkt), który udał się do szatni z urazem i nie powrócił już do gry. To nie powstrzymało jednak rozpędzonych „Jeziorowców”, którzy już na początku czwartej kwarty po kilku trafieniach Wesleya Matthewsa, Jamesa i Davisa znacząco odskoczyli z wynikiem (86:68). Seria Lakers (15:2) trwała w najlepsze i po chwili ich przewaga wynosiła już 21 oczek.
  • Kiedy wydawało się, że Lakers bez większych problemów dowiozą bezpieczne prowadzenie do końcowej syreny, trzy kolejne trafienia Camerona Payne’a zmniejszyły stratę Phoenix do 12 punktów (95:83). Wówczas zrobiło się gorąco, a po chwili przewaga „Jeziorowców” stopniała do 8 oczek. Gospodarze zachowali jednak spokój, pewnie wykorzystywali rzuty osobiste i ostatecznie wygrali drugi mecz w tej serii. Warto dodać, że w ostatniej minucie z gry wyleciał Devin Booker.
  • Po raz drugi w tej serii świetne zawody rozegrał Anthony Davis. Skrzydłowy „Jeziorowców” skompletował 34 punkty i 11 zbiórek, trafiając 50% swoich rzutów (11/22 z gry). LeBron James zdobył z kolei 21 punktów, 9 asyst i 6 zbiórek. Na wysokości zadania stanął również Dennis Schroder, autor 20 punktów. Przyzwoite występy zanotowali też Kyle Kuzma (8 punktów, 10 zbiórek) i Andre Drummond (6 punktów, 11 zbiórek).
  • Po stronie Suns najwięcej punktów zdobył Deandre Ayton, autor 22 oczek i 11 zbiórek (11/15 z gry). Gorsze występy zaliczyli Devin Booker (19 punktów, 6/19 z gry) i Chris Paul (7 punktów, 6 asyst, 3/8 z gry). Ciężar zdobywania punktów na swoje barki wzięli za to wchodzący z ławki rezerwowych Cameron Payne (15 pkt) i Torrey Craig (11 pkt), ale to za mało, by nawiązać walkę z LAL.
  • Lakers, którzy odzyskali przewagę własnego parkietu w poprzednim spotkaniu teraz wychodzą na prowadzenie w serii i choć stan zdrowia Chrisa Paula stoi pod znakiem zapytania, to nic nie jest jeszcze przesądzone. Czwarty pojedynek odbędzie się w niedzielę o godzinie 21:30 czasu polskiego.

PORTLAND TRAIL BLAZERS – DENVER NUGGETS 115:120 (1-2)

Statystyki na PROBASKET

  • Po remisie w Denver rywalizacja przenosi się do Moda Center w Portland. Mecz numer trzy lepiej rozpoczęli gracze Blazers, którzy dzięki trafieniom Damiana Lillarda, CJa McColluma i Normana Powella odskoczyli nieco z wynikiem (18:9). Nuggets jednak nie odpuszczali, a świetna postawa Nikoli Jokicia i Aarona Gordona od początku meczu pozwoliła im momentalnie zniwelować straty, a po chwili objąć prowadzenie (31:26). Dobre minuty z ławki dał wówczas JaMychal Green, którego punkty znacząco przyczyniły się do prowadzenia Nuggets 39:30 po pierwszej kwarcie.
  • W drugiej odsłonie podopieczni Terry’ego Stottsa mieli swoje momenty, w których niwelowali straty (41:45), lecz przeważnie stroną przeważającą byli Nuggets. Blazers mieli problemy, kiedy w grze pojawili się zawodnicy rezerwowi, o czym świadczy chociażby ich współczynnik +/-: Carmelo Anthony -10 (0/5 z gry), Enes Kanter -15 (5 minut w grze). Zmiennicy Nuggets, a w szczególności Paul Millsap i wspomniany JaMychal Green, spisywali się wyraźnie lepiej, co przy dobrej postawie graczy wyjściowej piątki pozwoliło Denver na 12-punktowe prowadzenie (64:52). Portland w imponujący sposób zamknęli jednak drugą odsłonę i do przerwy tracili jedynie 5 oczek (64:59).
  • Blazers mieli dziś spore problemy ze skutecznością zza łuku (14/45; 31,8%), podczas gdy Nuggets radzili sobie w tej kategorii wprost świetnie (20/38; 52,6%). Mimo to Portland zdołali zniwelować 11-punktową stratę i trzymali się przyjezdnych w zasięgu kilku posiadań. Kluczowa w tym wszystkim okazała się postawa Damiana Lillarda. Po drugiej stronie parkietu z kolei dwoił się i troił Jokić, dzięki czemu Nuggets byli jednak w stanie utrzymywać względną kontrolę nad meczem. 26-letniego środkowego powstrzymać próbował Enes Kanter. W ostatniej minucie trzeciej kwarty Turek z impetem uderzył Jokicia w twarz przy próbie bloku, ale nie odbiło się to na zdrowiu Serba.
  • Wynik oscylował w granicy remisu, wobec czego o rezultacie przesądziła końcówka. W międzyczasie z parkietu za szóste przewinienie wyleciał Jusuf Nurkić. To ułatwiło zadanie Jokiciowi, do którego obrony przedzielony został wówczas Robert Covington. Skrzydłowy Blazers nie był w stanie powstrzymać Serba, ale tempa nie zwalniał również Damian Lillard. Rozgrywający PTB spudłował co prawda kilka rzutów z czystych pozycji, ale na 13 sekund przed syreną trafił, doprowadzając tym samym do stanu 116:112 dla Nuggets. Celnymi osobistymi odpowiedział Monte Morris (118:112), ale po chwili znowu zrobiło się gorąco, kiedy to „trójkę” rzucił CJ McCollum. Na zegarze zostały jedynie 3,2 sekundy i choć Morris spudłował tym razem dwa rzuty z linii, to piłkę dobić zdołał wielki tego wieczoru Jokić, przypieczętowując tym samym zwycięstwo Denver.
  • To właśnie Nikola Jokić był dziś bezapelacyjnie liderem swojego zespołu. Serbski środkowy zakończył mecz z dorobkiem 36 punktów, 11 zbiórek i 5 asyst (12/24 z gry, 4/7 zza łuku). Świetny mecz ma za sobą również Austin Rivers (21 punktów, 5/10 za trzy), którego „trójki” miały ogromny wpływ na zwycięstwo Nuggets. Michael Porter Jr. dorzucił 15 oczek, a Aaron Gordon 13. O triple-double otarł się z kolei Facundo Campazzo (11 punktów, 8 asyst, 8 zbiórek).
  • 37 punktów i 5 asyst Damiana Lillarda nie wystarczyło, by powstrzymać Denver. Pomimo imponującego dorobku rozgrywający Blazers miał momentami problemy ze skutecznością (5/16 zza łuku). CJ McCollum dołożył od siebie 22 oczka i 9 zbiórek, double-double zanotował natomiast Jusuf Nurkić (13 punktów, 13 zbiórek, 6 asyst). Dobrze zaprezentował się też Norman Powell, autor 18 punktów. Wchodzący z ławki Carmelo Anthony również dał się Nuggets we znaki, zdobywając łącznie 17 punktów (4/8 za trzy).

Tak wygląda „drzewko” play-off NBA 2021 po czwartkowych spotkaniach:





4 KOMENTARZE

  1. Lakers odzyskali przewagę własnego parkietu już w poprzednim spotkaniu jak wygrali na wyjeździe w Phoenix. A nie dzisiaj. Teraz objęli prowadzenie w serii.

  2. Nie odzyskali, tylko uzyskali – wygrywając drugi mecz w Phoenix. To Phoenix miało od początku przewagę parkietu i stracić lub odzyskać przewagę parkietu w tej parze może tylko Phoenix. Uzyskać przewagę parkietu za to może w tej parze Lakers.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here