Często mówi się o tym, że biografie powinny powstawać dopiero po zakończeniu kariery. Książka autorstwa Mirin Fader jest tego świetnym zaprzeczeniem, bowiem w życiu Giannisa Antetokounmpo najwięcej działo się… przed rozpoczęciem przygody w NBA.

Giannis ucieleśnia amerykański sen, lecz jego historia nie została nigdy wcześniej w pełni opowiedziana. Fader przedstawia nowe informacje na temat doświadczeń z dzieciństwa, które ukształtowały Greek Freaka – spanie w jednym łóżku z braćmi i sprzedaż błyskotek na ateńskich ulicach, a także rasizm, którego doświadczał.

Poznaj historię nielegalnego imigranta, którego kariera w najlepszej lidze świata była praktycznie niemożliwa. Giannis Antetokounmpo zdradza tu, jak samotny i odizolowany czuł się na początku kariery, jak skomplikowane były jego zmagania z podwójną tożsamością, jak wysokie stawia wymagania samemu sobie, jak krytycznie podchodzi do swoich braków oraz jak ogromną odpowiedzialność czuje, będąc autorytetem dla młodszych braci. Ta książka pokazuje bardzo wrażliwą gwiazdę, człowieka, który dorósł do wszystkich swoich ról: ojca, brata, syna, kolegi z drużyny i globalnej ikony.

Więcej informacji o książce znajdziecie TUTAJ.

Fragment książki:

Giannis często dziś myśli o tych latach teraz, kiedy już nigdy nie będzie musiał się martwić o to, gdzie będzie mieszkał albo skąd weźmie jedzenie.

Ani on, ani Alex.

Giannis jest głęboko świadomy tego, że mieszkający w Ameryce i uczęszczający do prywatnej szkoły Alex dorósł w zupełnie innym środowisku niż to, którego on doświadczał, będąc w jego wieku. „Trudno jest czuć motywację, kiedy masz wszystko. Kiedy masz udane życie – mówi Giannis. – Ja nie miałem wyboru. Musiałem być zmotywowany”.

Giannis wciąż jeszcze ma to wszystko z tyłu głowy: Niczego nie mieć. Przeprowadzać się. Poświęcać się. Być może już tak zawsze.

„Giannisa tak bardzo napędza to, że boi się, że w każdej chwili ktoś może mu wszystko odebrać – mówi Josh Oppenheimer, asystent trenera w Bucks i jego bliski przyjaciel. – Myślę, że właśnie dlatego tak ciężko pracuje”.

Doskonale to widać, gdy Giannis stoi na parkiecie w ośrodku szkoleniowym w centrum Milwaukee tego czerwcowego popołudnia. Mruży oczy. Nie uśmiecha się. W tym miejscu rzadko kiedy to robi. Podchodzi do koszykówki tak, jakby nadal był dzieckiem w Sepolii, wymachującym na ulicy okularami przeciwsłonecznymi i mającym nadzieję, że ktoś je od niego kupi.

Nie odpuszcza. Nie odpoczywa. Ktoś musi mu powiedzieć, żeby zrobił sobie przerwę, ktoś musi go wygonić z sali gimnastycznej. Zachowuje się tak, jakby wystarczył jeden gorszy występ, aby został zwolniony.

„Nasza etyka pracy wynika z tego, przez co przeszliśmy” – mówi Giannis.

Dlatego nie jest w stanie tolerować niefrasobliwości, z jaką 17-letni wówczas Alex, jeden z najbardziej perspektywicznych koszykarzy w okolicy, trenuje pewnego popołudnia. Alex ma na nadgarstku opaskę z napisem „Bóg tu jest”, taką samą jak ta, którą nosi jego matka. Veronica uważa, że opaska jest święta, bo pobłogosławiła ją wodą święconą i modliła się nad nią. Alex truchta, nie biegnie sprintem, jak życzyłby sobie tego Giannis.

Zaczyna kozłować. Jego nogi przypominają nożyczki, kiedy przekłada pomiędzy nimi piłkę, prezentując swoją ogromną, prawie 220-centymetrową rozpiętość ramion. Ma dwa metry wzrostu i jest zręczny. Pracuje nad szybkością. Pewnie dlatego że wie, iż Giannis go obserwuje.

Bardzo pragnie zrobić wrażenie na bracie, który z kolei widzi w nim młodszą wersję samego siebie. Szczuplejszą wersję. Alex rusza w kierunku kosza z linii rzutów za trzy punkty i trafia delikatnym layupem. Zbyt delikatnym. Ramiona Giannisa sztywnieją. Pojawia się presja. Zawsze tak jest, kiedy patrzy na Alexa, którego stara się rozwijać, chronić i być dla niego mentorem, prawie jak ojciec. „Bardziej się denerwuję, oglądając występy Alexa w meczach szkoły średniej, niż kiedy sam gram w finałach Konferencji Wschodniej” – mówi, przechylając głowę i próbując śledzić trajektorię lotu piłki po kolejnym rzucie Alexa z wyskoku.

Kiedy są razem, boisko do koszykówki staje się ich kokonem. Miejscem tylko dla nich dwóch. Miejscem, w którym nie muszą myśleć o smutkach, presji, pieniądzach czy porażce.

„Potrzebujemy tylko trochę więcej czasu”.

Kiedy Giannis mówi do Alexa, najczęściej po grecku, to jest szczery, ale i empatyczny. Intensywny i jednocześnie ciepły. Pewien planu, który stworzył dla swoich braci, jeszcze kiedy mieszkali razem w Sepolii. Giannis zapewnia Alexa, że jeśli ten będzie ciężko pracował, jeśli będzie dawał z siebie wszystko, to też trafi do NBA, tak jak wcześniej Thanasis (do Bucks) i Kostas (do Lakers). I że nie tylko wybiorą go w drafcie, ale będzie gwiazdą. „Uważam, że Alex może być ode mnie lepszy. Zdecydowanie” – mówi Giannis.

Doprowadzenie do tego, żeby wszyscy jego bracia trafili do NBA, to największa motywacja Giannisa, poza zdobyciem tytułu mistrza NBA dla Milwaukee i złotego medalu dla reprezentacji Grecji. „To szaleństwo. Choć brzmi jak marzenie” – mówi Kostas. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że dziesięć lat temu „nie graliśmy nawet w koszykówkę”.

Giannis próbuje uczyć swoich braci, zwłaszcza Alexa, dyscypliny i koncentracji. Nie chce, żeby pozwolili się zdekoncentrować komukolwiek albo czemukolwiek, co znajduje się poza ich kokonem. „Jestem tylko ja – mówi Giannis, pokazując na swoją pierś – i ty”. Wskazuje na pierś Alexa. „Nikt inny. Tylko ja i ty”.

Często przypomina Alexowi, skąd się wywodzą. Przypomina o tych ciemnych nocach pełnych niepewności. Giannis opowiada młodszemu bratu, jakie to uczucie grać przed 20 tysiącami ludzi, wykrzykującymi obelgi pod twoim adresem, próbującymi wejść ci do głowy: wie, że jego brat być może będzie musiał wkrótce samym się z tym zmierzyć.

„Odetnij się od tego gówna! – mówi Giannis. – Jestem tylko ja i ty”.

Alex kiwa głową. Wie, że intencje jego brata są czyste. Nikt nie ciśnie Alexa bardziej niż Giannis. Nikt nie kibicuje mu głośniej niż Giannis. „Po prostu mi zaufaj – powtarza mu często. – Byłem na twoim miejscu. Masz to coś”.

Wspólnie spędzony czas jest też potrzebny samemu Giannisowi. Kiedy już kończą trening, jego ostre podejście się zmienia. Śmieją się razem z Alexem. Niemal bez końca. Obaj mają podobny, serdeczny śmiech, taki, który zaczyna się w brzuchu, a kończy łzami.

Giannis patrzy czasami na Alexa i promienieje. Jest pełen dumy, pełen miłości. I strachu. Chce uchronić go od rzeczy, przez które sam przechodził. A jest tego długa lista. Chce, żeby Alex zrozumiał, że czasami będzie ponosił porażki, ale że zawsze musi iść naprzód. Chce go nauczyć, żeby nie przejmował się tym, co inni mogą sobie pomyśleć. Żeby mądrze dobierał przyjaciół. Żeby unikał mediów społecznościowych. Żeby dbał o swoje ciało. Żeby pił więcej wody, a mniej cytrynowego gatorade’a. Żeby był uczciwy i żył w zgodzie z zasadami. Żeby płakał wtedy, kiedy tego potrzebuje. Żeby się szanował. I żeby zawsze podnosił na duchu ich matkę.

Więcej informacji o książce znajdziecie TUTAJ lub po kliknięciu w obrazek poniżej.








ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj