Sindey Moncrief. Gwiazda i Król Obrony NBA lat 80-tych. 5 x All-Star Game. 2 x DPOY. 4 x 1st i 4 x 2nd All-Defensive Team. Od 2018 w @Hoophall. Zapraszam do lektury rozmowy, jaką przeprowadziłem z nim pod koniec 2019 roku


Wywiad przeprowadził Przemek Opłocki, który odpowiada za projekt „OPOwieści z NBA”. Poniżej macie linki do jego mediów społecznościowych. Lajki czy subskrypcje z pewnością zachęcą go do dalszej pracy. Wywiad jest w wersji tekstowej.

Facebook

Twitter

Instagram

Youtube

Przemek Opłocki: Zacznijmy w latach 90-tych, w mieście Little Rock. Gdy dorastałeś, kto był twoim ulubionym gracze?

Sidney Moncrief: W latach 60-tych nie myślałem o koszykówce, aż do gimnazjum, jedynie oglądałem mecze Boston Celtics. To był mój ulubiony zespół. Nie miałem jednego, ulubionego gracza. Lubiłem Billa Russella, Johna Havlicka, Jo Jo White’a, Sama Jones’a. Po prostu oglądałem koszykówkę w wykonaniu Celtów.

PO: Dlaczego wybrałeś koszykówkę?

SM: Gdy dorastałem uwielbiałem futbol. Uprawiałem tą dyscyplinę sportu i kochałem to robić. Koszykówka pojawiła się później. Kiedy byłem starszy urosłem, ale byłem szczupły, więc nie miałem odpowiednich warunków by uprawiać futbol amerykański. Dlatego zwróciłem się w stronę koszykówki i polubiłem to.

PO: Z Marvinem Delphem i Ronem Brewerem sprawiliście, że Razorback stali się jednym z najlepszych zespołów uniwersyteckich. Byłeś i jesteś legendą w Arkansas. Jak wyglądała Twoja droga, by wejść na ten poziom?

SM: Grałem dla bardzo dobrych trenerów i miałem bardzo dobry trening podstaw: podania, drybling, obrona i rzuty. Zawsze grałem przeciwko dobrym zawodom, co czyniło mnie lepszym.

PO: Milwaukee Bucks wybrało cię z piątym numerem w drafcie w 1979 roku. Wydaje mi się, że w tamtych czasach wyglądało to inaczej, bez oficjalnej gali lub transmisji na żywo w telewizji krajowej. Czy możesz nam powiedzieć, jak dowiedziałeś się o tym, że zostałeś wybrany w najlepszej piątce tamtego naboru?

SM: Nie wiedziałem, że będę grał w Bucks, aż do dnia selekcji. Nie wiedziałam, ponieważ krążyły plotki, że być może wybiorą mnie drużyny z Chicago, Los Angeles lub Detroit. To Don Nelson i Wayne Embry zdecydowali o tym, że zagram w Milwaukee Bucks. Żaden zespół, który mnie wcześniej nie wybrał, obawiał się o stan moich kolan. Don Nelson miał lekarza w Bostonie. Ufał mu, więc wysłał mnie do Bostonu, aby tamten zbadał mnie. Powiedział, że moje kolana nie są w doskonałej formie, ale powinienem mieć dobrą karierę w NBA. Tym sposobem Bucks wybrali mnie z piątym numerem.

PO: Jerry West zastanawiał się nad wybraniem ciebie z numerem pierwszym. Wspominałeś o tym podczas gali przyjęcia cię do Hall of Fame.

SM: Tak było. Był rzucającym obrońcą, grającym również na rozgrywaniu. Ja również byłem uniwersalnym obrońcą grającym na obydwu pozycjach. Oczywiście, Magic to Magic. On miał w sobie to, czego szukali. Nie żałuję, że trafiłem tak, gdzie trafiłem, ani tego, jak potoczyła się moja kariera.

PO: Miałeś jakieś „specjalne” zadania jako debiutant? Jak wspominasz tamten sezon: zabawa, czy ciężki czas?

SM: W byciu debiutantem chodzi przed wszystkim o dostosowanie się do nowych warunków. Kiedy przychodzisz ze szkoły średniej do college’u trzeba przestawić się z bycia liderem do roli zwykłego gracza, gdyż w składzie drużyny akademickiej jest wielu bardzo dobrych zawodników. Chodzi głównie o to, że zawodnik ze szkoły średniej nie jest fizycznie, mentalnie i emocjonalnie dojrzałym graczem gotowym do gry na poziomie akademickim. Podobnie jest w przypadku NBA. Wszystko się zmienia. Tempo gry jest zupełnie inne. Zawodnicy są szybsi, silniejsi, bardziej atletyczni i wymaga czasu przystosowanie się do nowych warunków. Na tym poziomie gra się bardziej siłowo. Jeżeli masz dwadzieścia jeden lat, lub mniej, grasz przeciw starszym zawodnikom  i potrzebujesz czasu, do tego by się zaadaptować.

PO: Grałeś z takim graczami jak Bob Lanier czy Jack Sikma, czołowymi środkowymi w latach 70-tych i 80-tych, obydwoje są w Galerii Sław. Co było wyjątkowego w ich grze?

SM: Byli to bardzo sprytni gracze, obdarzeni wysoką koszykówką inteligencją. Całkowicie bezinteresowni na parkiecie. Mogli kończyć zagranie, lub postawić ci zasłonę, że uwolnić cię od obrońcy. Byli dobrymi obrońcami pozycyjnymi. Mogli zdobyć punkty lub zebrać piłkę. Byli kompletnymi koszykarzami.

PO: Grałeś dla wielu świetnych trenerów, ale myślę, że Don Nelson jest dla ciebie najważniejszy. Był z tobą podczas przemówienia w Hall of Fame. Jaki miał wpływ na twoją karierę?

SM: Całą moją karierę opieram się na tym, czego nauczyłem się od trenera Dona Nelsona. Nie byłbym graczem z Hall of of Fame bez jego wsparcia przy  wykorzystaniu moich umiejętności i tego, że postawił na mnie, dzięki czemu odniosłem sukces. Był również obrońcą grającym na dwóch pozycjach. Kiedy przyszedłem do NBA nie byłem świetnym strzelcem, ale grałem blisko pomalowanego, a on wykorzystał moje atletyczne umiejętności, aby uzyskać przewagę nad moim przeciwnikiem. Był najlepszym trenerem, który potrafił dopasować styl gry do graczy z rotacji.

PO: Szczyt twojej kariery przypadł na lata 1982-1986. 5 razy grałeś w meczu gwiazd. 5 razy byłeś wybierany do składu All-NBA. 5 razy wybierano cię do drużyny najlepszych obrońców. Dwukrotnie zdobyłeś nagrodę Defensywnego Graca Roku. Statystyki za tego okres miałeś na poziomie 21 pkt, 5,8 reb, 4,7 ast, 50% FG, 84% FT%. Co sprawiło, że osiągnąłeś ten poziom?

SM: Oprócz tego, że co roku poprawiałem poziom swojej gry, każdego lata intensywnie trenowałem poszczególne aspekty. Poświęcałem się, by z każdym sezonem być lepszym. Począwszy od poziomu akademickiego grałem dla świetnych trenerów i z wyjątkowymi zawodnikami. Dało mi to trochę pewności siebie, a kiedy dotarłem do NBA miałem okazję być w drużynie z Bobem Lanierem, Paulem Presseyem, Marquesem Johnsonem, Jackiem Sikmą i innymi. Każdego roku grałem z lepszymi graczami. Trenerzy co roku widzieli postęp, jaki robiłem, i dawali mi więcej swobody w robieniu rzeczy, które mogłem robić na boisku.


PO: Jeden z twoich kolegów, Terry Cummings, był również graczem formatu All-Star. Czy możemy opisać go jako jednego z najbardziej niedocenianych graczy w latach 80.?

SM: Absolutnie. Czasami był w cieniu, ponieważ grał z innymi świetnymi graczami. Bez wątpienia był jednym z najbardziej utalentowanych graczy, z jakim kiedykolwiek grałem. Robił wiele rzeczy na boisku.

PO: Czasami, gdy zawodnik zmienia klub i miasto, jego kariera ulega zmianie. Gdy patrzę na Terry’ego Cummingsa z czasów spędzonych w Bucks i porównuję z okresem gry w Spurs, wygląda jakbyśmy obserwowali zupełnie innego gracza. Co mogło się stać?

SM: Jeżeli patrzysz na karierę Terry’ego, zaczynając od czasów gry w Los Angeles Clippers, i obserwujesz jego statystyki, był wówczas jednym z najlepszych skrzydłowych NBA. W Bucks był inny zespół i jego rola była również inna. Podobnie w San Antonio, grał w innym systemie ofensywnym i musiał poświęcić swój ofensywny potencjał dla dobra zespołu.

PO: Dwukrotnie, w sezonach 1982-83 i 1983-84, wygrałeś nagrodę Obrońcy Roku. Jaki był sekret twojej skutecznej obrony?

SM: Zaczęło się to w szkole średniej i rozwijałem ten aspekt w college’u. Na poziomie NBA miało na to  wpływ przygotowanie i gra w solidnym systemie defensywnym opracowanym przez trenera Nelsona i jego sztab. Kluczowym aspektem był również wkład graczy na każdej pozycji dzięki czemu byłem skutecznym obrońcą.

PO: Gdybyś miał przygotować listę trzech zawodników, których najciężej było kryć, kto by się na niej znalazł?


SM: Jeżeli cofnąłbym się w czasie i spojrzał na graczy przeciwko którym grałem, znalazłoby się pewnie więcej niż trzech. Musiałem kryć takich graczy jak Michael Jordan czy Andrew Toney, graczy trudnych do upilnowania. Grałem tak długo, że nie pamiętam wszystkich.

PO: Pewnie pojawiłbyś się w takim rankingu przygotowanym przez Michaela Jordana.

SM: Jedyne co możesz zrobić broniąc wielkich, ofensywnych graczy, to starać się im przeszkadzać tak bardzo jak się da, bo oni i tak robią co chcą.

PO: Jak wspominasz występy w Meczach Gwiazd? Zabawa, czy zależało ci na wygranej?

SM: Nie lubiłem tych meczów i nigdy nie ekscytowałem się, gdy wybierano mnie do nich. Aczkolwiek, chcieliśmy grać na wysokim poziomie, gdyż zależało nam na wygranej. Dostawaliśmy dodatkowe wynagrodzenie za wygraną i nie dało się tego osiągnąć, gdy przechodziło się obok meczu (śmiech) Graliśmy jak najlepiej, bo nie chcieliśmy przegrać.

PO: Występowałeś w tych meczach z kolegą z zespołu, Marquesem Johnsonem. Pięć razy grał w All-Star Game, wciąż nie wybrany do Hall-of-Fame, chociaż jego nazwisko pojawia się w dyskusjach. Czy myślisz, że jest to efekt gry na „małym rynku”, gdyż przez większość kariery występował w Milwuakee Bucks?

SM: Nie wiem. Obecnie mamy Internet, liga stała nie zjawiskiem międzynarodowym i nie ma dużej różnicy w tym, czy grasz na małym czy dużym rynku. Ale, masz rację, kiedy grałem w Milwaukee, mniejsze rynki nie zdobywały tak dużo uwagi jak Nowy Jork czy Los Angeles. Była zasadnicza różnica. Grałem w Bucks, dostałem szansę i swoją grą zapracowałem na obecność w Hall of Fame. Marques Johnson będzie również w Hall of Fame.

PO: Mieliście bardzo dobry klub w latach 80-tych. Jedynie Celtics i Lakers mieli większy odsetek zwycięstw. Z tobą w składzie każdego roku Bucks meldowali się w play-offs. Trzy razy graliście w Finałach Konferencji Wschodniej. Czy czujesz się jako „ofiara” epok Boston Celtics i Philadelphia 76ers?

SM: Tak, myślę że zawsze będą takie przypadki, że jakiś zespół był blisko, nawet bardzo, ale napotkał przeciwnika, który będzie po prostu lepszy. Tak było z Celtics i 76ers w latach 80-tych. Jeżeli spojrzysz na odsetek zwycięstw pokazuje to, że mieliśmy dobry skład, ale byli lepsi, mieli lepszych graczy, głębszą ławkę. Czasami jest to kwestia zdrowia albo wielkość rynku, na którym grasz. Nie ma różnicy, czy było to w latach 80-tych, czy teraz.

PO: W okresie 1982-87 trzy razy przegraliście w playoffs z 76ers, tyle samo razy z Celtics. Z którym zespołem mieliście trudniejszą przeprawę: Bostonem czy Philadelphią?


SM: Zależy od roku. Philadelphia miała takich graczy jak Bobby Jones, Julius Erving, Maurice Cheeks, Darryl Dawkins, Caldwell Jones, Clint Robinson, Andrew Toney, Moses Malone… to był wielki zespół. Podobnie z Celtami. Wszędzie mieli siedmiostopowych graczy i to sprawiało, że ciężko było zdobyć punkty w sposób, jaki lubiłem grać.

PO: Co dla Sidney’a Moncrief oznacza bycie członkiem Galerii Sław?

SM: Wciąż do mnie dociera, że należę do grona najlepszych koszykarzy na świecie. Zawsze myślałem, że moja kariera w college’u została gdzieś przeoczona, biorąc pod uwagę procent wygranych. Gdy weźmiesz moją karierę w college’u i NBA, to bycie w Hall of Fame to bardzo dobre CV. Moje uczucie odnośnie bycia w Hall of Famer? Z pewnością duma, wdzięczność, ale nie jestem tego pewien.

PO: Jak oceniasz szanse obecnych Milwaukee Bucks i ich szanse na wygranie mistrzostwa NBA w perspektywie najbliższych 2-3 lat?

SM: Zdecydowanie mają szansę. Nie lubię oceniać zespołu z perspektywy wyników w listopadzie czy grudniu, wolę zobaczyć jak będą grali w kwietniu czy maju. Pytanie, jak poukładają poszczególne elementy. Giannis jest liderem, dominuje grę, i pozytywnie patrzę na ich szanse.

PO: Który z graczy obecnie występujących w NBA style najbardziej przypomina ciebie?

SM: Nikt. Istnieją różne rodzaje wielkości. Myślę, że gracze mają unikalne style gry. To samo dotyczy mnie. Miałem niepowtarzalny styl.

PO: Dziękuję za rozmowę.




ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here