Świat koszykówki pogrążył się w żałobie po informacji o śmierci Michaela Sweetneya, byłego zawodnika New York Knicks oraz Chicago Bulls, który zmarł w wieku zaledwie 43 lat. Jego kariera miała być spełnieniem wielkiego sportowego marzenia, lecz z biegiem lat stała się również historią o ogromnej presji, głębokiej depresji i problemach, z którymi przez długi czas mierzył się w samotności.
O nagłym odejściu byłego koszykarza w Newark Beth Israel Medical Center w stanie New Jersey poinformowała w mediach społecznościowych jego żona, India Sweetney. Oficjalny komunikat wydali również New York Knicks, podkreślając, że Michael Sweetney był wspaniałym człowiekiem, którego brak z pewnością będzie odczuwalny. Zawodnik wybrany w pierwszej dziesiątce draftu NBA przez lata zmagał się z problemami, które znacznie wykraczały poza parkiet.
Zanim trafił do najlepszej ligi świata, Sweetney spędził trzy znakomite sezony w barwach Georgetown Hoyas. W swoim ostatnim roku na uczelni dominował pod koszami, notując średnio 22,8 punktu, 10,4 zbiórki i 3,2 bloku na mecz. Był wówczas jedynym koszykarzem I Dywizji NCAA, który plasował się w czołowej dwudziestce zarówno pod względem zdobywanych punktów, jak i zbiórek.
Sweetney był wówczas uznawany za jeden z najbardziej obiecujących talentów w całej stawce. Nie bez powodu podczas słynnego draftu w 2003 roku – w którym znaleźli się między innymi LeBron James, Carmelo Anthony, Chris Bosh i Dwyane Wade – Knicks sięgnęli po niego z wysokim, dziewiątym numerem.
Oczekiwania w Nowym Jorku były ogromne, a jakby tego było mało, tuż przed rozpoczęciem zawodowej kariery Michael przeżył osobistą tragedię. Na kilka dni przed swoim pierwszym obozem przygotowawczym w NBA stracił ojca, Samuela, który nagle zmarł na zawał serca. To właśnie on był ogromnym wsparciem i pojawiał się na każdym meczu syna w czasach jego gry dla Georgetown. Zaledwie dwa dni po pogrzebie młody koszykarz stawił się w ośrodku treningowym Knicks, lecz rozpoczęcie przygody z zawodową koszykówką nie przyniosło oczekiwanego ukojenia.
W swoim debiutanckim sezonie rozegrał zaledwie 42 mecze, zmagając się z brakiem zaufania ze strony trenera Dona Chaneya, krytyką mediów oraz narastającą depresją. Sweetney cierpiał w samotności, obawiając się, że ujawnienie dokuczających mu problemów sprawi, iż zostanie uznany za „szalonego”. W końcu jego sytuacja stała się tak trudna, że podczas jednego z wyjazdowych meczów w Cleveland podjął próbę odebrania sobie życia. W wywiadzie udzielonym w 2017 roku Alexowi Kennedy’emu z HoopsHype, a następnie cytowanym przez „New York Post” i inne media, zdobył się na szczere wyznanie:
– Pamiętam tę noc. Byliśmy wtedy w Cleveland. Wziąłem dużą ilość tabletek przeciwbólowych, mając nadzieję, że to wszystko zakończy. Następnego ranka obudziłem się i pomyślałem: „No cóż, nie zadziałało”. Tak źle ze mną wtedy było.
– W tamtym czasie koszykówka przestała sprawiać mi przyjemność, a życie stało się naprawdę trudne. W Georgetown byłem gwiazdą i zawsze mogłem liczyć na obecność ojca podczas moich meczów. Nagle go zabrakło, a ja dodatkowo nie dostawałem szansy na grę w NBA. Wiedziałem, że jako debiutant nie będę miał łatwo, bo mój trener powiedział mi wprost: „Nie będę na ciebie stawiał” – wspominał po latach Sweetney.
– Nawet wtedy, kiedy próbowałem odebrać sobie życie, nikt tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, przez co przechodzę. Było ze mną naprawdę źle. W Nowym Jorku zmagałem się z tym wszystkim, a w tym samym czasie media pisały o mnie kolejne artykuły. Miałem wrażenie, że nie mam dokąd się zwrócić. Z każdym dniem mój stan się pogarszał – dodał były koszykarz.
W 2005 roku Knicks oddali Sweetneya do Chicago Bulls w ramach wymiany, której główną postacią był Eddy Curry. W barwach zespołu z Wietrznego Miasta zawodnik zaliczył swój najlepszy sezon w NBA. W rozgrywkach 2005-06 wystąpił w 66 spotkaniach, w tym 44 w pierwszej piątce, notując średnio 8,1 punktu i 5,3 zbiórki. To był jednak początek końca.
Choć przy wzroście 203 centymetrów i wadze sięgającej około 124 kilogramów Michael był niezwykle silnym zawodnikiem strefy podkoszowej, jego kariera w najlepszej lidze świata trwała zaledwie cztery sezony. Sweetney rozegrał łącznie 233 mecze, w tym 114 dla Bulls, i już w wieku 24 lat znalazł się poza ligą.
Zawodnik wybrany z dziewiątym numerem mocnej klasy draftu zakończył swoją karierę w NBA ze średnimi 6,5 punktu i 4,5 zbiórki. Jak przyznał po latach, ogromny wpływ na to, co się stało miały pogłębiająca się depresja, emocjonalne objadanie się oraz problemy z utrzymaniem prawidłowej wagi.
Po rozstaniu z NBA Sweetney kontynuował karierę za granicą. W kolejnych latach występował między innymi w Chinach, Portoryko oraz Ameryce Południowej, a w 2017 roku, w wieku 34 lat, zakończył karierę zawodniczą. Dwa lata później wrócił do koszykówki w nowej roli, zostając asystentem trenera drużyny Yeshiva University, gdzie pracował do 2023 roku, i szkoleniowcem żeńskiej drużyny Ramaz School. W sierpniu tego roku rozpoczął natomiast pracę jako trener męskiej drużyny Golda Och Academy z West Orange w New Jersey. Do końca pozostał więc związany z koszykówką, choć już nie jako zawodnik.
Po latach, w rozmowie z dziennikarzem „New York Post”, Stefanem Bondym, były zawodnik szczerze ocenił swoje dawne decyzje:
– Patrząc na to z perspektywy czasu, biorąc pod uwagę moje problemy ze zdrowiem psychicznym oraz walkę z depresją i stanami lękowymi, powinienem był poszukać pomocy i znaleźć kogoś, z kim mógłbym porozmawiać. Wydawało mi się, że jestem mężczyzną, który poradzi sobie z tym wszystkim sam. Jak się okazało, bardzo mnie to wyniszczyło.
– W ciągu czterech lat przeszedłem od bycia wybranym w pierwszej dziesiątce draftu do wypadnięcia z NBA. To był dla mnie bardzo trudny czas, ale z perspektywy czasu najbardziej żałuję, że nie zwróciłem się do kogoś o pomoc i nie powiedziałem: „Potrzebuję pomocy. Nie daję sobie rady” – zakończył.
Śmierć Michaela Sweetneya w wieku zaledwie 43 lat poruszyła środowisko koszykarskie. Jego żona India pożegnała go w mediach społecznościowych, pisząc: – Michael był człowiekiem, którego nie sposób było nie pokochać. Nikt nie kochał go bardziej niż jego rodzina i nikt nie był dla niego ważniejszy od niej. Jego dzieci były całym jego światem i każdego dnia starał się zapewnić im jak najlepsze życie. Był moim najlepszym przyjacielem przez 30 lat, a moim mężem przez niemal 20. Nie wiem, jak poradzimy sobie bez niego.
Przyczyna śmierci Sweetneya nie została podana do publicznej wiadomości, dlatego nie wiadomo, czy miała jakikolwiek związek z depresją, o której były zawodnik przez lata otwarcie mówił. Wiadomo natomiast, że zmagał się z nią przez znaczną część swojej kariery i po latach nie ukrywał, jak wiele kosztowało go samotne radzenie sobie z problemami. Na parkiecie miał spełniać ogromne oczekiwania. Poza nim przez lata mierzył się z problemami, których nie dostrzegało jego otoczenie.









