To oficjalne: miesiąc miodowy się skończył. Najpierw docierały do nas doniesienia o niezadowoleniu Joela Embiida ze swojej roli po przyjściu Jimmy’ego Butlera. Później były pogłoski o nieudanej współpracy między centrem a Benem Simmonsem. Teraz Jimmy zaczął swoje gierki…

Z Filadelfią już chyba nigdy nie będzie w porządku. Oczywiście my, pismaki, doceniamy to, że w mieście braterskiej miłości ciągle wiele się dzieje. W końcu mamy o czym pisać. Jednak dla tych, którzy uwierzyli i wciąż pokładają zaufanie w mityczny proces, nie mamy najlepszych wieści. To nie działa. To ciągle nie działa. Jimmy Butler jest tylko kolejnym elementem nie do końca pasującym do tej układanki.

Ufać procesowi

Filadelfia to ciekawe miasto. Niecały rok temu Eagles, zespół futbolu amerykańskiego, wygrał Super Bowl, choć zdecydowanie nie był faworytem (zawodnicy po każdym wygranym meczu play-off zakładali maski psów, odwołując się do terminu: 'underdog’). Kibice, w podzięce za tytuł, postanowili zdemolować pół miasta. Takie to jest własnie miasto. Według nas, nawet ciekawiej sprawa ma się z Sixers.

Ja osobiście nie wierzę w tankowanie. Ktoś jednak w Philly uwierzył. 76ers od kilku lat przegrywali wszystko, by zdobyć wysokie numery w drafcie i wrócić na szczyt. Nie na ten szczyt, na którym była ekipa Allena Iversona. Nie. Na te wyżyny, które były w 83′ roku. To właśnie wtedy po raz ostatni Sixers wygrali tytuł. Jeśli ktoś ma dobrą pamięć to wie, że do tego nie wystarczył nawet doskonały Julius 'Dr. J’ Erving. Potrzeba było ściągnąć jeszcze świetnego Mosesa Malone’a (słynne: „fo, fo, fo”).

Draft = sukces? (Akapit dla zapominalskich)

By powtórzyć tamte sukcesy, zespół z Pensylwanii ciągnął w dół. Za każdym razem w drafcie Sixers brali potencjalnie bardzo obiecujących zawodników. Spójrzmy tylko na wybory od 2010 roku. Wtedy też Sixers wybrali Evana Turnera z drugim numerem. Skrzydłowy pograł 4 lata w 76ers, następnie bez żadnych obiekcji oddano go do Pacers. Teraz Turner gra w Blazers. Owszem, 30-latek nie spełnił pokładanych w nim nadziei, ale gra bardzo solidnie. W tym samym drafcie Sixers odpuścili DeMarcusa Cousinsa, Paula George’a i Gordona Haywarda.

2011 to wybór Nikoli Vucevicia. Był to szesnasty wybór. Z niego zrezygnowano po roku i oddano bez bólu do Orlando. Dzisiaj środkowy jest gwiazdą Orlando i prawdopodobnie wystąpi w meczu gwiazd. W tym samym roku Jimmy Butler (o nim niżej) został wybrany z 30. numerem.

W latach 2012-2013 Sixers nie mieli najwyższych lokat w drafcie. Najwyżej został wybrany Michael Carter Williams (11. numer, na 15. był Giannis Antetokounmpo). Williams został później debiutantem roku. W 2015 oddano go do Bucks.

2014 to wreszcie wybór Joela Embiida z 3. numerem i Elfrida Paytona z dziesiątką. Rozgrywający od razu został wytransferowany do Magic za 12. numer (Dario Sarić, który dołączył do drużyny 2 lata później) i przyszły wybór w pierwszej i drugiej rundzie. Dzisiaj Payton jest podstawowym obrońcą Pelicans. Embiid natomiast jest centralną postacią Sixers. Choć dzisiaj środkowy jest gwiazdą ligi, Kameruńczyk nie wystąpił w pierwszych dwóch sezonach, a w trzecim grał tylko do lutego. Dopiero ten sezon jest jego pierwszym na pełnych obrotach.

W 2015 roku 76ers odpuścili sobie Kristapsa Porzingisa (czwarty numer), by wybrać z trzecim Jahlila Okafora, który ma dłuższą kartę na Wikipedii, niż historię meczów w NBA. Dzisiaj środkowy gra w Pelicans.

2016 rok to apogeum tankowania Sixers. To właśnie wtedy ekipa z Filadelfii dostała pierwszy wybór w drafcie. Włodarze klubu wybrali Bena Simmonsa. Brett Brown, były selekcjoner reprezentacji Australii i przyjaciel rodziny Simmonsów, nie mógł wybrać inaczej. W czasie obozu treningowego przed sezonem Ben doznał kontuzji prawej stopy i nie zagrał ani jednego meczu w 2016/17.

Rok później ekipa z miasta braterskiej miłości i Rocky’ego znów miała pierwszy wybór. Tym razem padło na Markelle’a Fultza. Władze odpuściły sobie Jaysona Tatuma, Lonzo Balla, Donovana Mitchella i Kyle’a Kuzmę, by sięgnąć po rozgrywającego. Na dzisiaj nie do końca wiemy, co dokładnie dzieje się z Fultzem. Miał on być znów przebadany przez sztab medyczny klubu, ale nie ma jeszcze żadnych informacji. Trzeba jednak sobie jasno powiedzieć, że Fultz dzisiaj na pewno nie byłby nawet w top 15 draftu.

W ostatnim drafcie zespół wybrał Mikala Bridgesa. Pomimo tego, że zawodnik pochodził z okolicy Philly, a jego matka pracowała w klubie (no dobrze, pracowała w firmie HR, która zatrudniała ludzi dla 76ers), został on zamieniony na Zhaire Smitha z wyboru Phoenix Suns. Słoneczka, które też nie mają zbyt dobrej historii wybierania w drafcie, musiały oddać jeszcze wybór w pierwszej rundzie 2021. Oczywiście Zhaire poszedł drogą swoich kolegów i po kilku tygodniach przygotowań doznał kontuzji stopy. Elton Brand, generalny menadżer Sixers, twierdzi, że Smith już trenuje każdego dnia i jeszcze w tym sezonie zadebiutuje na parkietach NBA.

Taki to dotychczas był udany proces. Od 2010 roku Sixers zwykle mieli wysoki wybór w drafcie. Z tego mają: Embiida, który nie grał 2,5 roku, Simmonsa, który nie grał rok i nie potrafi rzucać, Fultza, który cierpi na niewyjaśnione kontuzje i też zatracił umiejętność trafiania do kosza (jego rzuty osobiste przejdą do historii) i Smitha, który ciągle nie zagrał ani meczu. Reszty zawodników już nie ma.

Jeśli nie draft, to może wymiana?

Wreszcie przechodzimy do najnowszych wieści. jak donosi Ramona Shelburne, jedna z najbardziej doświadczonych reporterek ESPN, Jimmy Butler znów ma o coś pretensje. Ten sam Jimmy Butler, który miał o coś pretensje w Chicago Bulls (o brak zaangażowania i bycie za miękkim). Ten sam, który zażądał transferu. Byki oddali go Timberwolves, a otrzymali Zacha LaVine’a i Krisa Dunna. To też ten sam Jimmy Butler, który miał o coś pretensje w Minnesocie (o bycie za miękkim…i brak zaangażowania). Wreszcie ten sam Jimmy Butler, za którego Sixers oddali Roberta Covingtona (świetnego zawodnika 3&D) i Dario Saricia. Tym samym 76ers okroili sobie ławkę znacząco (dodając do tego jeszcze Fultza i Smitha, nie wygląda to najlepiej).

Co ten nasz Jimmy przeskrobał tym razem? A no powiedział trenerowi Brownowi, że jego system i prowadzenie drużyny nie do końca mu odpowiadają. Zrobił to podczas sesji oglądania filmików meczowych w Portland. Według świadków, było to bardzo lekceważące i zdecydowanie przekraczające granice relacji szkoleniowiec-zawodnik.

Jak się okazuje, Brown nie miał po tym pretensji. Przynajmniej taka wersja krąży po klubowych korytarzach. Brett Brown powiedział nawet, że jego relacja z Butlerem jest dobra i to było normalne.

Nie wiadomo jednak, czy to nie jest tylko strojenie dobrej miny do złej gry. Na dzisiaj nie jest jasne, kto bardziej potrzebuje kogo. Butler ma w lidze kartotekę. Jest to zawodnik krnąbrny, charakterny, z każdego klubu odchodzący w aurze skandalu. Jeśli sytuacja znów się powtórzy, to może niemal skończyć jego karierę. Przynajmniej tę na wysokim poziomie, w klubach o coś walczących.

76ers być może nawet bardziej potrzebują Butlera. Proces trwa już za długo i każdy chce wyników. Władze Sixers wiedzą, że nie mogą nic wygrać, mając tylko dwie gwiazdy (w tym jedną, która nie potrafi rzucać). Organizacja zrobi więc wszystko, by ten związek się udał. Było, nie było, Butler to czterokrotny uczestnik meczu gwiazd, dwukrotny zawodnik trzeciego zespołu All-NBA i czterokrotny zawodnik NBA All-Defensive Team.

Kłopotliwy tercet

Philadelphia 76ers jeszcze niczego nie wygrała. Nie brak tam jednak ego, które każda z gwiazd posiada. od początku było wiadomo, że tym trójkołowym samochodem nie będzie łatwy sterować. Joel Embiid ma w sobie nieco diwy. Sam określa siebie jako najlepszego, potrafiącego wszystko i uważa, że każdego może pokonać sam. Ben Simmons też uważa siebie za gwiazdę. Choć nie potrafi rzucać, wie, że z takim wzrostem, przeglądem pola, podaniami, zbiórkami i obroną, powinien być traktowany, jak gwiazda. Jimmy Butler to zawodnik już potwierdzony i zweryfikowany przez ligę jako – nomen omen – gwiazda.

Cały szkopuł tkwi w tym, że te „gwiazdy” nie potrafią świecić obok siebie. Ta trójka na parkiecie razem spędza ledwie 19 minut na mecz. To pokazuje, jak trudno im ze sobą grać. Embiid wygląda bardzo blado, gdy gra Butler. Gdy skrzydłowego nie ma, może Sixers mają problem z wygraniem, ale center błyszczy i znów wygląda jak kandydat do MVP.

Jimmy w lecie będzie wolnym zawodnikiem. Sixers zależy na tym, by podpisać z nim nową umowę. Butlerowi zależy (a przynajmniej do niedawna zależało) na tym, by zostać w Filadelfii, z którą może walczyć o finał NBA. To małżeństwo ma jednak problemy, które musi rozwiązać do lata.

Nikt nie oczekuje, że 76ers już w tym roku zagrają w finale ligi. Sam Brett Brown podkreślał po wtorkowym zwycięstwie z Clippers, że celem jest przede wszystkim rozwój. Trener Sixers powiedział:

Co zaprząta moją głowę ostatnio najbardziej, to ciągły rozwój, ta spójność i dzielenie się sukcesem z innymi. Zdolność rozmawiania ze sobą szczerze, współżycie. Na tym mi zależy.

Tej zdolności do współżycia szczególnie nie było widać we wtorek, gdy Embiid walczył o defensywną zbiórkę z Simmonsem. Rozgrywający przypadkowo uderzył nawet łokciem podkoszowego, na co ten wykrzyczał do ławki wiązkę przekleństw. Trudno dziwić się Joelowi, który już rok temu doznał złamania kości twarzy po tym, jak uderzył go Markelle Fultz.

Jak widać, problemów w mieście braterskiej miłości bez liku. Czy Sixers zdołają je rozwiązać, zanim nadejdzie czas na podejmowanie decyzji? Czy proces wreszcie się dopełni? Czy ten tercet może ze sobą współgrać i razem dadzą Filadelfii kolejne mistrzostwo? Na te i inne pytania powinniśmy poznać odpowiedzi jeszcze przed końcem sezonu. Jedno jest jednak pewne: to będzie cholernie ciekawy okres.

Chcesz dołączyć do redakcji PROBASKET? Napisz: redakcja (at) probasket.pl

Założyliśmy na Facebooku specjalną grupę dyskusyjną dla czytelników i przyjaciół PROBASKET. W kilka dni dołączyło do niej 300 osób!

Grupa jest zamknięta, ale zapraszamy do niej wszystkich pozytywnych fanów NBA – https://www.facebook.com/groups/probasketpl/ – to ma być miejsce, gdzie będziemy dzielić się spostrzeżeniami i wymieniać doświadczeniami. Dołącz do grona pozytywnych fanów NBA.