Przez pół roku, od momentu ostatnich Finałów, byłem przekonany, iż nie chcę oglądać rewanżu o trofeum z tymi samymi mistrzami konferencji. Po zobaczeniu świątecznego starcia pomiędzy nimi nie chcę niczego innego, jak tylko powtórki z rozrywki.


Cleveland Cavaliers i Golden State Warriors to obecnie najbardziej wyraziste zespoły NBA. Obie ekipy mają zagorzałych fanów, jak i oddanych hejterów, którzy z dużą intensywnością biorą udział we wszelkich dyskusjach. Wyjdźmy jednak poza personalne emocje – spójrzmy na grę tych drużyn pod kątem czysto sportowym, a zobaczymy koszykarskie widowisko na poziomie niemal zjawiskowym.

Ekipy z Ohio i Kalifornii są w tym momencie w szczytowej formie. Powiedziałbym, że są jeszcze lepsze niż w czerwcu bieżącego roku. Koszykówka w ich wykonaniu to creme de la creme dzisiejszego stylu NBA. Każdy element – od koszykarskiego IQ, przez indywidualne talenty, aż po czystą zabawę tą dyscypliną – odnajdziemy na najwyższym poziomie w zasobach obu tych pretendentów do tytułu. Oglądanie ich pojedynków to przyjemność i ładunek emocjonalny, jaki przynoszą tylko ikoniczne pojedynki w najlepszej lidze.

Po obu stronach grają niscy skrzydłowi, którzy reprezentują ponadprzeciętną atletyczność. LeBron James to jeden z najsilniejszych zawodników całej stawki, który grając tyłem do kosza, jest w stanie przepchnąć nawet największych centrów. Jednocześnie posiada przegląd pola zapewniający mu prowadzenie dystrybucji piłki właściwie w dowolny sposób. Do tego rozgrywa najlepszą kampanię w karierze, dostosowując grę do siebie, a nie siebie do gry. Kevin Durant to smukła budowa ciała, pozwalająca mu na przebywanie jednym krokiem dystansu, na jaki stać bardzo niewielu graczy NBA. Dodatkowo jego wzrost, rozpiętość ramion i wysoki pułap rzutu prawie uniemożliwiają zablokowanie go. Obaj grają w tym sezonie życiowy basket, wspierając ofensywę efektywną grą na bronionej połowie.

Rozgrywanie to domena dwóch facetów, którzy w każdym momencie są głównymi postaciami dyskusji o najlepszych jedynkach. Gra Stephena Curryego to oczywista oczywistość – wszyscy doskonale wiedzą, jak w każdej chwili może zagrozić swoimi rzutami, seryjnie trafiając zza łuku. Kyrie Irving to bodaj najlepiej dryblujący zawodnik, który jest jednakowo groźny penetrując pod kosz czy wykonując zabójcze rzuty z izolacji. I choć Steph wciąż wydaje się uczyć nowego systemu gry, z tak mocnym wsparciem na trójce, a Irving trochę za bardzo wierzy w swoje indywidualne możliwości, to nie da się ukryć, że każdy ich pojedynek to bezpośrednie starcie znamienitych graczy, posiadających niebywałe handles.

Prowadzenie piłki w przypadku obu drużyn często kreuje sytuacje dla zdrowego J.R. Smitha i Klaya Thompsona. Obaj potrafią nierówno podchodzić do spotkań, przeplatając katastrofalne skuteczności sekwencjami bez pomyłek. Każdy z nich jednak to opcja rzutowa, która po złapaniu rytmu potrafi nie mylić się w kilku kolejnych próbach.

Pod koszem Draymond Green i Kevin Love czarują wszechstronnością. Pod koszem to zresztą określenie umowne, obaj potrafią bowiem wyjść daleko spod obręczy, by rozciągać grę rzutami lub podaniami, jakich nie powstydziliby się zawodnicy wspomniani dwa akapity temu. Draymond i Kevin charakteryzują się specyficznymi, lekko klocowatymi ruchami, które mogą jednak zmylić niedzielnych widzów – to wielofunkcyjne maszyny, dodające do statystyk wartości w kilku kolumnach.

Nie bez znaczenia jest wsparcie weteranów z ławki. David West, Andre Iguodala czy Shaun Livingston po stronie GSW, a Richard Jefferson i Channing Frye w CLE to zawodnicy, którzy pomimo znacznego przekroczenia granicy 30 lat, potrafią być elementem robiącym różnicę w meczu. W bożonarodzeniowym pojedynku tych drużyn Jefferson pokazał, że ich staż nie wyklucza wcale dodania do rozgrywki także warstwy rozrywki – RJ zapewnił materiał na bardzo ładne plakaty, wykonując kilka monster dunków.

Może płynę aż nadto w tym artykule, ale gra tych drużyn to obecnie naprawdę prawdziwa uczta dla widza. Wielu zawodników po obu stronach gra na poziomie najlepszym w swojej karierze, lub bardzo zbliżonym do szczytu swych możliwości. Koszykówka w tych starciach jest dynamiczna, rodząca wiele momentów prawdziwej kanonady punkt za punkt. Jesteśmy świadkami niesamowitych wjazdów pod kosz, kończonych akrobatycznymi lay-upami, niebywałych rzutów trzypunktowych, ale także asyst, które obrazują nam, jak szeroką wyobraźnię w tym aspekcie mają poszczególni zawodnicy. Dla mnie zarówno Kawalerzyści jak i Wojownicy zasiadają teraz na koszykarskim Olimpie, bawiąc się grą i będąc poza zasięgiem innych drużyn. Kibicowanie swoim ulubionym zespołom jest szalenie ważną składową sportu, jednak w tym sezonie życzę nam oglądania Finałów, w których spotkają się ekipy przedstawiające esencję współczesnej koszykówki.





4 KOMENTARZE

  1. Nie bierz tego jak atak personalny autorze, ale widzę że cześć używanej przez ciebie terminologii czerpiesz z pewnego znanego komentatora z canal plus, którego niestety nie nazwałbym osobą godną naśladowania, więc proszę nie rób tego. A tak na marginesie to Cavaliers to Kawalerzy 🙂

    • Bruh, C+ nigdy nie miałem w TV, streamy oglądałem amerykańskie, a od jakiegoś czasu oglądam mecze tylko poprzez League Pass, więc to być może niestety jakieś fatalne predyspozycje 😀 Które to terminy tak z ciekawości?

    • Użycie bodaj i kilku anglicyzmów, ale może się czepiam. Po prostu chyba obejrzałem zbyt wiele meczy z komentarze Michałowicza i zawsze jak słyszę „bodaj” to mnie coś bierze. Ale sam pomysł na tekst bardzo spoko, lubię czytać na pro takie luźniejsze artykuły.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj