Czerwiec od lat stał w NBA pod znakiem wielkich finałów. Dokładnie rok temu emocjonowaliśmy się meczem numer sześć pomiędzy Golden State Warriors a Toronto Raptors, po którym Kanadyjczycy cieszyli się ze swojego pierwszego mistrzostwa w historii.


Dokładnie rok temu, 13 czerwca, Toronto stało się najszczęśliwszym miastem na świecie. Wszystko za sprawą graczy Toronto Raptors, którzy tysiące kilometrów dalej, w San Francisco, po zaciętym boju ograli 114-110 drużynę Golden State Warriors i mogli świętować pierwszy tytuł w historii kanadyjskiego klubu. Niestety pandemia uniemożliwi Raptors wspólne świętowanie rocznicy tego wyjątkowego wydarzenia – pozostaje wspominanie tamtych pięknych chwil, kiedy po dwóch miesiącach niesamowitego skupienia Raptors mogli wreszcie odetchnąć i z poczuciem wykonanego zadania cieszyć się ze swojego wspaniałego sukcesu.

Do decydującego zwycięstwa Raptors poprowadzili ci sami ludzie, którzy przez niemal całą fazę play-off – począwszy od pierwszej rundy przeciwko Orlando Magic – pisali historię kanadyjskiego sportu, ale też swojego życia. Kyle Lowry zaczynał tamte playoffs bez choćby jednego punktu w meczu otwarcia, ale kończył jednym z najlepszych występów w karierze (26 punktów, 10 asyst, najlepszy +/- w zespole), po którym mógł wreszcie powiedzieć: jestem mistrzem. Przez lata niedoceniany, przez lata krytykowany za swoje występy w fazie play-off, tamtej nocy mógł wreszcie zamknąć usta wszystkim krytykom.

Pascal Siakam przeobraził się w te kilka miesięcy w niemal niewyobrażalny sposób, a w meczu numer sześć potwierdził, że jest w NBA kimś. Sam zdobył 26 oczek i zebrał dziesięć piłek, spędzając na parkiecie aż 46 z 48 minut. Siłą, która go napędzała był zmarły ojciec, dla którego Siakam to wszystko robił. – Szkoda, że nie ma go tutaj ze mną, ale wiem, że jest ze mnie bardzo dumny – mówił w zalanej szampanem szatni zawodnik, którego Raptors wybrali pod koniec pierwszej rundy draftu w 2016 roku. W trzy lata Kameruńczyk przeszedł fantastyczną drogę, a jego kapitalny rozwój bardzo mocno pomógł drużynie z Toronto.

Pierwszy tytuł w karierze świętowali tamtej nocy także m.in. Serge Ibaka czy Fred VanVleet, wcześniej często skreślani przez inne kluby, którzy również mieli ogromny udział w końcowym sukcesie Raptors. Wreszcie, swój status jednej z największych gwiazd NBA potwierdził Kawhi Leonard, który w finałowym starciu zdobył 22 punkty, a po ostatniej syrenie odebrał drugą w karierze statuetkę dla MVP finałów. To on przez niemal dwa miesiące ciągnął Raptors na swoich barkach, trafiając po drodze wielkie rzuty i udowadniając że nadal jest jednym z najlepszych zawodników na świecie tym wszystkim, którzy wątpili w niego po bardzo dziwnych okolicznościach odejścia z San Antonio Spurs.

Mecz numer sześć zapamiętamy przede wszystkim ze względu na pełne zwrotów akcji widowisko, które rozstrzygnęło się dopiero w ostatnich minutach. Ale prócz pięknych obrazków i radości zawodników kanadyjskiego zespołu, były też dużo bardziej przykre momenty, w tym przede wszystkim kontuzja kolana Klaya Thompsona, który zerwał więzadło w kolanie i do tej pory nie powrócił do gry. W akcji cały czas nie oglądamy także Raptors, którzy ze względu na pandemię będą najdłużej panującymi mistrzami w historii ligi. Obrona tytułu będzie bardzo trudnym zadaniem, tym bardziej, że klub latem opuścili Kawhi oraz Danny Green, lecz Raptors mają w zwyczaju coś udowadniać.

Przed zastopowaniem rozgrywek drużyna z Toronto radziła sobie wszak doskonale i pomimo kolejnych kontuzji czołowych graczy kanadyjski zespół nadal wygrywają na potęgę. W momencie przerwania sezonu ich bilans 48 zwycięstw oraz 16 porażek zapewniał drugą lokatę na Wschodzie, a jak przyznał trener Nick Nurse, w zespole nie widać żadnej presji związanej z byciem obrońcami tytułu. Co więcej, jego zdaniem Raptors są w zasadzie w takiej samej sytuacji jak w poprzednich rozgrywkach. – Nikt wtedy nie mówił o nas jako o poważnym kandydacie do mistrzostwa – dodaje Nurse i wskazuje na to, że teraz jest bardzo podobnie. Rok temu takie nastawienie pozwoliło Raptors na napisanie pięknej historii, którą dziś wszyscy uczestnicy tamtych wydarzeń mogą wspominać z uśmiechem na ustach.

Follow @PROBASKET

Subscribe
Powiadom o
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
pan egiryk
pan egiryk
13 czerwca 2020 20:51

Zabrakło Duranta i okazało się, że Curry nie znaczy nic.