Na pewno nie tak wyobrażał sobie swoją karierę w najlepszej lidze świata Jarrett Culver, gdy w 2019 roku Minnesota Timberwolves wybierali go z szóstym numerem draftu. Po ledwie trzech latach obrońca ledwo co załapał się do składu któregoś z zespołów na nadchodzący sezon. Ręce wyciągnęli ku niemu włodarze Atlanta Hawks.

Nie da się ukryć, że Jarrett Culver już przeszedł do historii Minnesota Timberwolves jako kolejny niewypał z draftu. Wilki postawiły na tego zawodnika z „szóstką” w naborze NBA w 2019 roku, lecz szybko okazało się, że ekipa z Minneapolis robiła sobie zbyt duże nadzieje wobec obrońcy. Latem ubiegłego roku Wolves bez żalu pożegnali więc Culvera, wysyłając go w wymianie do Memphis Grizzlies, lecz i tam zawodnik sobie totalnie nie poradził.

W barwach Grizzlies wystąpił w poprzednim sezonie tylko w 37 spotkaniach, spędzając na parkiecie przeciętnie niecałe dziesięć minut w każdym z tych pojedynków. O jego statystkach nie warto nawet wspominać. Słaba postawa i brak miejsca nawet w szerokiej w rotacji sprawiły, że w Memphis postanowiono nie przedłużać tej współpracy. Culver znalazł się na rynku wolnych agentów, ale na kolejną szansę i propozycję nowej umowy musiał czekać bardzo długo.

Ta nadeszła dopiero teraz, gdyż ekipa Atlanta Hawks w niedzielę otworzyła sobie jedno miejsce na kontrakt two-way i właśnie taką umowę zaproponowała 23-latkowi. Jastrzębie w ten sposób nie ryzykują zbyt wiele, mając nadzieję, że Culver zdoła się odbudować. Potencjał na pewno miał spory, co pokazał w turnieju NCAA w 2019 roku, kiedy to poprowadził Texas Tech do samego finału. Pytanie, czy już się po prostu nie wypalił, co teraz sprawdzą Hawks.