W NBA sam talent nie gwarantuje wielkich pieniędzy. Ważne są jeszcze okoliczności i tak zwany „tajming”, czyli moment, w którym ktoś nam te pieniądze zaoferuje, bo akurat ma takie możliwości w tym danym momencie. NBA zna wiele przypadków, kiedy zawodnicy przekonani o swojej wielkości odrzucali dobre lub nawet bardzo dobre kontrakty, bo liczyli na więcej, a potem okazywało się, że nigdy nie dostali nawet porównywalnej oferty. Zainspirowani tekstem Bleacher Report, w którym autorzy przedstawili osiem najbardziej znanych takich przypadków ostatnich lat, postanowiliśmy przytoczyć Wam te historie, bo naprawdę warto o nich pamiętać.
W NBA zawodnik nie dostaje dużych pieniędzy tylko dlatego, że jest dobry. Wszystko musi się zgrać w tym samym czasie, czyli fakt, że kończy mu się umowa i że są drużyny, które akurat mają miejsce składzie i miejsce w salary cap i złożą mu taką propozycję. Salary cap rośnie z każdym rokiem, więc kolejne kluby mają „przestrzeń” w limitach płac. Czasem jakaś drużyna właśnie straciła gracza pierwszej piątki i szuka zawodnika na konkretnej pozycji, a czasem trener chce właśnie „ciebie”. Jeśli takie okazje się pojawiają, to trzeba z nich korzystać, bo druga szansa może się już nie pojawić.
Możesz mieć ogromny talent i potencjał, ale jeśli nie wstrzelisz się w odpowiedni moment, to może się okazać, że stracisz szansę na ogromne pieniądze. Ale jeszcze gorsze są historie, kiedy zawodnicy otrzymywali wydawałoby się świetne propozycje, a mimo to je odrzucali, bo mieli poczucie, że zasługują na więcej, a potem kończyli z najniższymi pensjami.
Zestawienie Bleacher Report było dla nas punktem wyjścia do przypomnienia ośmiu takich historiach z ostatnich 15 lat. Nie chodzi wyłącznie o zawodników, którzy byli chciwi. To zbyt duże uproszczenie i wobec niektórych nieuczciwe określenie. Ewidentnie jednak kilku z nich się przeliczyło. Czasem jest wina koszykarzy, a czasem ich agentów, którzy namawiają ich do odrzucenia danego kontraktu, bo wierzą, że z innego klubu otrzymają jeszcze lepszą propozycję.
8. Caleb Martin – oferta Heat, której już nie odzyskał
Latem 2024 roku Caleb Martin miał podobno na stole ofertę od Miami Heat o wartości 65 mln dolarów za pięć lat gry. Musiał tylko skorzystać z opcji zawodnika wartej 7,1 mln, a potem dostałby 58 mln przez kolejne cztery lata. Martin jednak zrezygnował z opcji, wszedł na rynek wolnych agentów i … podpisał z Philadelphia 76ers czteroletnią umowę za 35 mln dolarów + dodatkowe 5,3 mln zapisane w bonusach, ale trudnych do osiągnięcia.
To nie musiała być aż taka zła decyzja. Mógł przecież budować swoją wartość w Filadelfii. Problem jednak w tym, że nie dotrwał tam nawet do końca sezonu. Sixers oddali go do Dallas Mavericks w wymianie za Quentina Grimesa i jego rola zaczęła gwałtownie spadać. W sezonie 2025/26 zdobywał tylko 3,9 pkt, a grał średnio 15 minut na mecz. Ma jeszcze zapewnione 10 mln dolarów za sezon 2026/27 i opcję zawodnika za 9,4 mln w kolejnym sezonie. To oczywiście nadal bardzo dobre pieniądze. Tyle że oferta Heat mogła zapewnić mu spokojniejszą przyszłość i około 30 mln więcej. Dziś Martin wygląda na zawodnika, który za dwa może być już poza NBA.
7. Jonathan Kuminga – rynek brutalnie zweryfikował
Jonathan Kuminga ma 23 lata, jest niesamowitym atletą o warunkach wręcz idealnych na skrzydłowego w NBA. Już w sezonie 2023/24 zdobywał 16,1 punktu na mecz. W play-offach 2025 przeciwko Minnesota Timberwolves miał trzy spotkania z ponad 20 punktami. Jak to się mówi „ma papiery na granie”, ale musiałby się znaleźć w odpowiedniej drużynie, w której byłby jedną z najważniejszych postaci.
Jesienią 2025 roku po długim impasie z Golden State Warriors Kuminga podpisał dwuletni kontrakt za 46,8 mln dolarów, ale drugi sezon był opcją klubu. Według informacji ESPN Warriors proponowali mu też trzyletnią umowę za około 75 mln dolarów z opcją zespołu w trzecim roku. Kuminga i jego agent chcieli jednak większej kontroli nad przyszłością. Plan zakładał, że po transferze szybko znajdzie klub gotowy dać mu większą rolę i nową, wysoką umowę. Warriors wymienili go do Atlanta Hawks. Jastrzębie jednak odrzuciły opcję wartą 24,3 mln dolarów na sezon 2026/27. Kuminga trafił na rynek wolnych agentów i wydawało się, że szybko znajdzie klub, który będzie gotowy zaproponować mu dobre pieniądze i ważną rolę w zespole. Rynek go jednak brutalnie zweryfikował. Wszyscy szybko pozamykali składy i dopiero niedawno Kuminga zgodził się na dwuletnią umowę z Timberwolves o wartości 12,4 mln dolarów (z opcją zawodnika na drugi sezon).
W najbliższym sezonie zarobi około 6 mln dolarów. Jak porównamy to z jego kontraktem w Warriors, później ofertą Warriors, a następnie faktem, że przecież wygląda na gracza, który mógłby spokojnie za sezon otrzymywać 20-30 mln, to możemy się zastanawiać gdzie popełniono błąd?
To może nie być historia o tym, że Kuminga chciał za dużo, ale o tym, że nie było odpowiednich okoliczności, a zainteresowani nim kluby miały swoje ograniczenia. Tylko, że jeśli przypomnimy sobie fakt, że Lakers na początku lipca podpisali czteroletnią umowę za około 13 mln za sezon z Sandro Mamukelashvili, to trudno nam uwierzyć, że władze Jeziorowców nie złożyły takiej propozycji Kumindze. Oczywiście za rok może się okazać, że Kuminga podpisze dużo wyższy kontrakt z innym zespołem, bo pokaże swoje możliwości w Wolves. Pytanie jednak, kiedy jest ten właściwy moment, w którym powinniśmy podpisywać umowę i przyjmować duże przecież pieniądze, a nie czekać na kolejne wakacje i liczyć, że „może wtedy”.
Dobrym przykładem jest tu Jalen Brunson z New York Knicks, który najpierw podpisał umowę na 104 mln dolarów, a potem w 2024 roku przedłużył kontrakt o cztery lata i zagwarantował sobie 156,5 mln. Gdyby zaczekał z przedłużeniem do 2025 to mógłby podpisać pięcioletnią umowę o wartości 269 mln. Wszyscy podają ten przykład jako „poświęcenie dla drużyny”, żeby Knicks mogli podpisać innych zawodników i zmieścić się dzięki temu w salary cap. Brunson jednak przyznał w jednym z ostatnich wywiadów, że on tego nie zrobił z poświęcenia, ale chciał zadbać o siebie, bo dzięki temu, że zagwarantował sobie 156,5 mln dolarów, to mógł się skupić na koszykówce, na wygrywaniu, mógł zapewnić sobie komfort psychiczny. Warto o tym pamiętać, że czasem nie największy kontrakt jest najważniejszy, ale ten dobry, który daje nam bezpieczeństwo i swobodę.
6. Donatas Motiejūnas – kontrakt za 37 mln, który się rozpadł
To jedna z najbardziej absurdalnych historii z rynku wolnych agentów. W 2016 roku Brooklyn Nets podpisali z Donatasem Motiejunasem czteroletnią umowę o wartości 37 mln dolarów. Houston Rockets ją wyrównali, ale Litwin nie stawił się na badaniach medycznych. Poszło o różnicę między pełną ofertą Nets a warunkami, które Rockets uznali za obowiązkowe do wyrównania. Potem strony jeszcze próbowały dojść do porozumienia. Houston miało podpisać z nim czteroletni kontrakt za 35 mln dolarów, lecz pojawiły się problemy podczas badań medycznych. Rockets ostatecznie zrezygnowali z praw do zawodnika, a Motiejunas został wolnym agentem i podpisał z New Orleans Pelicans roczną umowę za 1,5 mln dolarów. Od tamtego momentu rozegrał w NBA tylko 37 spotkań.
5. Shabazz Muhammad – od 40 mln do minimum
Po ogromnym skoku salary cap w 2016 roku Minnesota Timberwolves mieli zaproponować Shabazzowi Muhammadowi czteroletnie przedłużenie warte co najmniej 40 mln dolarów. Muhammad go jednak nie podpisał. Rok później wrócił do Wolves na dwuletni kontrakt za minimum warte wtedy 3,4 mln dolarów.
Jego plan zakładał większą rolę w rotacji. Tom Thibodeau miał jednak własny pomysł na zespół. Muhammad, który przez trzy pierwsze sezony kariery grał średnio po 20,5 minuty, w rozgrywkach 2017/18 dostał niespełna 10 minut na mecz. Poprosił o wymianę albo zwolnienie. Trafił na chwilę do Milwaukee Bucks i od tamtej pory nie zagrał już w NBA.
W tym przypadku nie chodziło wyłącznie o odrzuconą kwotę. Muhammad miał podobno również inne, lepsze finansowo możliwości, ale wybrał pozostanie w Minnesocie. W NBA przywiązanie do miejsca nie zawsze ma cenę, którą później da się odzyskać.
4. Montrezl Harrell – mistrzostwo nie przyszło, pieniądze też nie
Montrezl Harrell wchodził na rynek w 2020 roku po najlepszym sezonie kariery. Zdobył nagrodę dla najlepszego rezerwowego NBA, notując 18,6 punktu i 7,1 zbiórki na mecz przy 58% skuteczności z gry w barwach Los Angeles Clippers.
Zamiast wieloletniego, wysokiego kontraktu podpisał z Los Angeles Lakers dwuletnią umowę za 19 mln dolarów. Według Brada Turnera z Los Angeles Times Harrell odrzucił lepszą ofertę od Charlotte Hornets. Kendrick Perkins mówił nawet o czterech latach i 80 mln dolarów, choć tej konkretnej kwoty nie potwierdziły inne źródła.
Nawet jeśli 80 mln było zawyżone, skala różnicy jest ogromna. Po dwóch latach w Lakers Harrell nie dostał już kontraktu większego niż minimum. W całej dziewięcioletniej karierze zarobił około 39,5 mln dolarów. Lakers byli wtedy obrońcami tytułu, więc wybór można było zrozumieć. Harrell liczył pewnie, że mistrzostwo i gra u boku LeBrona Jamesa jeszcze podniosą jego wartość. Tylko, że Lakers odpadli w pierwszej rundzie play-offów, a on nie dostał ani pierścienia, ani kontraktu, na który pracował sezon wcześniej.
3. Dennis Schröder i słynne 84 mln
W 2021 roku Dennis Schröder zagrał w Lakers bardzo dobry sezon: 15,4 pkt 5,8 ast 3,5 zb na mecz. Szybko pojawiły się plotki, że Jeziorowcy zaproponowali mu czteroletnie przedłużenie o wartości 84 mln dolarów. Sam zawodnik później stanowczo zaprzeczał, że dostał taką ofertę, ale kibicom i tak zapadło to w pamięci, bo później trafił do Boston Celtics gdzie zarobił 5,9 mln dolarów za sezon, a następnie wrócił do Lakers za 2,7 mln. Dopiero później podpisał dwuletnią umowę o wartości 25,4 mln z Toronto Raptors, a następnie trzyletni kontrakt za 44,3 mln z Detroit Pistons. Jemu udało się odbudować pozycję i nadal jest dobrze opłacanym zawodnikiem NBA. Jednak w czteroletnim okresie po 2021 roku zarobił około 34 mln dolarów. To znacznie mniej, niż opisywane szeroko 84 mln.
2. Nerlens Noel – jak dają, to bierz!
Kto dziś pamięta, że był taki zawodnik? Solidny podkoszowy, który rozpoczynał karierę w Sixers, ale potem został wytransferowany do Dallas. Mavericks zaoferowali mu 70 mln za cztery lata. Noel oczekiwał jednak większych pieniędzy. Mavs wycofali ofertę i już do niej nie wrócili. Wtedy Noel zdecydował się na ofertę kwalifikacyjną wartą 4,2 mln dolarów, aby rok później trafić na rynek wolnych agentów i wtedy rozbić bank. To ogromne ryzyko, które rzadko podejmują zawodnicy. Liczą wtedy, że po kolejnym dobrym sezonie będą rozchwytywani na rynku free agents.
Jak się domyślacie, nic z tego nie wyszło. Noel podpisał później dwuletnią umowę za minimum z Oklahoma City Thunder, a dopiero w New York Knicks wrócił do nieco większych pieniędzy. Najpierw zarobił 5 mln, a później podpisał trzyletnią umowę wartą 28,8 mln. Ten ostatni kontrakt zakończył się jednak wykupieniem jego umowy w 2023 roku.
Noel nigdy nie zbliżył się do 70 mln dolarów, które miał otrzymać od Dallas. Jego sprawa stała się jeszcze głośniejsza, gdy pozwał byłego agenta Richa Paula, zarzucając mu m.in. niewłaściwe prowadzenie negocjacji. Pozew został oddalony, a strony później zawarły ugodę.
Przez dziewięć lat gry w NBA zarobił niespełna 46 mln. Niemało, ale gdyby podpisał wtedy kontrakt wart 70 mln z Mavs…
1. James Harden – jedyny przypadek liczony w setkach milionów
Aż trudno uwierzyć, że w tym zestawieniu i to na pierwszym miejscu znajdzie się 37-letnia gwiazda NBA. James Harden jest tu jednak osobną kategorią. Pozostali zawodnicy z tej listy zostawili na stole kilkanaście czy kilkadziesiąt milionów. Decyzja Hardena kosztowało go dużo więcej.
W 2021 roku Brooklyn Nets mieli zaoferować mu trzyletnie przedłużenie o wartości 161 mln dolarów. Harden go nie podpisał, ale prawdopodobnie dlatego, że po kolejnym sezonie mógłby kwalifikować się do czteroletniej umowy za 227 mln.
Kilka miesięcy później wymusił jednak transfer do Philadelphia 76ers. Tam zgodził się na dwuletni kontrakt za 68,6 mln dolarów. Niższy od maksimum, aby Sixers mogli wzmocnić skład P.J. Tuckerem i Danuelem House’em Jr.
To był ruch, który miał wszystkim pomóc. Harden miał dostać kolejną szansę na wielką umowę rok później, a Philadelphia miała realnie powalczyć o tytuł. Zamiast tego doszło do konfliktu z Darylem Moreyem, a potem do transferu do Los Angeles Clippers.
Nowe CBA zmieniło też rynek dla gwiazd po trzydziestce. Nawet Steve Ballmer, właściciel Clippers, nie chciał już rozdawać pełnych maksymalnych kontraktów zawodnikom w wieku Hardena i Kawhia Leonarda, gdy nad klubem wisiało widmo drugiego apronu. Harden podpisał więc dwuletnią umowę za 70 mln dolarów z opcją zawodnika na drugi rok.
W trzy sezony, które obejmowałaby oferta Nets, zarobił niewiele ponad 100 mln dolarów. To oczywiście nadal absurdalnie duże pieniądze, a Harden przekroczył już pół miliarda dolarów zarobków w karierze. Ale właśnie dlatego ta historia jest tak wymowna. Nawet zawodnik tej klasy może stracić ponad 60 mln, jeśli pomyli się w ocenie rynku i własnej pozycji negocjacyjnej.
W NBA nie wygrywa ten, kto najdłużej czeka
Te przykłady, to tylko ciekawe, bardzo różne historie. Nie oznaczają one, że każdy zawodnik powinien brać pierwszą ofertę, jaką otrzyma. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy zawodnik myli się w ocenie swojej sytuacji. Rynek NBA nie jest ani sprawiedliwy, ani stały. Jedna świetna seria w play-offach może otworzyć drogę do 100 mln dolarów, a jedna słaba seria, zmiana trenera, kontuzja w składzie, inny kierunek klubu lub nowe ograniczenia CBA mogą zamknąć ją na zawsze.
Jeśli przyjrzymy się tym sytuacjom z dystansem, to na pewno można stwierdzić, że warto patrzeć na świat realistycznie i kiedy coś jest dobre, to zgadzać się na to. Na pewno większą skłonność do ryzyka mogą wykazywać zawodnicy, którzy i tak zarobili setki milionów – jak James Harden. Dla pozostałych te historie powinny być przestrogą.
Warto pamiętać, że „lepsze jest wrogiem dobrego” (a przynajmniej bywa), dlatego czasem lepiej wziąć ofertę jaką nam dają, bo drugi raz taka okazja może się już nie powtórzyć. Zbyt wielu zawodników się o tym przekonało.










