Historia NBA: „Run TMC”, czyli Tim Hardaway, Mitch Richmond i Chris Mullin — wojownicze trio z Oakland

4
2407

Golden State Warriors kilka lat temu pobili rekord wygranych spotkań w sezonie regularnym – 73 zwycięstwa przy 9 porażkach wydają się niedoścignionym osiągnięciem. Zawdzięczają to niezwykle utalentowanym graczom, takim jak: Stephen Curry, Klay Thompson i Draymond Green, lecz niewielu obserwatorów i fanów NBA zdaje i zdawało sobie sprawę, że w Oakland istniało wcześniej trio, które przy odpowiednich uwarunkowaniach mogło znacznie wcześniej ustanowić legendarny status, będący udziałem wyżej wymienionych koszykarzy. Zazwyczaj nie charakteryzuje się Tima Hardawaya, Mitcha Richmonda i Chrisa Mullina jako zawodników mających odgrywać identyczną rolę w historii zespołu osadzonego w Dębowej Krainie jak Curry, Thompson i Green. Jednak gdyby się im przyjrzeć bliżej można w nich dostrzec swego rodzaju podwaliny w kształtowaniu przyszłej potęgi Warriors — tyle tylko, że oni sami, jak i ich trenerzy, nie potrafili wykorzystać posiadanego potencjału.


Jeden rodem jest z miasta Chicago…

Tim Hardaway urodził się 1 września 1966 r. w Chicago w stanie Illinois. Dorastał w południowych dzielnicach tego miasta, zwiedzając niemal wszystkie osiedlowe boiska. Ze względu na nie najwyższy, w porównaniu z innymi, wzrost otrzymał pseudonim „The Bug” czyli Żuk. Niemniej Hardaway zadziwiał niespotykaną jak na swój wiek koordynacją ruchową, szybkością i opanowaniem piłki — w późniejszych latach pisano o nim, że żaden zawodnik nie jest w stanie zbliżyć się do jego poziomu i że potrafi panować nad piłką jak żaden inny koszykarz. Niemniej, nie tylko umiejętności odegrały rolę w życiorysie Hardawaya — musiał mierzyć się z brutalnymi warunkami rówieśniczego środowiska, jak i niezbyt ciekawą sytuacją w domu rodzinnym. Ojciec Hardawaya był alkoholikiem, który niejednokrotnie terroryzował domowników, posuwał się w swoich delirycznych zachowaniach tak daleko, że młody Tim widział tylko jedną drogę ucieczki od tego koszmaru — koszykówkę. Dzięki skupieniu się na baskecie może zawdzięczać, że nie zmarnował swojego talentu, a pokus czających się niemal na każdym rogu było sporo — narkotyki, alkohol, dilerka, wojny gangów wciągnęły niejednego:

Koszykówka była moim uwolnieniem. Mogłem skończyć jak moi koledzy, nie zamierzałem być jednym z nich, pić, ćpać i robić różne idiotyczne rzeczy. Gdybym uległ temu wszystkiemu, mógłbym zapomnieć o NBA.

Hardaway do momentu ukończenia Carver Area High School pozostał na starych śmieciach. Potem zdecydował się na przeprowadzkę do El Paso w Teksasie, gdzie siedzibę ma University of Texas. Tam występował w zespole UTEP Miners, pod kierunkiem Dona Haskinsa, późniejszego członka koszykarskiej Galerii Sław. Kiedy był jeszcze studentem, opracował efektywny, efektowny i zabójczy manewr zwany „UTEP Two Step”. Zagranie było tak genialne, że zwrócił na niego uwagę sam Magic Johnson, opisując go jako „coś nie do powstrzymania”.

Hardaway wiele zyskał, ustanawiając swój znak firmowy — był on bez wątpienia jednym z najlepszych koszykarz w swoim roczniku, co znalazło odzwierciedlenie w nagrodzie o nazwie Frances Pomeroy Naismith. Został też dwukrotnie wybrany do zespołów występujących w turniejach NCAA w 1988 i 1989 r., przy czym nie zaniedbał zagadnień naukowych — ukończył studia ze specjalizacją z zakresu kryminalistyki. Teraz mógł wybierać, czy decydować się na draft, czy rozwijać się w kierunku, jaki mu wyznaczał dyplom. Ku uciesze fanów wybrał to pierwsze i z numerem 14. został wybrany w 1989 r. przez Golden State Warriors, stając się brakującym ogniwem w składzie klubu.

Drugi rodem jest z miasta Fort Lauderdale…

Mitch Richmond przyszedł na świat 30 czerwca 1965 r. w Fort Lauderdale na Florydzie. Jego sytuacja była bez wątpienia o wiele bardziej stabilna niż Hardawaya. Nie dorastał w rodzinie dysfunkcjonalnej, nie był werbowany przez gangi, kolegów miał poukładanych, a do tego otoczenie wojskowe siłą rzeczy nie dopuszczało na wykwit rozmaitej szumowiny. Na przekór temu, co było dominujące w późniejszym życiu Richmonda, wcale nie zaczynał od koszykówki, odgrywała ona drugoplanową rolę. W szkole podstawowej grał przede wszystkim w futbol amerykański, jednak w pewnym momencie przyszedł czas na konkretny wybór. W szkole średniej postawił na koszykówkę i okazało się, że to było trafienie w samo sedno:

Dopiero w dziesiątej klasie wziąłem się na poważnie za koszykówkę.

Po ukończeniu Boyd H. Anderson High School, przez dwa lata chodził na zajęcia do Moberly Area Community College i notował tam wyniki predestynujące go do gry w NBA. W latach 1984-1986 zdobył aż 1023 punkty. Potem na dwa lata przeniósł się do Kansas State, poprawiając swoje osiągnięcia. 1327 punktów było przepustką do National Basketball Association, a jego Wildcats z bilansem 45-20 wzięli udział w 1988 r. w NCAA Midwest Regional Finals.

Ma się rozumieć, że stał się obiektem do obserwacji klubowych wywiadowców i kwestią czasu było, aż trafi do NBA. Był wszechstronnym zawodnikiem. Rzuty za trzy, gra pod koszem, zbiórki, panowanie nad piłką powodowały, że w drafcie z 1988 r. z piątym numerem został wybrany przez Wojowników z Oakland.

Trzeci rodem z Brooklynu

Chris Mullin urodził się 30 lipca 1963 r. w jednej z dzielnic Nowego Jorku, Brooklynie. Tam też dorastał i był swego rodzaju ewenementem — jako biały kruk wśród czarnej społeczności Bronxu oraz Harlemu, gdzie często bywał, musiał błyskawicznie dostosować się do twardych i brutalnych reguł obowiązujących na ulicach i osiedlowych boiskach. Chciał udowodnić swoją wartość i dlatego dużo trenował, ale nie traktował tego jak przykrego obowiązku:

Lubiłem samotnie trenować w sali gimnastycznej. Powiem więcej — uwielbiałem to. Stawiałem przy parkiecie magnetofon lub radio i rzucałem albo zbierałem. I na odwrót, zbierałem i rzucałem. Kompletnie nie zauważałem, jak błyskawicznie mija mi czas.

W tym wszystkim kryła się pewna tajemnica i drugie dno — oprócz naturalnego doskonalenia swojego talentu, dla Chrisa samotne treningi były swego rodzaju ucieczką od szarej prozy codzienności. Ojca Mullina i Hardawaya łączyło zamiłowanie do kieliszka, a gra w koszykówkę kierowała myśli gdzie indziej. Mimo tego nie Chris nie uciekł od uzależnienia ojca — zaczął popijać i to coraz ostrzej. Postępujące zaawansowanie w alkoholizmie nie odbiło się na jego wynikach w nauce, w latach licealnych nie było to aż tak groźne stadium, bez kłopotu ukończył Xaverian High School, dokąd przeniósł się z Power Memorial Academy. Należy nadmienić, że zrobił to z własnej woli. Kłopoty zaczęły się na studiach, choć w zasadzie jego parkietowe cyferki wcale na tym nie cierpiały. W debiutanckim sezonie Mullin osiągał 16.6 punktu na mecz, a średnia za wszystkie lata spędzone na uczelni St John’s University wyniosła 19.5 punktu.

Kiedy uzyskał wyższe wykształcenie, naturalną koleją rzeczy był draft NBA. I tak w 1985 r. Mullin z siódmym numerem draftu trafił do Warriors.

Trzej przyjaciele z boiska

Zanim Tim Hardaway, Mitch Richmond i Chris Mullin połączyli swe siły w „Run TMC” kariera tego ostatniego, już w Oakland znalazła się na poważnym zakręcie. Picie do lustra w domu, przesiadywanie samemu w klubach spowodowało, że Mullin stawał się cieniem samego siebie. Szczęśliwie dla niego nie popadł w uzależnienie krzyżowe. Oakland było powszechnie znane z łatwego dostępu do wszelkiego rodzaju narkotyków, ale Chrisa one kompletnie nie obchodziły. Wolał butelkę. Tyle że na dłuższą metę nie dało się tego ukryć. Liczne donosy od fanów sprawiły, że postawiono sprawę na ostrzu noża. Trener Don Nelson, po tym, jak Mullin opuścił kilka treningów, zażądał, aby Mullin poszedł na odwyk. On sam, kiedy zakończył leczenie, uznał to za błogosławieństwo:

Może się wydawać, że mam wiele do powiedzenia. Tak naprawdę, mimo niechęci do tego programu później uznałem, że alkohol po prostu mi przeszkadzał. Z dzisiejszej perspektywy wiem, jak wspaniale jest być trzeźwym.    

Mullin wziął się w garść w odpowiednim czasie, nadchodził nowy sezon. Przed startem sezonu 1989/1990 zastanawiano się, jak trio wpłynie na Warriors. Nie od razu było kolorowo — współpraca pomiędzy Timem, Mitchem i Chrisem ułożyła się wybornie, ale nie miało to wpływu na wyniki drużyny — Warriors zanotowali bilans 37-45 i nie załapali się do play-offów. Szczególnie dziwić może fakt, że pomimo bycia najskuteczniejszą ekipą w całej NBA, musieli udać się na przedwczesne urlopy. Kolejne lata miały należeć do zespołu z Oakland. TMC dogadywali się świetnie, a swoimi stylami gry pasowali do koncepcji trenera Dona Nelsona, który nie chciał rozbijać świetnie grającej trójki w imię swojego idee fixe i dał jej wolną rękę w prowadzeniu ataku, o czym wspominał Mullin:

Bardzo lubiliśmy grać ze sobą. U nas nie było wielkich kombinacji, wystarczyły proste środki. Dwa, trzy podania otwierające drogę do kosza, po których jeden z nas agresywnie wchodził w pomalowane i kończył akcję dwutaktem. Crossovery Tima były zabójczą bronią, rozrywały defensywę przeciwnika, a ja i Mitch przemieszczaliśmy się z lewego skrzydła na prawe i czekaliśmy na podanie. Wszystko odbywało się w szybkim tempie, nam się to bardzo podobało.

W mitologii greckiej istniała postać budząca grozę — takową był trzygłowy pies Cerber, strzegący świata zmarłych. Można dostrzec pewne analogie pomiędzy nim, a „Run TMC”. Tim, Mitch i Chris wywoływali w szeregach rywali popłoch. Wystarczy nadmienić, że w 48 spotkaniach Richmond, Hardaway i Mullin przekroczyli barierę 20 punktów, co dało zespołowi 30 wygranych w 48 meczach. Ten fakt wyraźnie obrazuje jaka moc tkwiła w rękach i nogach tych graczy. Pierwszy raz przekonali się o tym Chicago Bulls — mimo że wygrali 104:90, kosztowało ich to niemało sił.

Sezon 1990/1991 miał być urzeczywistnieniem marzeń Warriors o dominacji w lidze. Fani byli tak podekscytowani, że wykupili wszystkie bilety na każdym z 41 domowych spotkań. To była istna mania, choć należało się tego spodziewać już po meczu otwarcia. TMC byli nie z tego świata — Mullin zdobył 38 punktów, Hardaway 32, a Richmond 29, a Warriors pokonali Denver Nuggets 162:158.

320 punktów — nawet dziś brzmi to jak sen. W tamtych czasach, kiedy przepisy były mniej restrykcyjne, kiedy mecze wygrywała obrona, taki wynik mógł powstać tylko w umyśle szaleńca, a jednak… W Golden State wrzało. Hardaway patrzył w przyszłość z przesadnym może optymizmem:

Chcemy wygrywać, chcemy się bawić i będziemy to robili. Nas to bawi, ale jestem naładowany! Nie ma znaczenia kto stanie naprzeciwko nas i tak zwyciężymy!

Pół żartem, pół serio — Run TMC przyczynili się do otyłości swoich fanów. Podczas domowych spotkań stało się zwyczajem, że kiedy zdobywali oni określoną już przed spotkaniem liczbę punktów, publiczność otrzymywała pizzę. W związku z tym nieraz przez cały mecz słychać było gromkie skandowanie z trybun, oznaczające prośby o kolejną dostawę pizzy. Trio spełniało je nadwyraz skrupulatnie, tak było w niemal każdym spotkaniu — Hardaway, Mullin i Richmond byli w formie i w zasadzie nie należało im w niczym przeszkadzać. W tym wszystkim nie zabrakło oczywiście i minusów, gdyż Warriors zapominali o obronie, w statystykach ofensywnych zajęli drugie miejsce w lidze ze średnią 116.6 punktów, natomiast w defensywie było zupełnie inaczej — drugie miejsce od końca z rezultatem 115 oczek. Atak nadrabiał indolencje defensywne, choć nie zawsze uchodziło to zespołowi z Kalifornii na sucho — w spotkaniu z Orlando Magic nie pomogły ponad 30-punktowe zdobycze panów T, M oraz C, reszta zespołu nie bardzo się do nich dostroiła. W podliczeniu uzyskała 21 punktów — to stanowczo zbyt mało, żeby mówić o szansach na zwycięstwo. W koszykówkę nie gra się trzema zawodnikami, Magic wygrali 131:119. Rekordowym zaś osiągnięciem w historii występów Hardawaya, Mullina i Richmonda w Golden State był mecz rozgrywany 18 stycznia z Philadelphia 76ers – ich łupem padły aż 104 punkty.

Nastawienie było świetne, atmosfera w zespole również — cel, czyli awans do play-offów został osiągnięty. Warriors z bilansem 44-38 zajęli siódme miejsce w Konferencji Zachodniej i musieli w pierwszej rundzie zmierzyć się z San Atonio Spurs. Drużyny wyżej rozstawione miały przywilej własnego parkietu i ogólnie rzecz biorąc w bojach z tymi niżej, z reguły nie przegrywały. Na to się zanosiło po pierwszym spotkaniu. Dubs ulegli Ostrogom 121:130 – to nie był wymarzony start dla rozpędzonych TMC, lecz Mullin i Richmond zrobili to, co do nich należało. Trener Nelson postanowił działać i zwołał naradę z graczami. Według słów Mullina wyciągnięto stosowne wnioski:

Spotkaliśmy się ze sobą, byliśmy szczerzy wobec siebie i wskazaliśmy sobie rzeczy do poprawy. Potrzebowaliśmy zmienić ustawienie w pierwszej piątce. Coach był tego samego zdania.

Wojownicy w drugim spotkaniu grali już zupełnie inaczej i pokonali faworyzowanych Spurs 111:98. Tym razem najlepiej punktującym był Mullin. Kolejne spotkania miały zostać rozegrane w hali Warriors. Dla Golden State była to idealna okazja, żeby przed własną widownią świętować awans do półfinałów konferencji. TMC nie zawiedli, dzięki ich wydatnemu udziałowi zespół wygrał 109:106 oraz 110:97 i przeszedł dalej.

25.7, 23.9 i 22.9 – to średnie Mullina, Richmonda i Hardawaya w sezonie regularnym, co daje łącznie 72.5 punktu. To mówi samo za siebie, Golden State mogli polegać na nich jak na Zawiszy. Bez ogródek, to dzięki nim Warriors wygrali z San Antonio i byli wcale nie bez szans z Los Angeles Lakers. Oczekiwano istnego bombardowania, w końcu Jeziorowcy jeszcze zachwycali wszystkich swoim Showtime. Niestety, tu już tak dobrze Warriors nie poszło. Z pewnością nie pomagał w tym uraz odniesiony przez Hardawaya. The Bug robił, co mógł, ale wespół z kompanami nie przeciwstawił się Lakersom. Po dwóch spotkaniach sprawa była otwarta, ale Golden State nie nadążyli za prowadzonymi przez Magica Jeziorowcami, przegrywając 107:123 i 124:119.

Dom wariatów

Lepsze jest wrogiem dobrego — takie motto powinno przyświecać każdemu działaczowi odpowiadającemu za zagadnienia transferowe jakiejkolwiek drużyny sportowej. Ludzie odpowiedzialni za ten zakres obowiązków w klubie z Oakland, na czele z Donem Nelsonem, swoimi decyzjami zapoczątkowali totalną degrengoladę drużyny, która tak naprawdę zaczynała się tworzyć. Najpierw Nelson, prawdopodobnie pod wpływem odgórnych nacisków, doprowadził do wymiany pomiędzy Sacramento Kings a Golden State. Do Królów przeniósł się Richmond, a w zamian Warriors otrzymali perspektywicznego skrzydłowego, Billy’ego Owensa. Nelson początkowo był przekonany co do zasadności tej wymiany:

Potrzebowałem kogoś dobrze zbierającego, kogoś walczącego pod koszem. Billy idealnie nadawał się do tej roli.

Tyle tylko, że po zaledwie roku zorientował się, że popełnił katastrofalny błąd:

Nigdy nie powinienem był pozwolić na odejście Mitcha. Nie umiem sobie tego darować, to był fatalny wybór.

Richmond był bardzo zżyty z Hardawayem i Mullinem i kiedy usłyszał, że czekają go przenosiny, był kompletnie zdezorientowany. Był aż tak przyzwyczajony do miejsca, w którym spędził ostatnie lata, że kiedy przyjechał do Oakland, już w barwach Kings, poszedł nie do tej szatni, co trzeba:

Wysiadłem z autokaru i poszedłem tam, gdzie zawsze. Po chwili skojarzyłem, że nie powinienem iść do szatni Warriors, byłem przecież zawodnikiem Kings.

Jednak decyzja o wymianie Richmonda zdołała się jeszcze obronić — Golden State osiągnęli naprawdę dobry bilans, 55-27. Nelson mógł obwieścić publice — patrzcie, mieliśmy rację, lecz zderzenie z twardą rzeczywistością przyszło błyskawicznie. Pierwsza runda była zarazem początkiem, jak i końcem zmagań w play-offach. Seattle Supersonics wygrali z Warriors w czterech spotkaniach. Następny sezon był po prostu zły, Wojownicy wygrali tylko 34 mecze i nie załapali się do najlepszej ósemki na Zachodzie. W kolejnym wydawało się, że wszystko wraca na swoje tory. Bilans 50-32 dawał nadzieje, ale ponownie w playoffach wszystko się posypało, Phoenix Suns nie pozwolili Wojownikom na odniesienie nawet jednej wygranej. Gra pozorów musiała się wreszcie skończyć, w klubie działo się coraz gorzej, zarówno wśród zawodników, trenerów, jak i w gabinetach działaczy. Dokonywano coraz bardziej absurdalnych wyborów. Gracze byli między sobą skłóceni, marnowano ich potencjał. Było jak w poczekalni — ktoś przychodził i zaraz odchodził. Rony Seikaly, Chris Gatling, Tyrone Hill, Mark Price, Tom Gugliotta — to tylko niektórzy z zawodników zakładających kostium Golden State w tamtym okresie.

Wszyscy odchodzili z Kalifornii w poczuciu dużego niesmaku oraz ulgi, że wreszcie przeniosą się gdzie indziej. Na straży cały czas trwali Mullin i Hardaway, ale w ich przypadku kwestią czasu była zmiana klubowych barw. Ratowano, co się da — wyrzucono Nelsona, na jego miejsce przyszedł Rick Adelman, ale i on nie został uzdrowicielem Golden State. Był jak na standardy NBA z lat dziewięćdziesiątych trenerem za łagodnym i za tolerancyjnym, żeby móc utrzymać w ryzach zawodników. Gracze bardzo go lubili, chcieli dla niego grać tyle, że wyników nie było i Adelmanowi podziękowano po zaledwie dwóch latach. Zastąpił go ktoś zupełnie inny — tym kimś był P.J. Carlesimo.

Opisywano go jako wrzeszczącego choleryka, niepanującego nad nerwami szaleńca, miotającego obelgi w stronę koszykarzy. Zawodnicy wiedzieli, co się święci, ale większość z nich nie miała wyboru. Inaczej było z Hardawayem — po awanturach z Jeromem Kerseyem oraz Latrellem Sprewellem, z którym wszedł w otwarty konflikt, uznał, że jego czas dobiegł końca. Szybko przechwycili go Miami Heat i Tim nie zagrał pod wodzą Carlesimo nawet minuty. Mullin przeniósł się do Indiana Pacers zaledwie rok później.

Niebezpodstawnie tytuł aktualnie omawianego rozdziału nosi taką nazwę — żurnaliści zajmujący się problematyką sportową pozwalali sobie na znacznie więcej. „Piekło”, „Alcatraz”, „kolonia trędowatych”, „zespół chorej koszykówki”, były określeniami opisującymi w adekwatny sposób to, co działo się w Oakland. Po zespole mającym być jednym z pretendentów do mistrzowskiego tytułu nie pozostał nawet ślad. Patologie cały czas się pogłębiały, a punkt krytyczny w wynaturzeniach osiągnął Sprewell na jednym z treningów. Nielubiany przez graczy Carlesimo pokrzykiwał na nich od samego rana, a Spree niedomagał po intensywnej nocy — po którymś już z kolei wrzasku trenera w Sprewellu pękło. Niczym drapieżca rzucił się w stronę trenera, złapał go za gardło i zaczął go dusić. Niechybnie doszłoby do morderstwa gołymi rękami, gdyby cała drużyna nie zapobiegła temu samosądowi. To pomogło tylko na chwilę, ponieważ po piętnastu minutach nastąpił ciąg dalszy, ale mimo wszystko z pozytywnym jak na okoliczności zakończeniem. Trener nie został ofiarą śmiertelną rozwścieczonego zawodnika.

Kara mogła być tylko jedna — Sprewell został zawieszony na 68 spotkań i stracił prawie 24 mln dol. Trzeba przyznać, że władze ligi nie patyczkowały się z Latrellem, choć nie można było się spodziewać niczego innego. Napaść zawodnika na szkoleniowca musiała zostać osądzona w taki, a nie inny sposób. Sprewell bardzo żałował tego, co zrobił:

Byłem jak napęczniała butelka, gotowało się we mnie (…) Bardzo przepraszam trenera PJ Carlesimo. Wtedy zupełnie nie byłem sobą ale mnie to wcale nie tłumaczy, nigdy ale to przenigdy nie powinienem się tego dopuścić.

Oczywiście zawieszenie Latrella odbiło się wyraźnie na postawie Warriors. W składzie Warriors był Latrell Sprewell i długo, długo nic. Organizacja sięgnęła absolutnego dna, ale nie wiedzieć dlaczego, Carlesimo po tragicznym sezonie zachował posadę.  

Niekompetencja królowały w Golden State jeszcze przez 14 długich lat. W tym czasie zaledwie raz udało się im awansować do play-offów, w sezonie 2006/2007. Potem przez siedem sezonów było bardzo dobrze, Warriors zdobyli trzy tytuły mistrzowskie. Jak będzie teraz — czas pokaże. Jest całkiem możliwe, że Curry, Thompson i Green ponownie poprowadzą Warriors do wygranej. Jednak patrząc wstecz, należy się zastanowić, co by było, gdyby „Run TMC” pograli ze sobą dłużej niż tylko dwa sezony.

Na sukcesy trzeba czasami poczekać, a pochopnie kroki oraz nieudolni i w gorącej wodzie kąpani działacze doprowadzili do rozbicia dobrze funkcjonującego trio. Czy należało oczekiwać, że Mullin, Richmond i Hardaway potrafiliby wziąć ciężar gry zespołu tylko na swoje barki? Przy wsparciu odpowiednio dobranymi zawodowcami, ekipa z Kalifornii mogłaby zabłysnąć znacznie wcześniej, choć wobec potęgi Chicago Bulls wywalczenie nawet jednego mistrzostwa byłoby trudną sztuką. Niemniej wielu fanów Dubs może ubolewać, że tak krótko oglądało popisy „Run TMC”. Jeśli w jednym meczu drużyna prowadzona przez to trio zdobywa 162 punkty, to taką grę i takich koszykarzy po prostu chce się oglądać.

Autor: Marek Niewiadomy





4 KOMENTARZE

  1. Świetny artykuł ale zero komentarzy ,ciekawe czemu? czyżby pojęcia zielonego nie mieli w większości tutaj „eksperci” forumowi,którzy tylko udzielają się pod postami o tym ,co zjadł James albo jaką cieszynkę zrobił Curry ,no tak fani NBA od 1991 a w rzeczywistości od 2010.

  2. ofensywa ofensywą ale w PO wygrywasz defensywą, nawet jak GSW ze Splash Brothers wygrywali 3 tytuły waląc te serie trójek to obronę mieli solidną natomiast umówmy się że Nelson o obronie to miał znikome pojęcie

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here