Mówi się, że „z rodziną to najlepiej na zdjęciu”. We wspomnieniach byłych już zawodników NBA z reguły przeważa złośliwy starszy brat lub siostra, którego chciało się za wszelką cenę ograć. Koszykarze najlepszej ligi świata z reguły wychowywali się w dość licznych rodzinach, ale rzadko zdarzało się, żeby familia gremialnie podążała za nimi, jej przedstawiciele często mieli inny pomysły na to, co chcą robić w życiu. Niemniej, w historii basketu zaistniał taki przypadek, że aż czterech braci zdecydowało się na koszykarską karierę – byli to Scooter, Jon, Brent, Drew i przyrodni brat wymienionej czwórki, Canyon Barry.

Protoplasta

Richard Barry III urodził się 28 marca 1944 r. w Elizabeth, miejscowości leżącej w stanie New Jersey. W dzieciństwie pozostawał pod dominującym w jego okolicach wpływem baseballu. Była to jego ulubiona gra, podobnie jak jego rówieśników. Miłość do baseballa przyszła łatwo także dlatego, że w pobliżu swoje mecze rozgrywali New York Giants, którzy mieli w swoim składzie niekoronowaną gwiazdę tej dyscypliny, Williego Maysa. Abstrahując od uwielbienia do baseballu, prawdziwą sympatią i pasją młodego Ricka została koszykówka. W środowisku białych dzieci była mało ciekawą alternatywą na spędzanie wolnego czasu, ale Rick coraz rzadziej brał kij bejsbolowy do ręki. W zamian za to można było go spotkać na boisku do kosza. Mays wywarł na niego tak duży wpływ, że postanowił grać z identycznym numerem na koszulce, czyli 24. W pewnym momencie baseball poszedł w odstawkę i Rick wszystko, co mógł, zainwestował w koszykówkę. Ćwiczenie aż do znudzenia rzutów wolnych przydało mu się w szkole średniej, a przede wszystkim na studiach:

Do domu szedłem, dopiero kiedy trafiłem 500 rzutów osobistych. Dopóki tego nie zrobiłem to nie pozwalałem sobie nawet na chwilę odpoczynku – wspominał Barry.

Perfekcjonizm się przydał, ponieważ na studiach, a właściwie już na samym ich finiszu, Rick osiągnął zawrotną wręcz średnią punktową, wynoszącą 37,4. To był niebywały wprost wyczyn, w karierze Ricka wszystko grało. Do kosza trafiał kiedy i jak chciał, a proces adaptacyjny i aklimatyzacyjny kilka lat wcześniej miał łatwiejszy niż pozostali gracze. Zespół Uniwersytetu Miami trenował Bruce Hale. Ten szkoleniowiec stawiał nacisk na atletyzm i szybkie rozgrywanie akcji. Osoba szkoleniowca była jednym z powodów, dla których Rick wybrał właśnie tę uczelnię. NBA szeroko otworzyła przed nim drzwi, a panowie polubili się tak bardzo, że Rick popełnił swego rodzaju mezalians. Ożenił się bowiem z córką trenera, Pam. Ich związek jednak nie wypalił, określano go mianem nieporozumienia, w czym przodowała była już żona Ricka:

To straszny temat dla rodziny mojego byłego męża. Dla naszych dzieci również. Ich ojciec dokonał wyboru, a ten wybór dla nich jest coraz bardziej widoczny i zły.

W innej narracji wypowiadał się Rick, natomiast ze swoją żoną zasadniczo zgadzał się co do meritum:

Zarzuca mi się, że nie poświęcałem czasu dzieciom, ale to wierutna bzdura. Przebywałem z nimi, grałem z nimi w kosza, ale przy okazji musiałem zarabiać na życie. A jeżeli ktoś mi mówi, że kłamię, to zadam pytanie – ile z dzieci idzie do pracy ze swoim tatą?

Rick i Pam mieli czterech synów, którzy od samego początku mieli okazję obserwować ojca na koszykarskich parkietach. Mogli być z niego dumni, ponieważ Rick, biorąc pod uwagę czyste koszykarskie umiejętności, prezentował się wybornie. San Francisco Warriors wybrali go z numerem drugim w drafcie. Długa szyja, szczupła sylwetka i łowczy instynkt sprawiły, że zyskał przydomek Charta z Miami. Jeżeli ktoś jako debiutant notuje 25,7 punktu na mecz i 10,6 zbiórki to ma pełne prawo mówić o sobie, że jest łowcą.

Zdobycze indywidualne przekuły się na sukces zespołu – Warriors wygrali 35 spotkań, podczas gdy rok wcześniej uczyniły to zaledwie 17 razy, a Barry został wybrany debiutantem sezonu. W sezonie 1966/67, kiedy wystąpił w All Star Game, nakrył czapką wiele koszykarskich sław, takich jak: Wilt Chamberlain, Bill Russell i Oscar Robertson, zdobywając w całym spotkaniu 38 oczek. Sezon regularny zamknął ze średnią punktową 35,6, a kiedy wraz z Wojownikami dotarł do Finałów NBA, jego cyferka wynosiła oszałamiające 40.6. Choć ostatecznie jego zespół uległ Philadelphia 76ers, to ich czołowy gracz, Chamberlain, nie mógł wyjść z podziwu nad Rickiem:

Facet był tak dobry, że musiał być pilnowany przez trzech zawodników. Jeden na jeden nie daliby mu rady, po prostu by ich rozszarpał.

Niewątpliwie był dobry, nawet bardzo. Znikomy procent drugoroczniaków mogło się na przestrzeni lat pochwalić się takimi statystykami. Barry zasłynął także z czegoś innego – jego mechanika rzutów była dość osobliwa i gdyby żył w obecnych czasach, mógłby narazić się na kpiny i docinki.

W związku z powyższym Barry mógł zacząć stawiać warunki i uczestniczyć w negocjacjach finansowych z pozycji siły. Okazja do takiej próby nadarzyła się dość szybko, należało podpisać nową umowę. Jak zwykle w tego typu przypadkach bywa, szefowie klubu mają z reguły odmienne zdanie co do zarobków zawodnika i takie zdanie miał także Franklin Mieuli, właściciel Warriors. Od niezapłaconej premii za mecz się zaczęło, a skończyło na przejściu do konkurującej z NBA w owym czasie American Basketball Association (ABA). Ricka z otwartymi rękami przygarnął jego teść, trenujący drużynę Oakland Oaks. Ponadto miał otrzymywać 75 tys. dol., otrzymał 15 proc. udziałów w organizacji, a także 5 proc. ze sprzedaży biletów.

Mieuli próbował ratować sytuację, wskazując na przepis mówiący o tym, że Rick nie może przejść do innego klubu przed 1968 r., ale to naruszało z kolei reguły antymonopolowe i w końcowym rozrachunku nie znalazło zastosowania. Rick poszedł do Dębów, co zostało bardzo źle odebrane. Przy całej negatywnej narracji bardzo dużo do powiedzenia miał pryncypał Wojowników, ale działał przy tym, jak hipokryta – bezwzględnie wykorzystywał brak rozeznania i wiedzy prawniczej wśród zawodników, którzy podpisywali bardzo niekorzystne kontrakty. Dzięki temu Mieuli potężniał i utwierdzał się w swojej bezkarności. Jednak został przechytrzony i wystawiony do wiatru, a w słowach Ricka było dużo racji:

Wiem, co ludzie o mnie myślą. Nazywają mnie zdrajcą, tylko niech pomyślą, czy sami nie postąpiliby podobnie, gdyby chodziło o ich własne interesy. Zmieniają pracę i nikt nie nazywa ich nielojalnymi, a ja obrywam. Tylko dlatego, że myślę o wyżywieniu rodziny?

Barry pograł przez cztery lata w ABA, gdzie dominował. Z Oaks przyklepał mistrzowski tytuł, z Caps był bliski tego celu, Squires nie polubił, a z Nets wygrał rozgrywki 1971/1972. Mimo tych przeprowadzek jego forma cały czas była na wysokim poziomie, regularnie notował 30 punktów. Do tego doszła swoiście pojmowana elokwencja i cięty język – kiedy pytano go o Waszyngton, mówił, że będzie startować na prezydenta, a o swojej nieudanej przygodzie w Wirginii powiedział, że nie chce, aby jego dzieci mówiły z południowym akcentem. Jego powrót do NBA się zbliżał. 6 października 1972 r. stawił się ponownie w Warriors.

Tego samego roku ukazała się jego autobiografia „Wyznania cygana koszykówki”, gdzie opowiada o swojej karierze. Wychodzi na to, że trochę się z nią pospieszył – najciekawsze było jeszcze przed nim. Jako zawodnik trzymał poziom, ustanawiając rekord punktowy swojej kariery – 64 punkty przeciwko Portland Trail Blazers. Stało się to 26 marca 1974 r., a Wojownicy wygrali 143:120. To była zapowiedź późniejszego wielkiego sukcesu – tytuł mistrza NBA w sezonie 1974/1975. Barry zdobywał wtedy 30,6 punktu, prowadził w statystyce celności rzutów wolnych i przechwytów i walnie przyczyniając się do triumfu Warriors. To jeszcze bardziej go umocniło. Na tyle, że stał się negatywnym bohaterem następnych rozgrywek. W finale Konferencji Zachodniej Golden State grali z Phoenix Suns, a seria rozciągnęła się na siedem spotkań. W trakcie decydującego starcia doszło do kompletnie dwóch niezrozumianych incydentów – najpierw weteran, czyli Barry, pobił się z debiutantem Suns Rickym Sobersem.

Szczęśliwie dla zespołu, Barry nie został wyrzucony z parkietu, trafił jedynie na ławkę rezerwowych. W międzyczasie Rick stwierdził, że został pozostawiony na pastwę losu przez drużynę, przez co postanowił, że do końca meczu nie będzie rzucał:

Olali mnie ,a myślałem, że jesteśmy jednością.

Jak powiedział, tak zrobił. Gdy miał w piłkę w rękach, przekazywał ją do partnerów, choć nie był kryty przez rywali. Najlepszy strzelec drużyny, który postanawia nie zdobywać punktów – to mogło skończyć się tylko w jeden sposób – Phoenix wygrali 94:86 i historia zatoczyła koło. Barry został pomówiony o zdradę klubu.

To już było ciężkie oskarżenie, ale uznano, że Rick jest na tyle ważnym graczem, że można mu wybaczyć ten występek. Pomogło to w niewielkim stopniu, a rok później Wojownicy odpadli w półfinale konferencji. W następnym sezonie nie awansowali do play-offów. Barry zrozumiał, że nie ma sensu siedzieć w Dębowej Krainie i zdecydował się na przeprowadzkę do Houston, gdzie pograł dwa lata. Było to już jednak odcinanie kuponów od dawnej sławy. W tym czasie nawet raz nie wyszedł ponad średnią 14 punktów i w 1980 r. postanowił zakończyć karierę. Bez dwóch zdań, mistrzostwa dwóch różnych lig, wielokrotne występy w Meczach Gwiazd, wybory do pierwszych i drugich drużyn NBA i osiągnięcia statystyczne sprawiają, że jest wymieniany wśród legend koszykówki. Jego numer został zastrzeżony przez Warriors, a on sam może uważać się za sportowca spełnionego.

Pierworodny

Pierwszy z braci Barrych, czyli Scooter przyszedł na świat 13 sierpnia 1966 r. Jego pełne imię i nazwisko to Richard Francis Barry IV, ale tuż po narodzinach został nazwany Scooter. Spośród czwórki braci miał najmniej talentu, ale był najbardziej pracowity – do rozwodu rodziców doszło w momencie, kiedy Scooter liczył sobie 14 lat. To na niego spadła część dorosłych powinności względem Jona, Brenta i Drewa. Znajdował się w trudnym położeniu, musiał zajmować się braćmi i to mogło spowodować, że nie było mu dane ani razu wystąpić na parkietach NBA:

Nie maiłem wyboru i założyłem portki, nie mogłem nie zadbać o rodzinę. Stałem się zastępczym ojcem dla moich braci.

W końcu przyszedł czas, że najstarszy z braci musiał pomyśleć o sobie i zdecydować się na kontynuowanie koszykarskiej przygody. Scooter nie dostał się do NBA, choć rokowania były całkiem niezłe. Raz został mistrzem NCAA, pracował ciężko, żeby zasłużyć na angaż, ale podobnie jak młodsi bracia mierzył się z legendą swojego ojca i w porównaniu do niego wypadał niezbyt okazale. Po kilku latach spędzonych w ojczyźnie postanowił spróbować swoich sił w Australii i w Europie. Tam szło mu stosunkowo dobrze, zdobywał tytuły mistrzowskie w Belgii, wygrał także chińską CBA z Yakimą SunKings. Ostatecznie jego licznik zamknął się na 17 sezonach, ale jego doświadczenie koszykarskie jest bardzo bogate.

Rezerwowy

Jon Barry pojawił się na świecie 25 lipca 1969 r. i było oczywiste, że będzie grał w kosza. W przeciwieństwie do Scootera Jon uporał się z oczekiwaniami nałożonymi na niego przez świat koszykówki i po ukończeniu nauki na Uniwersytecie Georgia Tech został wybrany w drafcie 1992 z 21. numerem przez Boston Celtics. Ci szybko zrzekli się praw do niego, oddając go do Milwaukee Bucks. Potem Jon reprezentował barwy Golden State Warriors, Atlanta Hawks, Los Angeles Lakers, gdzie dawał wsparcie jako zmiennik. Następnie trafił do Sacramento Kings, zespołu tworzącego mieszankę rutyny z młodością, gdzie miał pełnić funkcję mentora dla Jasona Williamsa, zawodnika tyle genialnego, co niepokornego:

Dobra, Jason nagle nie rzuci 20, 30 punktów, może zdobędzie ich dwa, może cztery, może sześć. Ale daję gwarancję, że je zapamiętacie, będą one zdobyte w taki sposób, jakiego jeszcze nie widzieliście.

Królewskie plany na podbój ligi z różnych powodów się nie powiodły, a Jon po trzech sezonach został wytransferowany do Detroit Pistons. Później grał jeszcze w Denver Nuggets, Toronto Raptors, Atlanta Hawks i Houston Rockets. Karierę zakończył w 2006 r. Jako przecierający szlaki młodszym braciom nie zaprezentował się nadzwyczaj dobrze – był rezerwowym, a średnia dziewięciu punktów na mecz nie robiła na nikim wrażenia. Mimo wszystko swoje minuty w NBA zaliczył, poznał klimat tej ligi, a dziś pracuje jako komentator.

Latający

Trzeci z synów, Brent, przyszedł na świat w Sylwestra 1971 r. Jego cała młodość była podporządkowana koszykówce. Kiedy zdobył wyższe wykształcenie na Oregon State, wiele zespołów NBA spoglądało na niego przychylnym okiem – dwa metry wzrostu, umiejętność podawania i rzucania za trzy były przyzwoitymi rekomendacjami. W drafcie postawili na niego Denver Nuggets. Bryłki, podobnie jak w przypadku Celtics i starszego brata Jona odstąpili z pocałowaniem dłoni Los Angeles Clippers.

Brent był zadowolony z takiego rozwoju wypadków, słoneczna Kalifornia i młody, ambitny zespół, bardzo mu odpowiadały. Pierwszy sezon, czyli 1995/96 był znakomity – średnia dziesięć punktów dla nowicjusza to nie byle co. Jednak Brentowi przypadł znacznie cenniejszy laur. Wziął udział w konkursie wsadów, w którym nie dawano mu większych szans na wygraną. Faworytem był Michael Finley, a Greg Minor, Jerry Stackhouse, Doug Christie i Darrell Armstrong też nie byli z pierwszej łapanki. Tymczasem Brent zaskoczył wszystkich, obejmując prowadzenie już po pierwszej fazie zawodów. Jakby tego było mało, powtórzył wyczyn Michaela Jordana, wybijając się z linii rzutów wolnych. Wszyscy w Alamodome złapali się za głowy. Swoją udaną próbę skopiował w drugiej serii i został sensacyjnym zwycięzcą. W wywiadzie przyznał, że Jordan wywarł na nim bardzo duże wrażenie:

Skłamałbym, gdybym stwierdził, że nie inspirowałem się Michaelem Jordanem. (…) Zagrałem jak Pearl Jam, coś mocnego. (…) Zapamiętam ten dzień do końca życia.

Wielkie sławy NBA zasiadające w jury, takie jak Maurice Lucas, George Gervin i Julius Erving jednogłośnie przyznały trofeum Brentowi – bez zbędnej polemiki, w pełni na nie zapracował.

Radosny weekend dobiegł końca i należało wrócić do ligowej rzeczywistości. Clippers nie byli w gronie ligowych potentatów, ich rezultaty były co najwyżej średnie. Jednak 36 zwycięstw w sezonie 1996/97 wystarczyło do awansu do play-offów. W pierwszej rundzie Utah Jazz nie dali żadnych szans młodym zawodnikom z L.A., gładko wygrywając trzy spotkania. Za rok nie było nawet awansu, a Brent powędrował do Miami Heat. Z Florydy szybko przeniósł się do przetrzebionych Chicago Bulls. Tam było trochę lepiej, zdobywał 11 punktów na mecz, ale świata z Bykami nie podbił.

Następnie zakotwiczył w Seattle Sonics, gdzie zabawił znacznie dłużej, bo aż pięć lat. U boku Gary’ego Paytona dał się poznać jako dobry rzucający za trzy punkty – w trakcie pobytu nad Pacyfikiem zaliczył 669 celnych rzutów zza łuku. Kolejnym klubem w jego przygodzie byli San Antonio Spurs, gdzie udało mu się spełnić swoje marzenie – w 2005 r. został mistrzem NBA. Wówczas dokonał rzeczy historycznej – do tej pory żaden ojciec i syn nie mogli pochwalić się mistrzowskimi pierścieniami:

To było i jest nasze dziedzictwo, nawiązałem do rodzinnej tradycji.

Dwa lata później na konto Brenta powędrował drugi tytuł i w zasadzie to by było na tyle. W styczniu 2008 r. popularny Bones zerwał prawą łydkę. Pożegnanie z koszykówką zbliżało się wielkimi krokami, 2009 r. był ostatnim w karierze trzeciego z synów. Na tle braci wyróżnił się sukcesami – ani Scooter ,ani Jon nie zdobyli tytułu. Bones godnie stawiał czoła najlepszym zawodnikom i zespołom w lidze. Po zakończeniu kariery, podobnie jak Jon, zajął się komentatorką. Kibice zapamiętają go jako tego, którzy był w stanie utrzeć nosa Dennisowi Rodmanowi.

Najmłodszy

17 lutego 1973 r. – jest to data urodzenia czwartego do koszykarskiego brydża, a więc Drewa. Od kołyski nasiąkał koszykówką i był nieomal zmuszany do rywalizacji z braćmi. Czasami szły takie iskry, że w jego pamięci utkwiły na dobre:

Graliśmy albo jeden na jeden, albo ja razem ze Scooterem na Jona i Brenta. Każdy z nas chciał udowodnić, że jest najlepszy, nie tylko w kosza.

To prawda, bracia współzawodniczyli w Monopoly, warcaby, walczyli o to, kto pierwszy weźmie rano prysznic, o zajęcie jak najlepszego miejsca przy stole, a nawet o przednie siedzenie w samochodzie, gdy jechali do sklepu. Drew jako najmłodszy miał najtrudniejsze zadanie, ale to nauczyło go charakteru i walki o swoje. Trzeba jednak przyznać, że niespecjalnie mu to wychodziło, przynajmniej jeśli chodzi o koszykówkę. Do NBA wprawdzie trafił, Sonics wybrali do w drafcie 1996, ale tam i w innych klubach, a więc w Atlanta Hawks i Golden State Warriors grywał ogony.

Już w 2000 r. nadszedł czas rozstania. Drew próbował swoich sił w Europie, we Włoszech, a co może zaskoczyć polskich fanów, w sezonie 2002/03 występował w Treflu Sopot. Jego gra nie zwalała z nóg, mimo obiecującego nazwiska – w ekipie z Pomorza zagrał 41 spotkań i notował średnio 7,5 punktu, 4,7 asysty i 2.1 zbiórki na mecz. Polska była ostatnim przystankiem w karierze Drewa, potem już nie włożył kostiumu żadnego z klubów. Obecnie żyje raczej w cieniu, nie jest tak rozpoznawalny, jak pozostali bracia, skupia się na sobie i własnym rozwoju.

Opisywana czwórka ma jeszcze przyrodniego brata – jest to Canyon, będący w porównaniu z nimi jeszcze dzieckiem. Urodził się 7 stycznia 1994 r. i jest owocem związku ojca ze swoją trzecią żoną – Lynn. Między nim a Drewem jest 21 lat różnicy. Ktoś zainteresowany tym, co porabia Canyon, uzyska łatwą odpowiedź – gra w kosza. Wprawdzie nie występuje w żadnym z zespołów NBA, jego klubem jest Iowa Wolves, ale kontynuuje rodzinne tradycje, jak przystało na syna gwiazdy basketu, czyli Ricka. Rodzina tworzy typową koszykarską piątkę i jest ewenementem na skalę światową – nikt z ojców, z wyjątkiem Ricka, nie może mówić, że ma gotową drużynę do gry w koszykówkę. Naturalnie, bywały takie sytuacje, że w NBA występowały braterskie duety, tak jak m.in. bracia Grantowie, podobnie przecież było z Jonem i Brentem, ale nie ma na świecie takiej rodziny, w której wszyscy, jak jeden mąż, poświęcili życie koszykówce – klan Barrych jest jedyny w swoim rodzaju.

Autor: Marek Niewiadomy








1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj