Lata osiemdziesiąte ubiegłego stulecia były okresem, w którym National Basketball Association zaczęła przejmować wiodące role pod względem oglądalności, popularności i zainteresowania. Wcześniej różnie z tym bywało natomiast w trakcie przedostatniej dekady dwudziestego wieku, koszykówka wreszcie znalazła się na takiej pozycji wśród amerykańskich sportów zespołowych na jaką zasługiwała. Złożyły się na to między innymi ciekawe osobowości zawodnicze jak i magia drużyn z tamtych czasów. Wszyscy ekscytowali się wschodzącą gwiazdą Michaela Jordana i jego Chicago Bulls, geniuszem ofensywnym Los Angeles Lakers czy potęgą Boston Celtics. Miały one swoich sprzymierzeńców i oponentów na terenie kontynentu amerykańskiego i świata, jak pozostałe mniej znane ekipy. W całej lidze istniał jeden wyjątek i czarna owca – byli nim Detroit Pistons, bardziej kojarzeni jako Bad Boys. Kiedy święcili swoje największe triumfy byli ubóstwiani w Motor City oraz w całym Michigan i znienawidzeni przez całą resztę ligowego towarzystwa. Z pewnością były powody żeby tak sądzić, o co pieczołowicie i starannie dbali gracze występujący w tym zespole i jednocześnie będący dumni z tego że są sami przeciwko wszystkim.

Jest to druga część historii. Pierwszą znajdziecie tutaj:

Trzecie podejście

Przez wakacje trochę się pozmieniało. Po pierwsze – Pistons przeprowadzili się do nowego domu, jakim stała się hala The Palace of Auburn Hills. Po drugie – światło dzienne ujrzał konflikt między Thomasem a Adrianem Dantley’em. Obok Thomasa, Dantley był najlepszym strzelcem zespołu, lecz na końcówki czwartej kwarty schodził z boiska, a zastępował go Rodman.

To nie było w smak Adrianowi, czuł się niedoceniany i lekceważony. Wszystko wykipiało po jednym z wyjazdowych spotkań z Celtics – w trakcie powrotu do domu Dantley i Daly spotkali się w cztery oczy i przez pół godziny ryczeli na siebie do tego stopnia, że samolot wpadł w turbulencje. Po tym wszystkim było jasne, że Dantley odejdzie, a poszkodowany i niesprawiedliwie traktowany według własnego mniemania Adrian uważał, że sprawcą jego relegacji z Detroit był Thomas:

On mnie nie lubił, ja go nie lubiłem. I dlatego poszedł do naszego GM’a Jacka McCloskeya, żeby  ten mnie wytransferował.

McCloskey zaklinał się na prochy ojców że absolutnie, nigdy w życiu – niemniej Dantley nie wystąpił już w koszulce Tłoków. Nie ma co się oszukiwać, wszyscy jednogłośnie powtarzali, że jest to drużyna Thomasa, nie Dantleya. Adrianowi nie do końca to pasowało, chciał znaczyć coraz więcej, a kiedy widział, co dzieje się wokół niego, cała negatywność kumulowała się w nim aż znalazła ujście podczas lotu z Bostonu. Wymiana stała się faktem – Dantley trafił do Dallas Mavericks, a z Teksasu pozyskano ambitnego Marka Aguirre, mającego problemy interpersonalne w poprzednim miejscu pracy:

Możesz zapytać ludzi z Dallas dlaczego oceniali mnie tak a nie inaczej. Natomiast sam oceniaj mnie na podstawie tego co teraz widzisz i będziesz widział.

Jak się dowiedziano, Aguirre czynił wszelkie starania, żeby opuścić Dallas. W Detroit wątpiono, czy to dobry pomysł – zastępować skłóconego zawodnika innym skłóconym zawodnikiem. Znowu przeważyła moc Thomasa, bowiem Aguirre był jego najbliższym przyjacielem, lecz zespół przyjął go bez entuzjazmu, traktując to jako czysty biznes. Mimo rozmaitych zawirowań Pistons stali się numerem jeden w lidze, zarówno pod względem największej liczby zwycięstw wynoszącej 63 wygrane, jak i opiewającym na 34,500 dolarów rachunkiem za nałożone grzywny.

Bez wątpienia, Bad Boys byli na topie bezlitośnie rozprawiając się z oponentami, ale zabawa miała się rozpocząć na dobre w playoffach. O pierwszej rundzie i półfinale nie ma sensu mówić – Boston i Milwaukee Bucks nie mogli wygrać nawet jednego spotkania, Pistons do rywalizacji z Chicago Bulls przystępowali z pozycji zdecydowanego faworyta. Lecz – o dziwo – po trzech meczach prowadziły Byki, wygrywając 94:88 i 99:97, a zwycięstwo w meczu numer 3 zapewnił nie kto inny jak Michael Jordan.

Doug Collins, trener Byków, w pomeczowym wywiadzie wyjawił tajemnicę sukcesu swojej ekipy w tym zażartym pojedynku:

Kiedy wziąłem czas powiedziałem zespołowi, że mają podać piłkę Michaelowi i spieprzać mu z drogi.

Dennis Rodman, odpowiedzialny za krycie Jordana w ostatnim posiadaniu Byków, patrzył z niemocą jak Jego Powietrzność wzbija się w powietrze i efektownym bankshotem trafia do kosza zdobywając 45. i 46. punkt:

Bo jego zatrzymać nie można. Jak będzie chciał to i tak celnie rzuci.

Jest jednak następujące przysłowie, które brzmi – „nec Hercules semi contra plures”. Bez cienia wątpliwości –  indywidualnie Jordan przerastał o klasę każdego zawodnika Pistons, ale koszykówka to gra zespołowa, gdzie końcowy rezultat jest wypadkową wysiłku i talentu całej drużyny. Daly i spółka przypomnieli sobie o Jordan Rules – w następnych meczach rzucali się na Jordana jak sfora wygłodniałych rekinów.

MJ nie miał życia, był brutalnie faulowany i o tak rewelacyjnym występie, jaki zanotował w meczu numer trzy mógł tylko pomarzyć. Robił co mógł, 23, 18 i 32 punkty to dobra linijka, natomiast niekoniecznie mógł liczyć na partnerów. Tłoki zaś odpaliły na wszystkich cylindrach i zwycięstwami 86:80, 94:85 i 103:94 zaklepały sobie miejsce w Finale NBA.

Tutaj nastąpiła powtórka z rozrywki, czyli Pistons mieli zmierzyć się ponownie z Los Angeles Lakers. Godziny spędzone nad nagraniami meczów Lakers i ich analizami, lata rozczarowań, niepowodzeń – teraz wygrana musiała być po stronie Bad Boys. Te przewidywania sprawdziły się co do joty, ponieważ Pistons zadali Lakersom cztery nokautujące uderzenia i zwyciężyli do zera serię o mistrzostwo. Sweep nad Jeziorowcami – w Mieście Aniołów – nie mogli w to uwierzyć, natomiast do graczy ze stanu Michigan nie do końca docierało, że powiedzenie do trzech razy sztuka stało się prawdziwe. Przykładowo, Rick Mahorn uważał że śni na jawie:

Czy jesteśmy mistrzami ligi? Czy jesteśmy mistrzami świata? Kurczę, jesteśmy nimi! To prawda!

Dumars starając się do końca zachować powagę ze ściśniętym gardłem oznajmił, że jest to jego najlepszy dzień w życiu, swoje trzy grosze wtrącili Laimbeer i Salley, zaś pozostali razem z trenerami, oddali się szampańskiej zabawie w Hollywood i po powrocie do Motor City. Bad Boys na szczycie – szesnaście zwycięstw i tylko dwie porażki w playoffach przypieczętowały sukces Detroit Pistons.

Dwunastu gniewnych ludzi

Wszyscy zawodnicy występujący w barwach Tłoków mieli swój mniejszy lub większy wkład w zdobycie pierwszego w historii klubu tytułu mistrzowskiego. Oto lista tych, którzy po rozegraniu dokładnie stu spotkań w sezonie 1988/1989 zostali najlepszymi na całej kuli ziemskiej:

#23 Mark Aguirre – posiadacz jordanowskiego numeru wpasował się w drużynę i znalazł się na strzeleckim podium Pistons. Na początku nie obdarzano go zaufaniem ale pokazując swoją sportową klasę wskoczył do pierwszej piątki;

#45 Adrian Dantley – no cóż, na nieporozumieniach z Thomasem Adrian wyszedł jak Zabłocki na mydle. Ominęła go mistrzowska feta, złe wrażenie pozostało lecz należy powiedzieć, że zupełnie słusznie należał mu się mistrzowski pierścień;

#34 Fennis Dembo – osadzony w głębokiej rezerwie, wchodzący na końcówki. Niemniej, zaliczył kilkanaście występów i nawet taka liczba się przydała – dał tę swoją cegiełkę;

#4 Joe Dumars – najbardziej spokojny, opanowany i zrównoważony gracz Bad Boys. Właściwie to najmniej pasował do nich charakterem – niemal wszyscy zawodnicy z Motor City byli traktowani przez cała ligę jak wrzody, zaś o Dumarsie mówiono z szacunkiem i doceniano jego postawę zarówno jako koszykarza jak i człowieka. Nawet Jordan, którego na myśl o Pistons skręca nie szczędził Dumarsowi komplementów i ciepłych słów;

#53 James Edwards – tyczkowaty center z sumiastymi wąsiskami. Miał pseudonim Buddah – wzięło się to z jego zamiłowania do studiowania życiorysu i nauk Buddy. Stateczność i stoicyzm były jego znakami firmowymi;

#15 Vinnie Johnson – urodzony na Brooklynie zawodnik z charakterystycznym akcentem. Kiedy Johnson się wypowiadał na jakikolwiek temat słuchacz od razu wiedział skąd pochodzi. Bardzo przydatny w obronie jak również w penetracji strefy podkoszowej, umiejący zachować zimną krew w newralgicznych momentach, kiedy wynikowa szala miała się ostatecznie przechylić na czyjąś korzyść;

#40 Bill Laimbeer – Wielki Zły Bill, Morderca z Siekierą, Jego Ohydność. To są tylko niektóre określenia z dossier Laimbeera. Piekielny arcyksiążę, traktujący rywali jak śmieci oraz podludzi. Nawet jego koledzy z zespołu nieraz wspominali, że Laimbeer po przeczołganiu któregoś zawodnika z drużyny przeciwnej mówił mu wprost że już zawsze będzie mu to robił. Charles Barkley nazywał go „białym facetem, nie będącym w stanie przeskoczyć kawałka papieru ” a Vern Fleming stwierdził że jeżeli nie zostanie ukarany zdzieli Złego Billa w pysk. Jego ofiarami padali także żurnaliści i kibice – podczas meczu w Portland Książę Ciemności stratował fotografa z tego miasta tłumacząc że „musiał ucierpieć, bo stał mi na drodze”. Mimo wszystko odznaczał się dużą dozą samokrytycyzmu i trzeźwej oceny swojej osoby, co było i jest rzadkością wśród sportowców – walił prosto z mostu, że nigdy nie będzie skromny ani przyjemny;

#44 Rick Mahorn – kolejny wzbudzający strach wysłannik piekieł. Miał swoje animozje z wieloma zawodnikami i drużynami, gra przeciw niemu była szalenie niebezpieczna, o czym boleśnie się przekonał Kevin McHale. Mahorn w trakcie jednego z meczów celowo nadepnął mu na stopę ze złamaną kością;

#10 Dennis Rodman – na jego temat mogłyby powstać dysertacje doktorskie. Rodman przebył długą i ciernistą drogę – od sprzątacza na lotnisku w Dallas i nieudolnego złodzieja, który na odbywające się co rok targi i pokazy lotnicze musiał wchodzić przez kanalizację bo nie miał na bilet do mistrza ligi i jej najlepszego defensora oraz zbierającego. Jego image w czasach gry w Detroit nie był aż tak krzykliwy jak ma to miejsce teraz lecz zdołał już wtedy wielu rywalom zajść za skórę. Niezrównany w zbiórkach i w obronie, słuchał się tylko trenera Daly, którego traktował jak ojca – tylko on mógł wpłynąć na Dennisa;

#22 John Salley – nazywany Pająkiem z powodu swoich olbrzymich dłoni i chwytnych palców. Znakomity rim – protector, niweczący ataki rywali potężnymi blokami oraz zbierający pokaźną ilość piłek z tablicy. Ponadto, zdołał ujawnić światu swój talent aktorski, występując w filmie o tytule nomen omen – Bad Boys;

#11 Isiah Thomas – Dr Jekyll i Mr Hyde w jednej osobie. Niekoronowany król Bad Boys, o zjednującej sobie ludzi powierzchowności aczkolwiek na boisku przeistaczał się w kanalię. Po trupach do celu – to jego parkietowe motto. Był prowodyrem licznych utarczek słownych, przeradzających się w bójki. Gracz nieustępliwy, zawzięty, będący utrapieniem dla kryjących go i przez niego krytych. Zapiekły wróg Michaela Jordana – istnieje uzasadniona teza, że gdyby Jordan i Thomas ostali się na Ziemi jako jedyni z rodzaju ludzkiego niemal natychmiast jeden wykończyłby drugiego. Powód był prosty – egoistyczne, nacechowane wyższością zachowanie Thomasa wobec Jordana w trakcie All Star Game w 1985 roku. Jego Powietrzność nie mógł puścić płazem takiej zniewagi, wojna trwa po dziś dzień i końca nie widać. Poza tym, na pewno w poprawie stosunków nie pomagały wykańczające wszystkich bitwy między Pistons i Bulls;

#24 Micheal Williams – blotka w talii szkoleniowca Pistons. Nie grywał zbyt często i zbyt długo ale tak czy siak może nazywać się mistrzem NBA;

Osobne miejsce zajmuje Chuck Daly – kapitan pirackiego statku o nazwie Bad Boys. Zawsze stojący murem za swoimi zawodnikami, potrafiący do nich dotrzeć i wycisnąć z nich wszystko co najlepsze. Twórca i innowator, porywający mówca oraz zastępczy rodzic dla niektórych graczy. To z Pistons sięgnął po najwyższy laur w swojej dotychczasowej karierze, z wyjątkiem złotego medalu  olimpijskiego.

Ryk Bestii

Urlopy koszykarskie upłynęły pod znakiem zmian. Przed kampanią 1988/89 do ligi dołączyły nowe kluby: Miami Heat i Charlotte Hornets. Rok później w NBA znalazły się taki marki jak: Minnesota Timberwolves i Orlando Magic W związku z tym każda z występujących już drużyn musiała przeznaczyć kogoś do odejścia. Padło na Ricka Mahorna – miał on bronić barw Wilków z Minnesoty. Mahorn był załamany takim obrotem sprawy, traktując to jako degradację:

Zszedłem z samej góry na sam dół. Mówienie o tym jest naprawdę bolesne, bo bardzo chciałem być jednym z graczy chronionych

Jego kolegom z drużyny też nie było to na rękę ale taka była jest i będzie rzeczywistość NBA – dziś jesteś, jutro cię nie ma. W Detroit nikt się nie rozczulał i nie bawił w sentymenty zbyt długo, trzeba było bronić tego co się wywalczyło. Faza zasadnicza była w wykonaniu Pistons niewiele słabsza w porównaniu do poprzedniej, zanotowali spadek o cztery zwycięstwa, choć bilans 59-23 absolutnie nie był powodem do wstydu. Playoffy były do pewnego momentu spacerkiem – Indiana Pacers i New York Knicks nie mieli absolutnie nic do powiedzenia. Tylko Knicksom udało się urwać jedną wygraną ale to było wszystko co mogli zrobić wobec coraz bardziej rozwścieczonej bestii z Michigan. W finale Konferencji Wschodniej pretendentami do objęcia ligowego tronu byli raz jeszcze Chicago Bulls, z gotowym i zdeterminowanym Jordanem:

Bardzo długo pracowałem na siłowni żeby budować masę mięśniową. Było tego trochę zbyt mało ale teraz czuję że jestem mocny.

Zespoły trwały w klinczu – co któryś odjechał na dwie wygrane po rozegraniu spotkań domowych  to później wszystko wracało do punktu wyjścia i był remis. The Jordan Rules przestały działać – Jordan dokonywał cudów, kolekcjonując 47 punktów w meczu numer trzy ale nie był w tym osamotniony. Coraz mocniej swą obecność zaznaczał Scottie Pippen i Tłoki miały o wiele trudniejszą misję w porównaniu z ubiegłymi latami. Do wyłonienia mistrza Wschodu było konieczne rozegranie siódmego meczu w gnieździe węży czyli The Palace of Auburn Hills. Przywilej gospodarza znalazł zastosowanie i tym razem – pod Pippenem ugięły się nogi i z powodu migreny nie przypominał samego siebie. Pistons wiedzieli co z tym zrobić i wygrali 94:73.

Według Złego Billa zły stan zdrowia Scottiego nie miał żadnego znaczenia dla końcowego rozstrzygnięcia:

I tak byśmy wygrali, co z tego że Pippena bolał łeb. Byliśmy u siebie, ze swoimi fanami.

Przeciwnikami Bad Boys w finale NBA byli Portland Trail Blazers. Bandyci Daly’ego tylko wzruszyli ramionami – przewaga psychologiczna była ich atutem. Zresztą, jeśli zawodnicy w trakcie rozgrzewki na widok rywala uciekają jak spłoszone zające, to nie może być mowy o wygranej. Jeden Laimbeer wystarczył, żeby odebrać wcale nie miękkim Blazersom ochotę do gry:

Chyba mnie lekceważyli. Chciałem walnąć Portera w zad ale ten zwiał. Zwróciłem się więc w stronę Wayne’a Coopera ale ten także uskoczył w bok.

To był wspomniany kilka akapitów wcześniej incydent z fotografem, ale Morderca z Siekierą wskazał zawodnikom z Rip City miejsce w szeregu. Portland zdołali wygrać jedno spotkanie, nie mogąc zapobiec sile hydry z Detroit. Kiedy odcinali jedną głowę z miejsca odrastały trzy nowe przez co należy rozumieć momentalne doskakiwanie do będącego przy piłce zawodnika oraz wystrzały formy, czy to u Dumarsa czy u innego zawodnika. Clyde Drexler, Jerome Kersey oraz Buck Williams byli skutecznie wyłączani z gry ale w spotkaniu numer pięć zerwali się w konwulsjach i mogli je nawet wygrać. Szczęście było ponownie po stronie Bad Boys, Vinnie Johnson dobił Świetliste Smugi celną próbą z półdystansu na 0,07 sekundy przed końcową syreną. Tym samym definitywnie zniweczył nadzieje Blazers na złapanie kontaktu i przypieczętował drugie mistrzostwo z rzędu dla swojej ekipy.

Zło vs dobro – akt czwarty

To funkcjonowanie na najwyższych obrotach przez ostatnie pięć lat musiało się w końcu odbić czkawką Złym Chłopcom. Następowało powolne i systematyczne zmęczenie materiału oraz spadek motywacji, wszak trudniej się schodzi ze szczytu niż na niego wchodzi. W sezonie 1990/1991 roster Pistons nie uległ większym przeobrażeniom, ale zawodnicy czuli się coraz bardziej zużyci i zmęczeni. Nienawiść to destrukcyjna emocja w szerokim spektrum, o czym Pistons wielokrotnie się przekonali i mieli przekonać. Wprawdzie starczyło im jeszcze paliwa na całkiem niezły bilans 50-32, pokonanie Hawks i Celtics w playoffs, ale prawdziwy egzamin mieli zdać natykając się ponownie na Chicago Bulls. Nie mieli nikogo po swojej stronie prócz Michigan, o czym świadczą słowa Jordana:

Wszyscy w Stanach chcą naszego zwycięstwa. Ludzie nie lubią Detroit ponieważ oni wulgaryzują koszykówkę i depczą jej piękno.

Zęby Bestii z Detroit tępiły się i wypadały, a ona sama we własnej osobie chyliła się ku upadkowi. Byki wygrały trzy mecze i były o krok od pogrążenia Bad Boys w chaosie lecz właśnie wtedy, przed meczem numer cztery i w jego trakcie nastąpiło pandemonium. Rozpoczął je Aguirre:

Już nie żyjesz Pippen, już nie żyjesz! Po meczu cię dopadnę! Nie odwracaj się łajzo bo cię zamorduję! Ty zafajdańcu, marnie zginiesz!

To nie był koniec cierpień Pippena – podczas akcji ofensywnej Byków demon wylazł z Rodmana. Wyrzucił Scottiego na trybuny, który i tak miał szczęście gdyż okupił to tylko sześcioma szwami na podbródku.

Rodman darł się jak opętany, nie zważając na nikogo i na nic, potok żółci i jadu płynął z jego nienawistnie wykrzywionych ust:

Jeszcze raz tak zrobię! Nie chcemy tu takich ciot a on jest ciotą! Znowu go dorwę i będzie leżał! Dostanie mocniej i sprawdzimy czy mnie ktoś powstrzyma! Nie pozwolimy żeby jakiś kutafon nas denerwował!

Credo postępowania Bad Boys wyjawili całemu światu Bob Costas i Pat Riley genialnym i trafiającym w punkt dialogiem:

– Wystarczy popatrzeć na naszą Tablicę Tanich Chwytów, Pistons prowadzą osiem do jednego. Rodman ma ich pięć a Laimbeer dwa. Co o tym myślisz Pat?

-To jest tak jakby chcieli powiedzieć: Przecież sędziowie mogą odgwizdać tylko jeden faul a pozostałe cztery ujdą nam na sucho.

Nieczyste zagrywki na nic się zdały, Byki wygrały w samym centrum piekła 115:94. Diabelskie imperium wreszcie padło, ale jego mieszkańcy nie zamierzali się z tym pogodzić. Na sekundy przed zakończeniem spotkania demonstracyjnie opuścili parkiet traktując rywali jak powietrze i lekceważąc obyczaj wymiany uścisków dłoni ze zwycięzcami. Bulls stali zszokowani, choć prawdę powiedziawszy mogli się tego spodziewać – o przyjaźni Chicago i Detroit nie mogło być mowy. Bad Boys i ich okrutne panowanie dobiegło końca, odpłacono im pięknym za nadobne – umarł król, niech żyje król.

Rozpad

Po latach wyjawiono, że inicjatorem tego hańbiącego postępku był nie kto inny jak Isiah. Tak uważał jego zausznik Laimbeer, który przyznał że kolega słusznie postąpił, zaś sam Thomas powiedział, że nie żałuje żadnej decyzji z całej swojej kariery. Drogo go to kosztowało, podobnie jak inne uskutecznione przez niego intrygi – został pominięty przy wyborze do Dream Team i nawet mianowany trenerem olimpijskiego składu Daly miał związane ręce. Nie mógł optować za swoim byłym podopiecznym, gdyż na tamten czas lobby Jordana było bardzo silne i mimo swojej pozycji nie mógł doprowadzić do rewolucji i przewrotu.

Kariery Złych Chłopców potoczyły się różnorako – Rodman odrodził się i przemienił przez myśli samobójcze siedząc w swoim samochodzie na parkingu przed The Palace of Auburn Hills, Dumars jeszcze przez kilka sezonów pozostał wierny reprezentowanym przez siebie barwom, Laimbeer stosunkowo szybko dał sobie spokój z basketem, Thomas w wieku 32 lat zakończył karierę a trener Daly po igrzyskach znalazł nową posadę w New Jersey Nets.

Wprawdzie na koncie instytucji Detroit Pistons pojawiło się kilka istotnych triumfów, takich jak mistrzostwo w sezonie 2003/2004 niemniej jednak w Motor City o Bad Boys myśli się z niekłamanym sentymentem. Jakby nie było, to ten skład jako pierwszy zdobył tytuł mistrzowski dla Detroit, a pierworodnych kocha się najbardziej. Coby nie mówić, ten zespół odcisnął swoje piętno na historii sportu jak i całej NBA i  analogicznie jak w przypadku słynnego Dream Teamu można zaryzykować stwierdzenie – nigdy więcej nie będzie takiej drużyny, mimo łajdactw których się dopuściła, dzikich obyczajów i łamania ustalonych reguł. Bad Boys – są jedyni w swoim rodzaju.

Autor: Marek Niewiadomy




8 KOMENTARZE

  1. Swietny tekst, naprawdę z przyjemnością się go czyta. Zabrakło jednak bardzo ważnej informacji. W finale wschodu 1991r.Pistons opuścili demonstracyjnie parkiet traktując rywali z Chicago jak powietrze i lekceważąc obyczaj wymiany uścisków dłoni ze zwycięzcami, ale… Jednym z powodów takiego zachowania były publiczne słowa Jordana o tym, że Pistons nie zasłużyli na żaden ze wcześniejszych tytułów mistrzów NBA.

    • Dokładnie, to były prowokacje z obu stron a Jordan to nie był żaden świętoszek. Historię tamtych czasów znam dokładnie ale bardzo miło się to czyta i do tego wraca. Pistons mieli swoje metody ale trzeba zwrócić uwagę, że była to naprawdę świetna ekipa, samą „złością” nie wygrywa się mistrzostw. Laimbeer to też był solidny zawodnik, walczący, rzucający za trzy a nie tylko zabijaka. Pistons toczyli boje z Celtics i Lakers, zrzucając te świetne zespoły z tronu a z Bulls to była prawdziwa wojna. Te mecze się oglądało z zapartym tchem. To była naprawdę konfrontacja miast, zespołów czy Thomasa z Jordanem (Isiah ma więcej wygranych spotkań w bezpośrednich meczach przeciwko Jordanowi, czego Mike do tej pory nie może ścierpieć). Teraz w lidze to większość się do siebie uśmiecha, poklepuje itd, nie ma tej atmosfery rywalizacji jaka była wtedy.

    • Dla kogoś jest to argumentem? Rywalizacja Pistons z każdym zespołem obfitowała w słowną walkę. Bad Boys dwukrotnie sięgneli po tytuł, nie można z tym dyskutować. Sięgali wówczas do najgłębszego chamstwa i w tym samym chamstwie utonęli. O ile wszystko inne było sposobem na rywalizację, o tyle tamta ucieczka do szatni całkowicie ich pognębia. A Thomas? Wierzcie mi, szalenie żałuje tamtego zachowania. Ono już nie świadczyło o bezczelności, tylko o frustracji pobitego słabeusza. Ich styl zemścił się na nich i nie potrafili z klasą znieść bólu upadającego mistrza.

  2. Najpierw dołączyły Miami i Charlotte a dopiero rok później Minnesota i Orlando. Poprawcie by młodzież znała prawdę:)

  3. Przesadzacie. Pistons byli bardzo siłowo grająca drużyna, a każdy zespół miał na koncie bójki. Trash Talking był norma. Patrząc na serie z Bykami, obydwie drużyny były siebie warte. Bulls mimo wszystko przegrywali czysto sportowo. Wygrana w game4-6 w 1989 czy game7 w 1990 to efekt metodycznego stłamszenia drużyny Bulls, a nie bijatyk czy nie sportowych fauli. W Pistons nie było po prostu koszykarskich artystów (i niech nikt nie piep*y o artyście Thomasie, był mega solidnym rozgrywającym z przebłyskami geniuszu, jak w 2004 Bullups, w sam raz skrojonym na taką akurat drużynę). Deficyty talentu nadrabiali hektolitrami potu. Ot, cała tajemnica. W USA wielbi się silne jednostki, nie drużyny. To z kolei tajemnicy mniejszej popularności Pistons w stosunku do osiągnięć.

  4. Zarówno porównanie wielkości Isiah Thomasa do Billupsa jest kompletnie nietrafione, jak i przede wszystkim jednostronny opis tego wybitnego gracza w artykule w dużej mierze mija się z prawdą o tym zawodniku – albo redaktor Niewiadomski słabo się przygotował, albo artykuł jest po prostu tendencyjny.
    Teraz kolejno fakty z kariery zawodniczej Thomasa:
    1. Mistrzostwo NCAA z Indianą słynnego trenera Bobby Knighta (1981)
    – kapitan Hoosiers
    – wybrany Most Outstanding Player turnieju Final Four
    2. Draft NBA 1981 – 2 pick, Detroit Pistons
    3. 13 sezonów w NBA – tylko 13, bo 2 istotne kontuzje (zerwany achilles 1994, złamany nadgarstek rzucającej ręki 1991) kończące przedwcześnie karierę w wieku 32 lat, o czym w artykule nie ma mowy:
    – 2 Mistrzostwa NBA (byłyby 3, gdyby nie kontuzja kostki w 1988 G6 Finałów vs LA Lakers – o tym poniżej)
    – NBA Finals MVP (1990)
    – 12 x NBA All Star Game – średnio 29 minut/mecz (to pokazuje jaka była jego rola w tych meczach, w tamtych czasach granych na poważnie – dla porównania: MJ = średnio 29 min, Magic 31 min, Bird 29 min, Oscar 32 min, West 28 min, Kobe 27 min itd.)
    – 2 x MVP NBA All Star Game (1984, 1986)
    – 3 x All-NBA First Team
    – 2 x All-NBA Second Team
    4. TOP 50 Hall of Fame – wybrany do grona 50 najlepszych graczy w historii NBA na 50-lecie ligi
    5. ‘Ankle game’ – grając na 1 nodze w Game 6 Finałów 1988 przeciwko LA Lakers (Magic, Kareem, Worthy itd.) rzuca rekordowe 25 punktów w 3 kwarcie Finałów (nikt nigdy nie rzucił więcej w 1 kwarcie Finałów). W całym meczu ma 43 punkty i 8 asyst.
    Do tego momentu Pistons prowadzili 3:2 w Finałach – kontuzja Isiah wyklucza go z G7 w Detroit i pozbawia Bad Boys pierwszego tytułu.
    Gdyby MJ, Kobe, czy LBJ zagrali tak fantastyczny mecz jak Thomas w G6 Finałów, to cały świat koszykarski znałby ‘ankle game’ na równi z ‘flu game’…
    6. Dream Team ’92 – bezwzględnie okradziony (był wtedy, na przełomie lat 80/90 jednym z paru najważniejszych graczy pokolenia, obok MJ’a, Magica i Birda)

    Bez wątpienia najlepszy w historii klasyczny rozgrywający, podający i punktujący.
    Topowe cechy przywódcze, uwielbiał rywalizację, twardy, nieustępliwy, świetny w obronie i kontrataku.
    Clutch player, nie do powstrzymania w ważnych meczach i kluczowych momentach.
    Poświęcił swój geniusz i swoje statystyki dla sukcesu jednej drużyny – nielicznie mistrzowie tak potrafili.

    Polecam obejrzeć „Isiah Thomas – Basketball Documentary”
    https://www.youtube.com/watch?v=zcHuzAk7zJA

    Porównasz tu Billupsa?

    • Diego, w wolnym czasie chętnie obejrzę. Szanuje Twoje zdanie, ale uważam, że przeceniasz Thomasa. Przeceniasz tamte czasy. W latach 80 na Zachodzie generalnie rządzili Lakers. Od 1988 roku Zachód jednak przygasł, by zacząć rządzić tuż po Jordanie. I to wtedy nagle eksplodowali zarówno Spurs jak i Lakers. Pistons trafili na ligę, w której tak naprawdę mogli zagrozić im tylko Bulls (nie licząc tego pierwszego finału z 1988). Naprawdę, liga wyglądała zupełnie inaczej, a Thomas nie dominowal gry tak, jak się to powszechnie uważa. Pistons w 2004 byli pod kątem stylu gry kopia tamtych Pistons i wielka szkoda, że ich wielkość rozmyła się po ledwie 3 sezonach i jednym mistrzostwie. Też mieli świetnych graczy z przebłyskami, jak R. Wallace czy R. Hamilton, ale wygrywali wysiłkiem zespołowym, a nie wielkością pojedynczych graczy. Drużyny Pistons z przełomu lat 80/90 i tych z lat 2003-6 łączy naprawdę wiele, ale dzieli to, w jakiej lidze i z jaką konkurencja musieli walczyć. Może dlatego ci z tego drugiego okresu szybciej zgasli i mniej osiągnęli. Ale jedni i drudzy mieli porównywalne serce do gry i jednych i drugich ciężko było złamać. Ale co człowiek, to inna opinia, nie uważam się za alfę i omegę. Jeszcze raz dzięki za ciekawa opinie. Pozdr.

  5. Niestety ale nie mogę się zgodzić. Pistons mieli wielkie ekipy na rozkładzie jak Celtics czy Lakers, to Bulls po tym jak ograli starzejących się Tłoków mieli wolne pole, stąd wygrali tyle tytułów. Jest nawet takie powiedzenie „The Bad Boys danced with the stars the Bulls had the dancefloor to themselves”. Ekipa z 2003 roku szybciej zgasła? Sześć razy z rzędu grali w finale Konferencji Wschodniej, w jednym sezonie tak zdominowali ligę, że mieli czterech zawodników w All Star w pierwszej piątce, to się nigdy nie wydarzyło ani chyba nie wydarzy. Obie drużyny za mało razy wygrały ligę, Bad Boys powinni przynajmniej trzy razy (z Lakers jak napisane wyżej) a ekipa Browna przynajmniej dwa (ze Spurs, w serii w której na 7 meczów w 5 byli lepszą druzyną). Co do Thomasa – absolutny top star, jeden z najlepszych zawodników na tej pozycji historii koszykówki, nie ukrywam mój ulubiony zawodnik. Jego następca Billups (mój numer dwa) to świetny lider, również MVP finałów ale bez przesady do Thomasa to mu jednak daleko. Czekamy na Bad Boys 3, narybek już jest, może nareszcie coś się ruszy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here