Historia NBA: 56 punktów Earla Monroe zaszokowały Lakers i całą NBA. Wspominamy „Perłę”

0
1089

Dokładnie 53 lata temu, tj. 13 lutego 1968 roku debiutujący na parkietach NBA Earl Monroe zdobył 56 punktów w meczu przeciwko Los Angeles Lakers Jerry’ego Westa i Elgina Baylora. Z tej okazji wspominamy karierę zawodnika, który w pamięci kibiców zapisał się niekonwecjonalnymi, acz niezwykle efektownymi zagraniami.


Earl wrócił właśnie do domu po kolejnym dniu morderczych ćwiczeń. Od razu wziął do ręki niebieski zeszyt, który w wieku czternastu lat otrzymał od matki. Zapisywał w nim nazwiska zawodników, którzy w danym momencie byli od niego lepsi. Kiedy tylko zdołał pokonać jednego z nich, skreślał jego imię, po czym natychmiastowo skupiał się na kolejnym. Nastoletni Monroe trenował zazwyczaj od dziesiątej rano do dziesiątej wieczorem. Po powrocie do domu Rose Monroe masowała dokładnie jego mięśnie, by kolejnego dnia Earl mógł ponownie ruszyć na boisko. Choć momentami ból był nie do zniesienia, nastolatek wiedział, że musi stać się lepszy.

Monroe był częścią lokalnego zespołu „The Trotters”. Grał również w drużynie licealnej. Choć mierzył „jedynie” 190 centrymetrów, to występował na pozycji silnego skrzydłowego bądź środkowego. Wiedział, że żaden trener z renomowanego uniwersytetu nie postawi na tak niskiego centra. Godzinami doskonalił zatem swój kozioł i rzuty z dystansu.

Magic„, bo właśnie tak nazywali go koledzy, rozesłał taśmy do wielu szkół policealnych. Część z nich nie odpowiedziała ze względu na kolor jego skóry. Inni, jak np. szkoleniowiec Southern Illinois University, pisali wprost, że w niektórych elementach gry jest po prostu za słaby. To go jedynie nakręcało.

Earl desperacko chciał upodobnić się do najlepszych. Wiedział doskonale, że do jego liceum uczęszczał Ollie Chamberlain, młodszy brat Wilta, wówczas środkowego lokalnej Philadelphii Warriors. „Magikowi” zawsze podobały się długie skarpetki Wilta, dlatego zapytał Olliego, czy nie byłby w stanie podebrać mu jednej pary. „Spoko, Earl, ma ich sporo. Załatwię ci jedną„. Brat legendarnego centra dotrzymał słowa i od tamtej pory Monroe zakładał je, kiedy tylko pozwalała na to okazja.

Ostatecznie po roku pracy jako spedytor Earl trafił z Filadelfii do Winston-Salem State University w Północnej Karolinie. To właśnie tam dał poznać się szerszej publiczności jako „Black Jesus” i „Earl The Pearl”, choć na pierwszym roku był przez trenera Gainesa mocno ograniczany. Kibice uwielbiali jego efektowne popisy. O jego ówczesnej renomie świadczyć może historia, która umocniła go również w przekonaniu, że życie czarnoskórego mężczyzny w takich czasach nie jest usłane różami. Kiedy Monroe zakończył drugi sezon na studiach porażką 66-69 z Oglethorpe College w turnieju NCAA Division II Championship i wraz z zespołem wracali do domu, drogę zablokowała im grupa mężczyzn w samochodach. Jeden z nich krzyczał „To oni pobili mojego kuzyna!„. Sytuacja zrobiła się napięta, a każdy przekrzykiwał i groził każdemu. W końcu na miejscu pojawił się wspomniany kuzyn, który wypowiedział wówczas te słowa: „Człowieku, to nie są ludzie, którzy mnie pobili. Czy wy wiecie, kto to jest? To Earl Monroe, koszykarz. To Czarny Jezus!”.

Kiedy rok później zespół Earla zwyciężył we wspomnianym turnieju, część gazet wybrała go do najlepszej piątki rozgrywek u boku Lewa Alcindora, Elvina Hayesa, Walta Fraziera czy Phila Jacksona. Co by tu nie mówić, kapitalne towarzystwo.

Earl nie zawsze dawał się poznać jako bystrzak. W 1967 roku po powrocie do Filadelfii zastał w domu przedstawicieli Baltimore Bullets. Ci zapewniali, że wiedzą, kogo w drafcie wybiorą Detroit Pistons (ostatecznie wzięli z jedynką Jimmy’ego Walkera), wobec czego chcieli natychmiastowo podpisać z Monroem kontrakt. Zabrali go do Nowego Jorku, umiejscowili w hotelu i podstawili pod nos kontrakt, który 22-latek z radością podpisał. Był wówczas przekonany, że szkoleniowiec Gaines lub ktoś z jego rodziny wcześniej wynegocjował odpowiednią sumkę. Okazało się jednak, że ta dwuletnia umowa gwarantował mu jedynie 20 tysięcy dolarów rocznie. Nawet na tamte czasy był to po prostu fatalny deal. Po upływie dwóch kolejnych sezonów, kiedy o „Perle” słyszała już niemal cała koszykarska Ameryka, Larry Fleischer wynegocjował mu wart 140 tysięcy rocznie kontrakt.

Earl był w Baltimore ikoną. Kibice uwielbiali jego popisy i nietuzinkowe zagrania. Jego drybling bez wątpienia przetarł szlak dla wielu przyszłych ruchów. Podczas swojego pierwszego sezonu w lidze „The Pearl” miał okazje zmierzyć się z wieloma legendami. Przekonał się on między innymi o potędze Billa Russella, który zablokował jego pierwsze dwa rzuty. Monroe zdołał trafić kolejny, po czym wykrzyczał „Nie zgarniesz ich wszystkich, wielkoludzie!„. W kolejnych miesiącach Earl notował m.in. serię siedmiu spotkań z rzędu z dorobkiem co najmniej 30 „oczek”. Po jednym z gładkich zwycięstw przeciwko San Diego Rockets do Baltimore przylecieli Los Angeles Lakers. Debiutujący Monroe zaskoczył wówczas wszystkich, zdobywając 56 punktów (20/33 z gry, 7 zbiórek, 3 asysty). To nie wystarczyło jednak do kolejnej wygranej. To właśnie w tamtym okresie rywalizacja BulletsKnicks zaczęła powoli rozkwitać. W drugim sezonie Monroe w NBA Baltimore przegrali z NYK w pierwszej rundzie 0-4, głównie przez brak kontuzjowanego Gusa Johnsona. W kolejnych rozgrywkach scenariusz był niemal identyczny, lecz Bullets zdołali doprowadzić do meczu numer siedem. Dopiero w 1971 zespół „Perły” pokonał Knicks 4-3 w finałach wschodu. Pojedynek ten kosztował ich jednak zbyt wiele sił. W wielkim finale gładko ulegli Milwaukee Bucks 0-4, umożliwiając tym samym Kareemowi-Abdulowi Jabbarowi (wówczas Lew Alcindor) zdobycie pierwszego tytułu mistrzowskiego.

Na początku sezonu 1971/72 Bullets odmówili negocjacji nowego kontraktu Earla jego agentowi. Ten poinformował ich wówczas, że w takim wypadku Monroe nie jest już zainteresowany grą w Baltimore. Następnie „The Pearl” opuścił kilka spotkań, a zarządowi przekazał klarowną listę miast, do których chciałby trafić – Philadelphia, Los Angeles, Chicago. Zainteresowanie wyraziła jednak grająca wówczas w lidze ABA Indiana Pacers. Rozgrywający nie był szczególnie zainteresowany takim ruchem. Uważał, że poziom NBA jest zdecydowanie wyższy, a w samym Indianapolis nie podobała mu się nawet hala. Jego decyzję przypieczętował jednak widok w szatni. Każdy czarnoskóry zawodnik trzymał w torbie broń. Było to na porządku dziennym. Zdziwiony Earl zapytał, dlaczego wszyscy ją przy sobie noszą. „Ku Klux Klan jest wszędzie dookoła, w samym Indianapolis też. Mamy pistolety, żeby siebie bronić”. Po tym grzecznie podziękował Pacers za propozycję.

Kilka dni później jego agent poinformował go o propozycji wymiany do Nowego Jorku. Earl był w szoku i wyraźnie się wahał. W ostatnich latach pomiędzy Bullets i Knicks wytworzyła się swoista rywalizacja, w tamtych czasach porównywalna nieśmiale do batalii Lakers z Celtics.

– Po kilku sekundach namysłu odpowiedziałem [agentowi] „Nie wydaję mi się, żebym mógł dla nich grać. Rywalizowaliśmy z nimi tak długo i twardo, w dodatku są naszymi śmiertelnymi wrogami”. Usłyszałem, że powiedziałem „naszymi śmiertelnymi wrogami”, nie „moimi”. Wciąż myślałem jak zawodnik Bullets. Kiedy to sobie uświadomiłem, otrząsnąłem się i obiektywnie wysłuchałem tego, co Larry ma do powiedzenia.

Mimo to Earl nie był do końca pewien. Opinia jego mamy była jasna – rób to, co uważasz za odpowiednie. Zawsze go wspierała, nie inaczej było i tym razem. Monroe zszokowała jednak wypowiedź Sonny’ego Hilla, w którego lidze letniej grywał regularnie.

Earl, te wszystkie indywidualne osiągnięcia, które mówiłeś mi, że chcesz osiągnąć – zdobycie 20 tysięcy punktów, te wszystkie zespoły All-NBA, udziały w Meczach Gwiazd – nie będą miały miejsca, jeśli pójdziesz do Knicks. W Baltimore jesteś „tym gościem”, wszystko kręci się tam wokół ciebie. W Knicks będzie inaczej. Grają inną koszykówkę, nie będą opierać się na tobie. Będziesz musiał przystosować się do ich systemu i nauczyć się ich konserwatywnego, tradycyjnego podejścia do gry. Pięciu graczy wymieniających podania, ruszających się bez piłki, ustawiających sobie nawzajem zasłony. To koszykówka w stylu „pick-and-roll”, nie taka, jaką grałeś w Bullets. Będziesz w stanie zrobić to wszystko i dalej był „Perłą”?

– Sonny, jestem koszykarzem. Jestem z Filadelfii i wierzę w naukowe podejście do gry – odpowiedział Earl. To wystarczyło, by Hill zaakceptował jego transfer do Knicks.

Monroe wiedział, że będzie musiał się dostosować. Nie był typem gościa, który po transferze zarządałby, żeby cały zespół został ustawiony pod niego. Od początku myślał o sobie w Knicks jako o rezerwowym. Jeśli już miał trafić do wyjściowej piątki, to tylko dzięki swojej grze, a nie przeszłości. Wszyscy w nowym zespole przywitali go ciepło. Każdy po kolei: Dave DeBusschere, Bill Bradley, Willis Reed, Clyde (pseudonim Walta Fraziera), Dick Barnett, Jerry Lucas, Phil Jackson czy Dean Meminger, podchodził, przytulał i zamieniał z nim parę słów. Przywitali go również kibice, którzy zgotowali mu przyjemny debiut w Madison Square Garden w barwach NYK (choć nie zabrakło również przeciwników „Perły” w Knicks). W swoim pierwszym meczu przeciwko Warriors wchodził do gry w drugiej kwarcie. Knicks przegrali, a Earl zdobył jedynie 9 punktów, ale to nie to było wtedy najważniejsze.

Reszta jest już historią. Earl przebił się do wyjściowej piątki New York Knicks, a w 1973 zdobył z nimi tytuł mistrzowski, pokonując w finale Los Angeles Lakers 4-1. Zdaniem wielu analityków nigdy nie był już jednak tą samą „Perłą”. Na jego obronę warto przytoczyć jednak słowa Billa Simmonsa z „Wielkiej Księgi Koszykówki” na temat możliwości Monroe’a.

– Dave DeBusschere powiedział kiedyś Williamowi Goldmanowi, że patrzył pilnowanym przez siebie graczom głęboko w oczy i nie reagował na jakiekolwiek zwody, nim nie spojrzeli w stronę kosza… ale Pearl był jedynym, który na kosz spoglądał dopiero w chwili wyrzucania piłki, co sprawiało, że nie dało się efektywnie bronić przeciwko niemu.

Wspominaliśmy już, że dokładnie dziś, tj. 13 lutego mijają 53 lata od tzw. career-high Earla, czyli najlepszego występu pod względem zdobyczy punktowej. W spotkaniu z Los Angeles Lakers debiutujący wówczas na parkietach NBA „The Pearl” zdobył aż 56 punktów, choć jego Bullets przegrali po dogrywce z „Jeziorowcami” 116:119. Wbrew pozorom to nie ten mecz Monroe wspomina jako najlepszy w swojej karierze. Ba, jego zdaniem takie spotkanie nie miało nawet miejsca na parkietach NBA. Zapytany o najbardziej fascynujące starcie w swojej karierze Earl bez wahania wskazuje na pojedynek 1 na 1 z Mattem Johnsonem na szkolnym boisku David Landerth Elementary School. Johnson był wówczas uważany za największy talent w Filadlelfii i murowanego kandydata do gry na profesjonalnym poziomie. Jego nazwisko było jednym z ostatnich w zeszycie Monroe’a. Założyli się o pięć dolarów, po czym w towarzystwie niemal setek kibiców rozpoczęli mecz. Matt zaczął od prowadzenia 6:0, Earl odpowiedział imponującą serią, doprowadzając do stanu 10:6. Ostatecznie wygrał 22:16 i choć nigdy nie otrzymał rzeczonych pięciu dolarów, to wystarczającą nagrodą była satysfakcja oraz to, że całą drogę do domu przebył noszony na rękach większości zgromadzonych. Właśnie ten dzień Monroe wspomina najlepiej.

Wiele osób może nie pamiętać, że w 1979 roku Earl Monroe był zaledwie o krok od gry u boku debiutującego na parkietach NBA Magika Johnsona. „The Pearl” był ogromnym fanem talentu nastolatka, odkąd jeden z kibiców wspomniał mu w samolocie o jego możliwościach. Szczególną uwagę Earla przykuł pseudonim „Magic” – ten sam, którym Monroe szczycił się na ulicznych boiskach w Filadelfii. Na początku rozgrywek 79/80 Los Angeles Lakers wysłali do Nowego Jorku swojego przedstawiciela, Walta Hazzarda. Ten zapytał się, co Earl sądzi o ewentualnej wymianie do „Jeziorowców”, gdzie odgrywałby rolę mentora młodego Earvina. Monroe bez wahania oznajmił, że jest zafascynowany takim pomysłem. Temat ucichł na kilka miesięcy, a kiedy Lakers pojawili się w Madison Square Garden przy okazji pojedynku z Knicks, Hazzard po raz kolejny zadał Earlowi to pytanie. Odpowiedź nie uległa zmianie, natomiast jakiś czas później „The Pearl” dowiedział się, że transfer anulował osobiście Jerry West.

– Nie wiem, dlaczego tak się stało. Jerry i ja zawsze się dogadywaliśmy. Z tego co wiem, było między nami w porządku. Nigdy z nim na ten temat nie rozmawiałem i to był chyba mój błąd. Ludzie czasem mogą usłyszeć o nas jakieś negatywne opinie. Być może Jerry usłyszał coś na mój temat. Nie ma jednak sposobu, by dowiedzieć się, co uniemożliwiło ten transfer. Bardzo żałuję, że tak się stało. Chciałbym zagrać z Magikiem Johnsonem i przypieczętować swoją karierę kolejnym mistrzostwem – przyznaje po latach Monroe.

Tym samym Monroe dokończył sezon 1979/80 w barwach Knicks, po czym odszedł na zasłużoną emeryturę. Na przełomie całej kariery Earl zdobył łącznie 17,454 punktów (18,8 PPG), 2,796 zbiórek (3,0 RPG) i 3,594 asyst (3,9 APG). Został debiutantem roku (1968), był również czterokrotnie nominowany do występu w Meczu Gwiazd, a zwieńczenie jego kariery stanowi mistrzowski pierścień z 1973 roku. W dodatku w 1990 roku trafił do Galerii Sław NBA. Po latach podkreśla jednak, że są w życiu rzeczy większe niż koszykówka.

– Przez większość czasu miałem wspaniałe i błogosławione życie. Nie myślę zbyt wiele o żałowaniu. Jednakże jedną z niewielu rzeczy, którą naprawdę żałuję, jest to, że moja mama nie żyła wystarczająco długo, by zobaczyć, jak zdobywam mistrzostwo NBA. To ona pokazała mi, na swoim przykładzie, jak być silnym. To ona dała mi ten niebieski zeszyt, bym skreślał nazwiska zawodników, od których stałem się lepszy. To ona poświęciła dla mnie tak wiele, mówiła mi, bym przestał narzekać i po prostu grał. To jej mądrość podnosiła mnie tak wiele razy i pomogła mi w wywalczeniu mistrzostwa NBA. Chciałem jedynie usłyszeć radość w jej głosie podczas rozmowy telefonicznej z Los Angeles w kwietniu 1973 roku. Potem pojechałbym do Germantown ją odwiedzić. Chciałbym zobaczyć ten piękny uśmiech, kiedy trzymałaby mnie mocno, spojrzała na mnie i powiedziała „Mówiłam ci, Earl, zdobędziesz mistrzostwo”. Tych utraconych chwil żałuję najbardziej. Poza tym wszystko jest w porządku, patrzę na przyszłość z optymizmem. Życie jest dobre – zakończył.*

Historia oparta na autobiografii „Earl The Pearl: My Story”




ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here