Historia koszykówki zna przypadki, w których dobrze zapowiadające się kariery były brutalnie przerywane przez tragiczną śmierć. W kwestii swojego zdrowia zawodnicy uważają, żeby nie nabawić się kontuzji. Zapewne niewielu dopuszcza do siebie myśli, że podczas pokonywania po raz kolejny tej samej trasy z domu na trening może stać się coś znacznie gorszego. Tak było w przypadku ukraińskiego koszykarza Aleksandra Borysewicza z AZS-u Lublin. 8 marca mija 25. rocznica jego śmierci. Do dzisiaj w miejscu wypadku przy alei Józefa Piłsudskiego w Lublinie kibice i przyjaciele „Saszy” zapalają lampki.

Rok 1991 był niezwykle ważny dla lubelskiej koszykówki – sympatycy „pomarańczowej” wreszcie doczekali się awansu AZS-u Lublin do I ligi. W takim przypadku potrzebne były wzmocnienia, żeby nie spaść z hukiem już w następnym sezonie. ZSRR lada dzień miał upaść, w Polsce w tym czasie trwały przemiany ustrojowe. Taka sytuacja geopolityczna otwierała pewne nowe możliwości dla klubowych działaczy – można było coraz śmielej rozglądać się na rynku wschodnim w poszukiwaniu zawodników.

– Mogło wtedy grać dwóch Amerykanów i bodajże jeden zawodnik z Europy. Dlatego zaczął się napływ zawodników z Bałkanów, byłej Jugosławii i z byłego Związku Radzieckiego. Między innymi wtedy pojawili się zawodnicy ukraińscy – tłumaczy Piotr Karolak, który zdobył dla AZS-u Lublin najwięcej punktów w historii i rozegrał najwięcej meczów.

Klub z dużymi ambicjami, jakim był wtedy koszykarski AZS, ani myślał żegnać się zbyt szybko z I ligą. Z racji tego, że nie trzeba było wyważać już otwartych drzwi, bo rynek wschodni otworzył się na dobre na Polskę, najlepszym pomysłem było szukanie wsparcia właśnie tam. Nieocenione okazały się działania jakie podjął ówczesny trener zespołu Janusz Narkiewicz. Jeździł do naszych wschodnich sąsiadów na staże naukowe i udało mu się złapać kilka kontaktów. Jego poszukiwania zakończyły się pomyślnie – szkoleniowiec sprowadził do kraju nad Wisłą Aleksandra Borysewicza z Ukrainy.

„Sasza”  był dokładnie tym, czego w tamtym czasie potrzebowała drużyna. Był znakomitym strzelcem, na treningach potrafił seryjnie trafiać rzuty trzypunktowe. Janusz Narkiewicz przyznawał również, że jego nowy snajper miał zabójczą skuteczność z linii rzutów wolnych – zdarzało mu się regularnie trafiać ponad sto razy z rzędu stojąc na „kresce”. Aleksander Borysewicz posiadał też jeszcze jedną bardzo istotną cechę – był otwartym i przyjacielskim człowiekiem. Korzystali na tym szczególnie najmłodsi zawodnicy w grupie.

– Jak grałem z „Saszą” w drużynie, to z nami grał też Jurij Kosenko. On przyjechał do nas jako gwiazda. Był wówczas w szerokiej kadrze Związku Radzieckiego, która grała na Igrzyskach Olimpijskich w Seulu. On też oczywiście był koleżeński, ale od niego się wyczuwało ten taki dystans w stosunku do innych graczy. Borysewicz był całkiem inny – wspomina Dominik Derwisz, który przez wiele lat bronił barw AZS-u Lublin, a potem prowadził pierwszoligowy Start Lublin.

Lubelscy kibice nigdy jednak nie mieli okazji w pełni poznać możliwości koszykarza z Ukrainy. Pech prześladował go na każdym kroku. W swoim pierwszym sezonie (1991/92) Aleksander Borysewicz rozegrał tylko 4 mecze. W pewnym momencie jego stan zdrowia był na tyle zły, że nie mógł nawet wyjść na parkiet. Jak się okazało, zachorował na żółtaczkę. W październiku 1991 roku trafił do szpitala, a w grudniu wrócił do rodziny do Kijowa, żeby tam zbierać siły. Dla AZS-u była to ogromna strata.

Plan klubowych działaczy spalił więc na panewce – AZS Lublin nie utrzymał się w I lidze. Z bilansem zaledwie 4 zwycięstw i 28 porażek uplasował się na ostatniej, 12. pozycji. To oznaczało automatyczny spadek o klasę niżej. Po nieszczęśliwym zakończeniu rozgrywek musiały jednak przyjść lepsze czasy i tak się faktycznie stało.

W sezonie 1992/93 najważniejszą wiadomością był powrót „Saszy” do zdrowia. Zespół pozyskał także silnego sponsora i od listopada 1992 roku występował pod nazwą Agro Far AZS Lublin. W kibiców, ale także i samych zawodników, wstąpiły nowe nadzieje – powrót na pierwszoligowe parkiety był jak najbardziej w ich zasięgu.

Aleksander Borysewicz był bardzo mocnym punktem zespołu. Nie imponował już może skutecznością tak jak przed chorobą, ale wciąż przyprawiał obrońców o solidny ból głowy. Jego rekord z rundy zasadniczej to 28 punktów w starciu z Pogonią Prudnik. Niewiele mniej, bo 27, zaaplikował Pogoni Ruda Śląska. Całkiem nieźle radził sobie również w derbach – w pojedynkach ze Startem JADAR Lublin zdobył 13 i 11 punktów. Mniej niż zwykle, ale lokalni rywale najlepiej zdawali sobie sprawę z tego, na co stać „Saszę”. Jeśli spojrzeć na jego statystyki ze wszystkich drugoligowych spotkań, to można łatwo policzyć, że rzucał średnio 14 punktów. Dodajmy do tego, że z 54 „trójkami” na koncie był najlepszym strzelcem drużyny. Widać więc jak na dłoni, że we współczesnej koszykówce poradziłby sobie bardzo dobrze.

Wszystkie te liczby bledną jednak w zderzeniu z tragicznym wypadkiem z 8 marca 1993 roku. Nie dane było Aleksandrowi Borysewiczowi poprowadzić zespołu do awansu. Tego dnia Ukrainiec miał iść razem z kolegami na trening. Prawdopodobnie zatrzymał się jednak po drodze na poczcie, żeby zadzwonić do swojej matki. Po tej rozmowie skierował się do lubelskiej hali MOSiR. Nie dotarł jednak na miejsce, bo został dosłownie zmiażdżony przez samochód.

– To była taka dziwna sytuacja, bo było to zdaje się 8 marca, w Dzień Kobiet. Trening z zakresu przygotowania fizycznego prowadził mój asystent Janusz Herbin. To właśnie od niego otrzymałem telefon z informacją, że kiedy „Sasza” szedł na trening, samochód wjechał na chodnik i chłopak trafił do szpitala. Od razu było wiadomo, że jego stan jest bardzo zły. Czekaliśmy tylko na jakąś pozytywną informację, ale oczywiście się nie doczekaliśmy – opisuje tamten tragiczny dzień Janusz Narkiewicz.

Dramatyzmu całej sytuacji dodaje to, że kierowca był dobrze znany organom ścigania. Zbigniew B., mieszkaniec jednego z lubelskich osiedli, siadł za kierownicą ciemnozielonego BMW „na podwójnym gazie” – miał niemal 3 promile alkoholu we krwi. Prawo jazdy stracił kilka lat wcześniej. Po wypadku zgłosił się do szpitala i próbował nawet uciekać, ale policjanci go złapali. 37-latek był recydywistą. W 1990 roku uzyskał przepustkę z Zakładu Karnego w Płocku, ale jak nietrudno się domyślić, nigdy nie miał zamiaru tam wracać. Ukrywał się przed policją. Na koncie miał 4 wyroki – w sumie 15 lat więzienia, w tym za napady rabunkowe, włamania czy kradzieże.

Śmierć Aleksandra Borysewicza była ogromnym ciosem nie tylko dla AZS-u Lublin, ale i dla całego lubelskiego środowiska koszykarskiego. Atmosfera w zespole bardzo na tym ucierpiała. Było to o tyle trudne, że akademicy mieli rozpocząć walkę o awans do I ligi. Zawodnicy przez kilka dni nie trenowali, a rodak „Saszy” Andriej Biereżyński przeżył to najbardziej. Koszykarzom udało się jednak pozbierać i dokończyć dzieła. AZS pokonał Resovię Rzeszów, Start Lublin oraz Polonię Przemyśl i po roku przerwy powrócił do I ligi. Ten sukces miał jednak niezwykle gorzki smak.